Łączna liczba wyświetleń

WIELKIE OSZUSTWO

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

niedziela, 12 lutego 2017

LEOPOLDYNA CZYLI TRIUMF CNOTY

Leopoldynie zwanej Lodzią, księgowej w aptece, wiatr zawsze wiał w oczy i przyginał jej postać, wysuszoną jak  mumijka lub mysie truchełko, do gleby. Lodzia była od zawsze posiadaczką dziwnych chorób, najpierw zapaliła jej się ślinianka tworząc efektowną gulę na zwiędłej szyjce i zmuszając  do nieustannego ssania Hallsów cytrynowych na pobudzenie wydzielania. To znów męczyło księgową zapalenie trąbek, w związku z którym waciki nasączone kamforą tkwiące w uszach sygnalizowały potwornym smrodem nadejście Lodzi. Uroda też była dla niej wiecznie powodem trosk, hirsutyzm pokrył jej twarz czarnym włosem, trądzik różowaty czerwonymi krostami, a wiek zmarszczkami.
Leopoldyna wychowana była w tradycji głęboko lewicowej, podobno jej dziadek był kolegą samego Dzierżyńskiego( czym chwaliła się tylko w starannie dobranym gronie słuchaczy), sama jednak regularnie uczęszczała do kościoła w celach towarzysko- wokalnych- nikt jej z ławki nie wyganiał, a przeraźliwe wokalizy zyskały uznanie samego proboszcza. Łamiąc standardy księgowa była nie panną lecz wdową...a już złośliwości losu wobec Lodzi należy przypisać fakt, że małżonek zaczadział zaledwie kilka lat po ślubie,dogrzewając się niewprawnie w działkowej chatce.
W czasie wspólnych aptecznych śniadań każdy nowy pracownik słyszał kilkakrotnie wymawiane przez panią Lodzię imię Tytus, któregoż posiadacz odznaczał się, zależnie od opowiadanej historii, męstwem, urodą, sprytem godnym szpiega i gustem kulinarnym. Po pierwszym dniu pracy nie śmiałam nawet pomyśleć, że ktoś taki jak nasza księgowa był panną, a nie małżonką herosa na miarę Hektora czyli pana świętej pamięci Tytusa właśnie. Może też dzięki z nim pożyciu Lodzię niełatwo było zdenerwować albo czymś zainteresować.
Jednakże pewnego wiosennego dnia nasza księgowa wpadła do apteki zaaferowana i, nie czekając aż klienci zostaną obsłużeni przez pracowników, wydyszała:
- Zboczeniec znowu działa przy akademikach!!!
Akademiki stały od naszej apteki o rzut beretem, tamtejsi mieszkańcy, stojący akurat w kolejce, nie wykazali żadnych emocji w związku z nowiną, bo wszak gdzie domy studenckie żeńskie, tam i zboczeniec być musi. Lodzia jednak pracowała w tej okolicy pierwszą wiosnę i rozemocjonowała się strasznie.
-Pani Lodziu, ale widziała pani coś czy tak ze słyszenia?-zaciekawił się Stef, właściciel lokalu i nas wszystkich.
- Na własne oczy widziałam, bo na mój widok obnażył się!- pękała z dumy księgowa.
- To ja dzwonię na policję!- zdeklarowała się kierowniczka, wróg wszelakich seksualnych ekscesów.
- Pani Jolu kochana- Lodzia złożyła suche łapki w modlitewnym geście- to za jakiś kwadransik może, bo ja jeszcze z fakturami w tamtą stronę zaraz lecę!

KOCHANI CZYTELNICY! BOGUSIA CAŁY CZAS POTRZEBUJE NASZEJ POMOCY, NR KONTA I SZCZEGÓŁY NA BLOGU" DR BUDWIG I JA". A TO MÓJ OSOBISTY APEL:
Prześlij dychę dla Bogusi,
Ona leki kupić musi,
 zanim Cię żyrafa zmusi
i swoją szyją poddusi . 
Włóż grosiki swe w obrusik
wyślij pocztą dla Bogusi.
Wyjmij z piasku łebek strusi
i daj kasę dla Bogusi.
Będziesz mieć w zaświatach plusik
a ja Ci zatańczę bluesik:)

środa, 1 lutego 2017

50 TWARZY DZIADKA KAZIMIERZA

Dziadek Kazimierz, zwany przez małżonkę Kazikiem, a przez rodziców Kazkiem, absolutnie nie był pantoflarzem. Wrodzone umiłowanie spokoju i brak predylekcji do awantur spowodowały jego częściowe wyłączanie się z życia rodziny i automatyczne wypełnianie poleceń krewkiej żony, Zofii.
Babcia już tak miała, że zawsze dziadka porcja obiadowa w stołówce wydawała jej się elegantsza , zatem co chwilę dłubała widelcem w jego kotletach. Działka, wielka namiętność babci Zofii, zupełnie nie działała swym urokiem na jej męża( i resztę rodziny), ale cierpliwie jeździł, czas, który babcia poświęcała na przekopywaniu pazurkami ziemnego ugoru, spędzając  na opalaniu się w panamie na leżaku i wywołując pretensje:
- Położyłbyś się gdzieś dyskretnie w kącie, albo coś przekopał, a nie na widoku leżysz- grzmiała babcia.
- I sąsiadki się ze mnie śmieją, że mam męża nieroba!!!
- Powiedz im, że po zawale jestem i wylewie!- niefrasobliwie znad gazety odkrzykiwał dziadek, nakładając frywolnie listek na nos.
W ludowe święto robotnicze babcia, w garsonce i z papierowym słonecznikiem w dłoni, biegła rano na pochód, podczas gdy Kazimierz zostawał oddelegowany do poszukiwań kabanosów, pomarańcz i Coca- coli w przyjeżdżających specjalnie pierwszego, ku ukontentowaniu klasy robotniczej, busikach. Któregoś dnia w latach kryzysu dziadek, przechodząc  koło największej lubelskiej apteki, zauważył kolejkę, w której natychmiast się ustawił- ludzie stoją, czyli rzucili coś. Po dłuższej chwili okazało się, że oprócz niego stoją same kobiety, a sprawa wkrótce się wyjaśniła: jest wata!!!!( produkt ten, w tamtych czasach, zastępował gazę opatrunkową,  samą watę, ongiś bawełnianą, i przede wszystkim podpaski). Dziadek już był przy okienku, gdy rozległy się okrzyki:
- Nie sprzedawać temu panu!!! Kobity nie maja czego do majtek włożyć, a ten wykupuje!!!!
Dziadek Kazimierz, który hitlerowców przeżył, nie dał się.
- Przepraszam bardzo, ja też krwawię regularnie. Z odbytu!

Dziewczynki i chłopcy!!! Pamiętajmy nadal o naszej Bogusi z bloga" Dr Budwig i ja ", Bogusia też odpisze na maila bogumila@autograf.pl i udzieli informacji, jak najlepiej Jej pomóc. Oprócz leków chory ma zawsze gigantyczne wydatki, a i choremu należy się odrobina radości w szarym życiu. Można też przekazać Bogusi 1 % podatku. POMÓŻMY!!!!!


Dla Izy zdjęcie choinki z poduszeczek:) 

 

wtorek, 24 stycznia 2017

HIENA CMENTARNA

 Post dla podwójnej Meli, z pozdrowieniami od tatusia.

 - Chrystus, Chrystus, to nadzieja cała nasza!- ryknął o świcie mój tato, rozpoczynając w swoim niepowtarzalnym stylu kolejny dzień. Dalej nie było już tak entuzjastycznie, bo na fali spotkań zapoczątkowanych istnieniem Naszej Klasy, tato postanowił urządzić licealne wspominki po latach i zderzył się z brutalną rzeczywistością.
- Cholera jasna, Włodek też umarł???- zapytał retorycznie czytając list od zbolałej wdowy z informacją, że mąż niestety, uczestniczyć nie może.
Na liście z wypisanymi nazwiskami kolegów z męskiego wtedy liceum imienia Staszica pojawił się kolejny krzyżyk i w końcu jedynymi osobami na tym świecie, które mogłyby się spotkać sześćdziesiąt lat po maturze, był organizator i kolega Albin. Pierwotnie zamierzony męski bal zamienić się miał w towarzyskie spotkanie dwóch starszych panów; tato, pełen resztek entuzjazmu, zadzwonił do kolegi Albina, który owszem, okazał się chętny, ale jako mieszkaniec Ostrołęki z porażeniem po udarze i amputowanymi kończynami z powodu cukrzycy, nie bardzo wiedział, jak  na herbatę wspomnień w Lublinie miałby dotrzeć.
Po powrocie z pracy zastałam tatę z wzrokiem wbitym tępo w Pismo Święte. Po podaniu obiadu przeniósł spojrzenie maltretowanego psa na talerz i stwierdził:
- No to czas się zbierać, póki jeszcze zasiłek pogrzebowy jest jako taki!
Postanowiłam na problem spojrzeć realnie i spytałam wprost:
- A niby gdzie zamiarujesz się położyć, skoro obok babci Teresy zaklepał miejsce wujek, a obok mamy jest już pięć przesuniętych trumienek z kośćcem pradziadków i szpilki od wieńca nie wetkniesz?
Tato się zafrasował i wymyślił:
- A może by tak zwłoki na cele naukowe oddać ???
- Jasne!- od razu skontrowałam- i wstydu mi narobisz, że nie chciało mi się ojca, dobrodzieja mojego, pochować.
- To ja jednak bym się spalił- zdecydował się przedmiot dyskusji- ubrania nowego dawać mi nie musisz, może coś ekologicznego ewentualnie???
- Najbardziej ekologiczny to jest papierowy wór- wymyśliłam, ale nurtowała mnie jeszcze inna rzecz:
- A z urną z prochami to co zrobimy?????
- A urna to już żaden problem- ucieszył się tato i nawet jakby zatarł ręce po odłożeniu sztućców.
- Najlepiej to ze sobą do samochodu weź! Jak będzie lód na parkingu to sobie pod koła popiół podsypiesz i na coś się przydam!

PS 1: Oczywiście wiem, że ze śmierci żartować nie wolno, ale o tym mój tato przekona się chyba już na tamtym świecie.

PS 2: Pomagamy Bogusi z bloga " Dr Budwig i ja". Kto już pomógł może mnie nazwać w komentarzach patologią, alkoholikiem i ogólnie wrzodem na zdrowym ciele narodu:p

piątek, 20 stycznia 2017

LONG WAY TO TIPPERARY

Znaleźć Jima Morrisona w Lublinie lat osiemdziesiątych to jak wygrać wielką kumulację. Alkoholików i narkomanów owszem, znałam w szerokim asortymencie, niektórzy nawet przystojni byli, za to ich umiejętności wokalne nie wykraczały poza poziom Białego Misia, o tworzeniu poezji, innej niż napisy w publicznych szaletach, nawet nie ma co wspominać. Kiedy wreszcie, w zaawansowanym wieku czyli po trzydziestce, spotkałam zupełnym, służbowym przypadkiem Tomasza L.- nie tylko alkoholika grającego na gitarze i śpiewającego z zapałem Wysockiego i Kaczmarskiego, ale na dodatek lekarza bez żadnych oznak łysiny- poczułam się, jakbym nie tylko Pana Boga, ale i samego Jima za nogi złapała. Poezji co prawda nie tworzył, za to nosił się z zamiarem napisania powieści.....i chociaż przez kilka lat stworzył jedynie jedno zdanie, to pamiętam je do dziś:
" Podobno pies jest przyjacielem człowieka- gówno prawda!"
Widząc jego szalone powodzenie u płci przeciwnej i brak atutów z mojej strony( szczególnie urodę mam na myśli), postanowiłam złapać go starą jak świat metodą, czyli na dziecko, które w pijanym widzie udało nam się stworzyć.
Zrobić łatwo- urodzić trudniej. Szczególnie, że w noc przed porodem przyszły ojciec wylewnie żegnał emigrującego do mglistego Albionu szwagra i bladym świtem, kiedy postanowiłam wyruszyć pilnie do szpitala, ilość promili w wydychanym powietrzu przekraczała u niego z  pewnością 5. Kiedy kierowcy udało się ruszyć zygzakiem, po pierwszych kilkuset metrach na trasie krajowej nr 19 samochód odmówił współpracy pierdząc czarnym dymem. Wezwany telefonicznie na pomoc kolega okazał się również nietrzeźwy, szwagra nawet nie było sensu budzić, pomysł Tomka, żebym pojechała sama pekaesem do Lublina zdecydowanie odrzuciłam, pozostał nam zorganizowany transport medyczny czyli Lanos spółki pielęgniarskiej, którym w ostatnim momencie dojechaliśmy. Personel przypatrywał się dziwnie kobiecie w zwiewnej nocnej koszuli pod dresem i mężczyźnie zasłaniającym golfem jamę ustną emitującą nadal opary Gorzkiej Żołądkowej, a na podstawie pierwszego wrażenia zakwalifikował nas  bez wahania do klasy patologii społecznej z niepełnym podstawowym wykształceniem. Wrażenie to wzmocniło wsparcie mnie przez mojego partnera podczas porodu wyrażone słowami:
- Czy ty, do ch...pana nie potrafisz, k...urodzić?
Propozycję podania narkotycznego leku przeciwbólowego zdecydowanie odrzuciłam, natomiast szczęśliwy ojciec podsunął wysupłane z golfa przedramię ze słowami:
- To ja poproszę!
Nic zatem dziwnego, że wpisując w ankietę po urodzeniu naszej córki zawody rodziców pani położna usłyszawszy: farmaceutka i lekarz, wyraziła swoje zdanie słowami:
- No coś podobnego, byłam pewna, że państwo są niepracujący!!!

PRZYPOMINAM WSZYSTKIM CZYTELNIKOM O NASZEJ BOGUSI!!!!! JAK JEJ POMÓC- POD POPRZEDNIMI POSTAMI .

czwartek, 12 stycznia 2017

PIESKI ŚWIAT

- To już jest szczyt chamstwa, hańba i obraza boska!!!- zdenerwował się mój tato, stojąc na środku kuchni w ulubionych slipach ecru i dźgając wskazującym palcem powietrze w okolicach psiego nosa
- żeby owczarek niemiecki był homoseksualistą!!!!
Nasz pies poruszył znacząco uszami, co miało oznaczać brak zgody na homofobię i nietolerancję w tym domu, po czym ostentacyjnie zamknął się z kawałkiem krowiego kopyta w ubikacji. Dobra, kolejna suczka sprowadzona celem rozrodu została pogryziona, a kolejny jamnik męski na spacerze napadnięty i obrażony na honorze, ale to jeszcze nie powód, żeby nerwowo krzyczeć.
Upodobanie do mężczyzn nasz zwierzak wykazywał od wczesnej młodości, a najlepszym tego dowodem było napadnięcie studenta w akademickim parku i długotrwałe obwąchiwanie mu rozporka. Z uwagi na brak kagańca u psa biedny chłopak stał nieruchomo przez kilka dobrych minut, dając nam jedynie rozpaczliwe znaki oczami, że martwi się o ewentualna utratę męskich atrybutów, gdyby to owczarek chciał kłapnąć.
Po dramatycznym skarceniu przez mojego tatę, a jego ukochanego pana, Bari postanowił odegrać się na mężczyznach ludzkich za brak akceptacji jego preferencji seksualnych. Wybór padł na moich licealnych adoratorów, którzy albo zostali nie wpuszczeni do mieszkania, albo wpuszczeni i niewypuszczeni, albo zaatakowani bez ostrzeżenia od razu na klatce schodowej, jeśli nieopatrznie uchyliłam drzwi. Twardą postawą wyróżniał się, a jakżeby inaczej, Jarosław, który pewnego roku postanowił doprowadzić do konsumpcji naszej niewinnej znajomości. Rodzice wyszli na zakupy, pies za zamkniętymi drzwiami naszego pokoju słodko spał, zatem ruszyliśmy do akcji pozostawiając ubrania starannie rozłożone na dywanie- gdyby trzeba było odziewać się nagle i w pośpiechu.
W sklepach, jak to w latach osiemdziesiątych bywało, nic ciekawego kupić się nie dało, w związku z czym moi rodzice, zniechęceni i zniesmaczeni zaopatrzeniem odzieżowym w PRLu, postanowili wrócić do domu na rozgrzewającą herbatę. Szczęk klucza w zamku zmobilizował naszego owczarka do natychmiastowej akcji informacyjnej, toteż z impetem runął na drzwi od mojego pokoju, a otwarłszy je rzucił się na kupkę ubrań o męskim zapachu na dywanie( nie perfumy w tamtych czasach dominowały, ale konkretna woń skarpet i aktywności fizycznej)  radośnie je przekopując z pomlaskiwaniem i nie zwracając uwagi na męskiego golasa, który zabrał to, co pozostało nietknięte z odzieży.
Rodzice byli jeszcze w stanie zaakceptować mnie w samym T-shircie i rajstopach, natomiast stanu Jarka, kulącego się z gołym torsem w spódnicy, nijak nie dało się racjonalnie wyjaśnić.
Pies zatryumfował!

 UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa

środa, 4 stycznia 2017

PRZEZ TWE OCZY ZIELONE, ZIELONE

Wczasy.....czyli dwanaście godzin kuszetką z Lublina do jakiejkolwiek miejscowości nad polskim morzem. Moja babcia, Zofia, nie raz, nie dwa miała pretensje do przepowiedni Wernyhory o Polsce od morza do morza, że nadal się nie sprawdziła. Skoro inne akweny pozostawały poza zasięgiem pchaliśmy się co roku do Gdańska z kilkoma parcianymi walizami i siatkami z prowiantem oraz termosami z herbatą. Żadne tam obcokrajowe kebaby czy pizze nie dodawały nam sił do przetrwania kilkunastu godzin w upale na pokrytych dermą siedzeniach, ale swojskie jaja na twardo, pomidory i połówka mortadeli. Wybrańcy, do których nie należałam z racji wieku, mogli sobie, pod pętko wawelskiej podsuszanej prosto z gazety, golnąć Jarzębiaku w zakrętce od termosu.
Prosto z pociągu, który dziwnym trafem do każdej nadmorskiej miejscowości przyjeżdżał bladym świtem, biegliśmy zwykle kilka kilometrów do ośrodka wczasowego i jedynie dziadek Kazimierz, który swoje kilometry zaliczył podczas kampanii wrześniowej, był w stanie obciążyć się bagażem i jeszcze przewodzić wycieczce.
Po ofiarowaniu tradycyjnej łapówki czekoladowo- alkoholowej kierownikowi( któreż to dary w postaci równie tradycyjnej łapówki otrzymywała w szpitalu moja mama) byliśmy zwykle nie tylko posiadaczami domku tuż obok zbiorczej toalety, ale też talonów na posiłki na pierwszą zmianę
( czyli była szansa na ciepłą zupę, którą zmiana trzecia otrzymywała w postaci lodowatej brei, a zmiana szósta nawet nie tykała jej łyżką). Sąsiedzi w jadalni już od pierwszego dnia wysuwali macki w poszukiwaniu potrzebnych ich interesom zawodów innych wczasowiczów; bezbłędnie wyczuwając w mojej mamie lekarza już po kilku dniach nasz stolik zamieniał się w punkt wypisywania recept. Nie ma nic sympatyczniejszego o poranku przy zupie mlecznej jak słuchanie opowieści skulonego pana z Iławy na temat operacji woreczka żółciowego, a analiza stolca pani Wiesi z Kąclowej czyniła spożycie mielonych niezapomnianym doznaniem. Z panem Józefem, hydraulikiem ze stolicy, wszyscy chcieli się kumplować, natomiast babcia Zofia, bibliotekarka z powołania, kompletnie nie miała wzięcia. Brak rozgłosu nie przeszkadzał mojemu dziadkowi Kazimierzowi, pracownikowi Urzędu Skarbowego, który na wczasy jeździł w celu wypoczynkowym, niezrozumiałym dla większości.
Na turnusie w Krynicy Morskiej w 76 rozkoszne panie wczasowiczki postanowiły skruszyć mur nieprzystępności dziadka Kazika, wtedy jeszcze całkiem, całkiem pana pod siedemdziesiątkę i na wieczorku zapoznawczym zaczęły licytację swoich niemałych dokonań zawodowych. Po zwierzeniach pani repasatorki pończoch i sekserki w PGR- ze pani intendentka internatu w Sobieszynie przygwoździła dziadka  pytaniem:
- A pan to kim właściwie jest panie Kazimierzu????
W nabrzmiałej oddechami wczasowiczek ciszy dziadek Kazik oznajmił:
- Katem!
Do końca turnusu nawet kierownik omijał nas szerokim łukiem:D

 UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa

piątek, 30 grudnia 2016

OSTATNI MOHIKANIN

Józef K. lat 35, zwany potocznie pierdołą męską, okazał się być moim kompanem dojazdowym do nowej pracy. Nie można porównać jazdy moją dziesięcioletnią Hondą, czy też koleżanki trzyletnią Skodą, do komfortowej podróży limuzyną kolegi Józefa. Nabył on swoje wypieszczone cudo sześć lat temu, typ kombi, żeby łatwo można było wstawić wózek dziecięcy i wygodnie podróżować z rodziną nad morze. Niestety, przez sześć kolejnych lat od zakupu żadna kobieta nie związała się z pierdołowatym Józiem, zatem i obszerny bagażnik zamiast wózka mieścił kosmetyki do pielęgnacji karoserii, gumiaki i koszyk na grzyby oraz ogrodnicze pazurki. Zaprawdę powiadam: mężczyzna, którego pasją jest grzybobranie i działka powinien być rozchwytywany przez płeć przeciwną, szczególnie, że kolega jedynie delikatnie łysieje. Ale w dzisiejszych zepsutych czasach nie ma, jak widać, prawdziwych kobiet, i jedynej frywolnej rozrywki dostarczałam Józefowi, podczas wspólnych podróży, ja.
Uwielbiam niebanalne ryzyko toteż codziennością moją jest jazda na rezerwie rezerwy benzynowej, a naukowe badania dotyczące dystansu przejechanego na kompletnym zerze przyniosłyby mi co najmniej habilitację. Nietrudno zrozumieć, że Józef, kiedy nadchodziła moja kolej dowozu do zakładu pracy, robił się lekko nerwowy, a jego pedantyczna natura była skłonna napełnić mi bak za własne pieniądze, byle tylko zniknął dreszczyk niepewności. Nie chciałam jednak zrezygnować z emocji i któregoś dnia, podczas ożywionej dyskusji na tematy osobiste, na środku drogi ekspresowej silnik nam spektakularnie zgasł. Józef smętnie spojrzał na stojącą metr od nas tablicę z napisem: stacja 2 km, ustawił trójkąt ostrzegawczy i, z portfelem własnym w ręku, ruszył poboczem. Szutrowa poboczna nawierzchnia nie była idealnym podłożem do marszu w cichobieżkach a la Bruce Lee, które tegoż dnia kolega wzuł. Przewidując dłuższą drogę przez mękę usiadłam wygodnie na odchylonym siedzeniu i zatopiłam się w myślach przy muzyce. Godzina minęła mi jak z bicza strzelił i Józef ukazał się moim oczom z pełnym benzyny pojemnikiem na płyn do spryskiwaczy( płyn, z bólem serca, wylał), lejkiem i powiewającym na wietrze światkiem papieru, który okazał się trzystuzłotowym mandatem za chodzenie po poboczu drogi ekspresowej. Nie poruszaliśmy tego tematu i po błyskawicznym zatankowaniu
( benzyna obficie spryskała bluzeczkę Józia z nieznanego mi bliżej materiału) oraz wymuszeniu na mnie obietnicy, że nigdy więcej, ruszyliśmy w drogę.
Historię tą, kosztującą go 250 złotych i godzinę spóźnienia, kolega ze śmiechem opowiadał każdemu nadarzającemu się słuchaczowi( śmiech dotyczył mojej głupoty). Opowieścią tą raczył też podwożoną przez nas kilka dni później  własną kierowniczkę, przez co zapomniałam rzucić okiem na licznik rezerwy i w połowie drogi, cztery kilometry od najbliższej stacji, samochód zaczął spokojnie zwalniać.
Na przerażone spojrzenie Józefa, które rzucił najpierw na licznik, a potem na mnie, mogłam tylko odpowiedzieć pocieszająco:
- Ale mamy już lejek!

UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa