Łączna liczba wyświetleń

WIELKIE OSZUSTWO

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

piątek, 12 maja 2017

KLOZET A SPRAWA POLSKA

- A żesz k..a, cholera jasna, ty ch...pi........ jeden!!!!- wyartykułował z trudem pan Czesław, dozorca śródmiejskiej kamienicy, zsuwając się, z ominięciem siły tarcia dzięki krążącym we krwi procentom dającym konkretne promile w wydechu, po poręczy schodów z trzech pięter na sam zimny, betonem wyłożony parter. Tamże zastał go leżącego dziadek Kazimierz, mieszkaniec owego przedziwnego, przedwojennego budynku, podzielonego przez socjalistyczne władze na trzy odrębne części. Aby wnieść zapadłego w sen pana Czesia z parteru dolnego w części A na parter górny w części B należało wyjść na podwórko, poprzez bramę zawierającą drzwi do części C, mieszczącej Urząd Skarbowy, dojść do wejścia B przy ulicy i poprzez to wejście wnieść pijane zwłoki po kilku schodkach do mieszkania. Proste jak życiowa zasada dozorcy Czesława: zarobić i przepić.
Dziadkowie początkowo, pomimo mieszkania w części B, mieli wejście do swoich komnat w liczbie jednej z wnęką przeszklonymi drzwiami wprost z korytarza Urzędu Skarbowego( mieszczącego się w części C). Nie raz interesant skarbówki pukał do drzwi nr 35 i szarpał klamką trzymaną z drugiej strony przez babcię Zofię z tasakiem w ręku. Na nieszczęście wszystkich dziadek Kazimierz pracował w tymże urzędzie i koledzy z pracy uważali za rzecz normalną wpraszanie się do lokalu nr 35 na reglamentowaną herbatę Madras. Po kilku latach kierownik miał dosyć szukania pracowników w pustym biurze i drzwi nr 35 komisyjnie zamurowano, a dziadkom wybito dziurę, jak Pan Bóg przykazał,w klatce schodowej budynku B.
Drzwi drzwiami , ale pomiędzy Urzędem Skarbowym w Lublinie a mieszkaniem dziadków mieścił się nowocześnie wyposażony klozet służący obu stronom porcelanową muszlą z górnopłukiem. Klozetu nie chciał nikt zamurować od swojej strony- pracownicy biura musowo musieli mieć gdzie załatwiać potrzeby. Dziadek Kazik co prawda mógł defekować w godzinach pracy, gdyby to urząd przejął toaletę, ale co z babcią i dniami świątecznymi?
Status quo pozostawiono, na drzwiach od strony biura umieszczono kartkę:
Pracowniku, zamknij drugie drzwi po wejściu do toalety, po skorzystaniu nie pozostawiaj papieru toaletowego!
Po drugiej stronie babcia Zofia pouczała mnie:
- Broń Boże nie zostawiaj naszego papieru dla tych urzędasów!
i umieszczała wewnątrz tajemniczą kartkę z niewykonalnym poleceniem:
Proszę nie zostawiać smrodu!
Mimo przestróg każda strona czyhała na cudzy papier, dziadek Kazik  miał nawet dyskretną rozmowę z kierownikiem, który kazał mu się określić jakiej rolki będzie używał w ubikacji:  prywatnej czy służbowej.
Człowiek młody to i głupi i przestróg starszych nie bardzo słucha. Cierpiąc na dziedziczną w rodzinie mojego taty biegunkę, będąc w czasie wakacji u dziadków, pomknęłam szybko jak lot plwociny do toalety, szarpnęłam drzwiami  i wpadłam na połowicznego golasa, siedzącego na tronie z prasą i papierosem. Krzyk, jaki wydarł mi się z nastoletniej piersi, zwabił w kierunku klozetu dziadka Kazimierza, który, zanim wypchnął mnie do korytarza, grzecznie sie przywitał:
- Dzień dobry, panie kierowniku, miłego dnia!

 KOCHANI, NA POMAGAM.PL/ZYRAFA JEST HISTORIA CHOROBY BOGUSI I ZBIÓRKA NA JEJ LECZENIE, POMÓŻMY!!!!!!!!!

środa, 26 kwietnia 2017

OPOWIASTKA Z MORAŁEM O UCIEKAJĄCYCH CYCKACH

Krew, pod wpływem uderzenia, trysnęła mu z gardła. Jeszcze pomachał niemrawo nogami, ale już wiedział, że to jego ostatnie chwile. Zmiażdżone płuca przestawały pompować powietrze, mózg przestawał analizować rzeczywistość, a nerki wstrzymały produkcję moczu.
- Trup!- orzekła moja mama po fachowych, lekarskich oględzinach wziętego w dwa palce mola, wcześniej potraktowanego brutalnie klaskiem jak u Rubika.
- Cholery można dostać w tym domu, dlaczego tu nikt nie sprząta i robactwo się plęgnie?!- kontynuowała, zabijając tym razem wzrokiem swojego małżonka.
- U kolegów to żony sprzątają- tatuś strzelił sobie niechcący w stopę, bo natychmiast został przygwożdżony przez mamę palcem z papierosem do niezapastowanego od tygodni parkietu.
- Drogi Zdzisiu!- urażona żona wypuściła z ust smocze kłęby dymu- czy to ja chciałam za ciebie wyjść czy ty za mnie, o ile dobrze pamiętam?????
Tato w tym momencie zwijał się w spiralnych pokłonach i zamykał w pokoju z paczką wiórków i pudełkiem pasty Buwi oraz międlonymi w ustach słowami o plantacji z niewolnikami.
Ze względu na nieustannie wykorzystywanie do prac fizycznych pan domu czuł się ciężko chory, na progu udaru i zawału, nie mógł zatem kompletnie pogodzić się z myślą o chorobie żony. Mama zresztą też uważała, że rak kompletnie jej się nie należy, bo " są w tym domu tacy, co lubią sobie pochorować". Ale, skoro już choróbsko jest, nie ma co się kłócić i poddała się prawostronnej mastektomii.
Na kontrolny rezonans stawiła się karnie pod opieką małżonka, a  pan technik dyskretnie przypomniał o konieczności rozebrania się i grzecznego ułożenia na podajniku do rury. Młody człowiek nacisnął guzik, machina ruszyła, jakaś osoba fachowa weszła do pokoju, a mama ryknęła:
- Mój biust, proszę pana, mój biust!!!!!!
Technik natychmiast wstrzymał wjazd pacjentki  i rzucił się z pomocą, ale mama odepchnęła jego kojące dłonie ze swojej klatki piersiowej i wyciągnęła oskarżycielsko palec w kierunku posadzki.
Kopnięta nielitościwie przez wchodzącą osobę fachową leżała na podłodze, pełna smutku, wypadła z biustonosza silikonowa proteza.

I od czapy- wonsz.



KOCHANI, NA POMAGAM.PL/ZYRAFA JEST HISTORIA CHOROBY BOGUSI I ZBIÓRKA NA JEJ LECZENIE, POMÓŻMY!!!!!!!!!

wtorek, 11 kwietnia 2017

OTWIERAM WINO ZE SWOJĄ DZIEWCZYNĄ

 Z DEDYKACJĄ DLA PIĘKNEJ ROMY W DNIU URODZIN

Babcia Zofia była kobietą z zasadami, a jej główna życiowa sentencja przypominała do złudzenia postępowanie Kalego z powieści Sienkiewicza: co moje to moje, a co cudze też może być moje.
Zasadę tą stosowała szczególnie w stosunku do stosunków damsko- męskich:p Na wczasach bądź w czasie pobytów sanatoryjnych( dla podreperowania końskiego zdrowia) babcia siała popłoch wśród emerytów i, tak jak panna Krysia z piosenki Młynarskiego, przemierzała niestrudzenie parkietu przestrzeń a to z panem Piotrem,  a to z panem Władkiem. Na dociekliwe pytania dziadka Kazimierza, oglądającego później z niewyraźną miną dokumentację fotograficzną babcinych podbojów, miała jedną odpowiedź:
- Ja to ja i wiem, co robię!
Po czym dodawała lekkim tonem:
- No przecież to tylko znajomi z sanatorium!( lub z turnusu).
Biada dziadkowi, który podobne zasady współżycia społecznego wprowadziłby w czasie swoich sanatoryjnych pobytów. Babcia wychodziła z założenia, że dziadek nie wie, co robi i ścisła kontrola jego poczynań jest jak najbardziej wskazana. Gdy tylko wysiadł z opóźnionego o kilka godzin pociągu relacji Muszyna- Lublin został profilaktycznie potraktowany siatką w sposób siłowy, a na pytanie córki, za co ojciec oberwał, babcia Zofia udzieliła enigmatycznej odpowiedzi:
- Już on wie, że na pewno zasłużył!
Ze zbiorowych zdjęć dziadka, robionych na wyjeździe, zostały wycięte wszystkie panie w wieku produkcyjnym i nie tylko, określane zawsze przez babcię mianem wczasowych prostytutek( ona sama przebywała w kurortach jedynie w celach rekreacyjno- naukowych). Protesty dziadka były zbywane szantażem werbalnym:
- Już się nawypoczywałeś całą wojnę w obozie, a zresztą jak umrę, to możesz sie żenić i kilka razy!
( nieświadomy obietnicy babci Pan Bóg zabrał dziadka jako pierwszego).
Podejrzewana o nieczyste zamiary pracownica Urzędu Skarbowego pani Urszula, dzieląca z dziadkiem pokój biurowy, była często zapraszana przez babcię na kawkę w myśl zasady, że wroga trzeba trzymać blisko. Pani Urszula oczywiście wszem i wobec opowiadała, że pani Zofia niegodna jest swojego męża, który jest zaniedbany i niedożywiony..i rozkwitłby dopiero przy prawdziwej kobiecie; mimo tego ze smakiem zjadała ugotowany przez nią obiad z deserem i kompotem. Po kilku latach zaglądała w porze obiadowej do dziadków już bez zaproszenia, a z przyzwyczajenia. Któregoś roku, aby pognębić rywalkę, babcia urządziła dziadkowi wystawne imieniny, przy stole na honorowym miejscu została usadzona wredna księgowa, żeby ponapawała się wspaniałością podanych do konsumpcji wyrobów rąk własnych gospodyni. Po galarecie ze świńskich nóg i wystanych w kolejce wędlinach spożyto porządne schaboszczaki  i tort, wzbogacony półlitrówką wódki, godzien swej nazwy Pijanego Izydora. Pani Urszula dusiła się wprost ze złości i zazdrości i z tejże alteracji zrzuciła na podłogowe gumoleum łyżeczkę deserową. Wszyscy, na czele z gościnną babcią Zofią, rzucili się w kierunku ziemi celem podniesienia tejże łyżeczki z kąskiem tortu.....do której spokojnym krokiem zmierzał dorodny prusak z rodziną.
Księgowa Urszula zniknęła z domu dziadków na zawsze.


PRZYPOMINAM O NASZEJ BOGUSI Z BLOGA " DR BUDWIG I JA"!!!!!
BOGUSIA ZBIERA NA NIEREFUNDOWANĄ HIPERTERMIĘ!
POMÓC MOŻNA TU:  https://pomagam.pl/zyrafa

niedziela, 26 marca 2017

NIE MA TAKIEJ RURY, KTÓREJ NIE MOZNA ODETKAĆ

Pan Marian, nasz osobisty hydraulik w czasach PRLu za Gierka i Jaruzelskiego, miał osobowość niefrasobliwą i zadatki na filozofa. Jego mottem w pracy, zarówno tej oficjalnej, jak i na chałturach, była wykuta przez siebie sentencja:
- Jak się człowiek stara, to się wszystko spierdala.
Jego higiena pracy wymagała pół litra co drugi dzień, a jak pan Marian pił, to nie było takiej awarii, która by go zainteresowała. Piecyk gazowy wybuchnął w momencie kąpieli mojej mamy, a blacha przednia z hukiem wpadła do wody zaromatyzowanej szyszką pieniącą, mimo to pan Marian uznał, że nie ma pośpiechu i po tygodniu zajrzał zdiagnozować piecyk, a po miesiącu spektakularnie włączył  rozruchowy płomień. Nasz hydraulik nie cierpiał bałaganu w miejscu, w którym miał pracować, a że obrażał się łatwo i biada temu posiadaczowi kanalizacji, przez którego by Marian się nadął, zatem tato szorował wannę kilka godzin przed przybyciem specjalisty, który nie raz, po solidnej porcji procentów, w niej zasnął. Wiele razy, mimo interwencji naszego fachowca, z rury nadal się lało, bo " w tych czasach uszczelka nie czymie i lać się będzie", i z powodu pierdół nie życzy on sobie być niepokojony.
Nic więc dziwnego, że mój tato, napotkawszy na klatce schodowej wartki strumień wrzącej wody wypływającej spod drzwi naszego mieszkania, zmartwiał ze zgrozy. W tym dniu bowiem, czyli w piątek, był początek wolnej soboty dla pana Mariana i żadna Niagara z rur płynąca nie interesowała go bardziej niż pogoda w Zimbabwe. Tato omiótł mieszkanie wnikliwym spojrzeniem i zlokalizował uszczelkę obok piecyka gazowego, która ewidentnie popuszczała. Dlaczego akurat teraz z rury lał się wrzątek, a w porze prania i kąpieli- nie, tego już tato swym umysłem naukowca ogarnąć nie był w stanie. Zawór w postaci pokrętła mieścił się ergonomicznie pod sufitem, zatem ojciec postawił chybotliwą konstrukcję ze stołu, krzesła i taborecika- popierdółki, na którą bohatersko się wspiął. Strumień wody udało się zatamować, po czym tato runął do wanny żeliwnej po drodze zahaczając stopą o zlew.
Pan Marian, przybyły na luzie po weekendzie z wiązką konopnego sznura zamiast uszczelek, spojrzał pogardliwie na opatrunek zakrywający ojcową stopę nadzianą porcelaną ze zlewu, i szczerze powiedział:
- Widzi pan, panie docencie, pierdoły studentom opowiadać to każden potrafi, ale na hydraulice....o, na hydraulice to się trzeba znać!

PRZYPOMINAM O NASZEJ BOGUSI Z BLOGA " DR BUDWIG I JA", NA KTÓRYM SA INFORMACJE, JAK NAJLEPIEJ JEJ POMÓC. BOGUSIA ROZPOCZĘŁĄ NOWĄ TERAPIĘ I PIENIĄDZE SĄ BARDZO, BARDZO POTRZEBNE!!!!

poniedziałek, 13 marca 2017

WITAJ ZOSIEŃKO, OTWÓRZ OKIENKO

Babcia Zofia, kobieta tak wielkich pasji jak te Pendereckiego, uciechy swego życia po pięćdziesiątce ograniczyła do działki pracowniczej, położonej malowniczo w kompleksie ogrodowym " Nauczyciel", o rzut beretem od  stacji benzynowej, mleczarni i wysypiska odpadów.  Niestety, do przystanku MPK było już znacznie dalej i w okresie stanu wojennego, kiedy problemem było wyrobienie się z gracowaniem i kopaniem do godziny milicyjnej, babcia z rozkoszą przesiadła się razem z siatkami i wiadrami do rodzinnego malucha, kierowanego z fantazją przez moją mamę, również Zofię. Mimo zaangażowania właścicielki działka przekształciła się rychło w plantację cebuli, bo tylko to odporne warzywo na piaskowych gruntach rosło. Truskawki gniły, śliwki zjadały robaki, a jabłka, zanim dojrzały, już z pustym dźwiękiem opadały na cebulowe grządki.
Po latach dziadeusze Kazik przeniósł się do lepszego świata, gdzie nie jest nieustannie nagabywany o przekopywanie gleby, babcia dobiegła osiemdziesiątki i poruszała się o kulach, mimo to cebula była regularnie doglądana, chwasty wykopywane końcem laski, a plony zwożone w wiadrach do mieszkania i użytkowane przez rok cały w celu profilaktyki szkorbutu. Gdyby istniał przepis na tort cebulowy, byłby niechybnie, z okazji wszelakich imprez, wykorzystany.
Maluch, solidarny z dziadkiem Kazimierzem, któregoś letniego dnia również odmówił współpracy i babcia z córką oraz wiadrami zajechała na działkę cudem zdobytą taksówką, jak to w roku 1984 bywało. Po kilku intensywnych godzinach, podczas których babcia pieliła, okopywała i rwała co tylko jej w ręce wpadło, a mama opalała się relaksacyjnie i suszyła długie włosy, nadszedł czas powrotu i tu pojawił się problem: postoju taksówek w pobliżu nie było, do przystanku daleko, a babcia Zofia stała przy krawężniku wsparta na kulach i pilnowała dwóch wiader wypełnionych po brzegi wiadomo czym.
Nolens volens mama, kobieta szczupła i z działkową, swobodną fryzurą, ruszyła brzegiem ulicy w poszukiwaniu transportu i po paru minutach z tyłu usłyszała trąbienie. Wesoły i młody kierowca wartburga, poszukujący w niedzielne popołudnie rozrywek damsko- męskich, postanowił poderwać atrakcyjną brunetkę w długiej spódnicy, idącą swobodnie poboczem z rozwianym włosem.
Otworzył okno, wystawiając nie tylko twarz, ale i łokieć, i uwodzicielsko zawołał:
- Może podwieźć??
Mama natychmiast z radością się odwróciła i zdumionemu chłopinie, który stanął twarzą w twarz z zadbaną, ale jednak prawie pięćdziesięciolatką, poleciła:
- Tylko jeszcze mamusię zabierzemy, o, tam stoi z wiadrami!
Dodawszy wiek obydwu wdzięcznych pasażerek, okupujących tylne siedzenia wartburga, chłopu trafił się podryw stupięćdziesięciolecia!

KOCHANI, CAŁY CZAS POMAGAMY BOGUSI, KTÓRA ZACZĘŁA NOWA TERAPIĘ WYMAGAJĄCA ZAKUPU DUŻEJ ILOŚCI SUPLEMENTÓW!!!!! JAK POMÓC - ZAJRZYJ NA BLOG" DR BUDWIG I JA ".

A to nowy piesek, stary, ślepy Cynamonek.

 

środa, 1 marca 2017

JEŻELI KOCHAĆ TO NIE INDYWIDUALNIE

Pani Bożena, szefowa działu sanitarno- kanalizacyjnego czyli po prostu kierowniczka szamba, prowadziła spokojne życie wielodzietnej matki, bez erotycznych uniesień czy materialnych żądań.
Wystarczył jej zarówno średniowieczny małżonek, jak i przepierdziane siedzenia w antycznym Seicento. Jedyną pasją i miłością kierowniczki była muzyka, a szczególnie dwaj znienawidzeni przez nią wykonawcy z zamierzchłych czasów: Jacek Skubikowski i Kostek Yoriadis. Niechęć do panów spowodowała u Bożeny niezdrową i nienormalną manię śledzenia życiorysów i dokonań artystycznych powyższych.
Kostek był zdecydowanie na gorszej pozycji....puszczane często w radiu piosenki Kasi Kowalskiej wywoływały wężowy syk:
- O, to ta była Kostka Yoriadisa, co ją zostawił!
Krzysztof Krawczyk teoretycznie nie miał z Kostkiem nic wspólnego, ale urodę ma bałkańską, a z Bałkanów do Grecji, z której pochodzi Yoriadis, rzut beretem- co szefowa błyskawicznie zauważyła.
Omawianie ostatniego odcinka " Świata według Kiepskich" sprowokowało Bożenę do podzielenia się z nami faktem, że aktor grający Waldka utracił małżonkę na rzecz Kostka. I tak codziennie, bo gdy słońce świeci to ludzie nabierają śniadej opalenizny jak Kostek, a jak deszcz pada to ohydny świat jest taki jak wyłysiały na stare lata Kostek również.
Jacek Skubikowski, jako muzyk nieżyjący, denerwował Bożenę jedynie przeszłością i swym w przeszłości wyglądem, rzeczywiście nieciekawym i mało erotycznym( jeśli czyta to wielbicielka Jacka to jest to moje osobiste zdanie, do którego mam prawo jak pies do beretu).
Tak właśnie agresywnie nastawiona do świata( rano w radiu puszczali zespół Papa Dance, w którym za młodych lat grał...Kostek Yoriadis)  kanalizacyjna szefowa wkroczyła letnim wieczorem do apteki. Ominęła z pogardą stanowiska z kobiecą załogą i wybrała zakupy przy okienku męskim z młodym blondynem za ladą, który, choćby chciała, w żaden sposób nie kojarzył jej się z Kostkiem.
- Poproszę czterdzieści prezerwatyw- zażądała Bożena wyjmując na tenże zakup siatkę z Lidla.
Pan magister nabrał wiatru w żagle.
- Jaki rodzaj pani podać?- zapytał grzecznie.
Bożena łypnęła okiem zza szkieł +25 dioptrii domagając się wyjaśnień.
- Mamy w asortymencie lubrifikowane, pudrowane, typu skin, wzmagające doznania, opóźniające wytrysk- chłopina się wysilał.
- No nie wiem- wyznała szczerze klientka- może te skiny jakieś.......a może pan mi coś doradzi?
Zdziwiony farmaceuta ogarnął się i próbował uściślić detale.
- A jakie pani ma potrzeby?- zapytał.
- Mam potrzebę- wyjaśniła konspiracyjnie kierowniczka Bożenka- butelki tą gumą zassać, żeby mi soki malinowe nie spleśniały.

PS 1. poniżej ulubieńcy pani Bożeny w swych najlepszych utworach:p
PS 2. Józef, kocham Cię!!!!!

https://youtu.be/49-M_5qtvuc 
https://youtu.be/Qo6iDNf_ifc

 PAMIĘTAJMY O BOGUSI Z BLOGA "DR BUDWIG I JA ", KTÓRA CAŁY CZAS POTRZEBUJE NASZEJ POMOCY, SZCZEGÓŁY NA BLOGU ALBO U MNIE- NAPISZ MAILA, ADRES DO MNIE NA PASKU BOCZNYM, DO BOGUSI: BOGUMILA@AUTOGRAF.PL

wtorek, 21 lutego 2017

MORDERSTWO W ORIENT EXPRESIE

- Kiełbasę weź koniecznie! - babcia Zofia upychała kolejne zawiniątka papierowe w podróżnej walizce jedynego zięcia- gdzie Ty w tym Rzymie znajdziesz wiejską kiełbasę????
- Może bym i nie szukał- melancholijnie zauważył tato- gdybym miał pieniądze.......a nie trzy dolary dziennie ze stypendium.
- Masła tam nie mają, tylko te oliwy wszędzie- myślała intensywnie nad jadłospisem teściowa- masło musowo weź!
- W czym? - zapytał tato upychając kiszkę kaszaną w skarpety frote.
- W słoiczku przecież, wodą się masło zalewa i nie jełczeje- wyjaśniła babcia i zagumkowała kolejnego weka.
- I tak ogórki bierzesz, powidła, schab smażony i kompot z truskawek, to jeden słoik w te czy we wte różnicy nie robi!
Walizka na miesięczne stypendium we Włoszech została wypełniona produktami spożywczymi, slipy zatem tato musiał umieścić w tekturowej teczce z planszami do wykładów. Teczka rozmiarów metr na  półtora metra natychmiast wzbudziła zainteresowanie służb celnych na Okęciu, które nie mogły zrozumieć zastosowania białych męskich majtek, w liczbie sześciu sztuk, podczas prezentacji na temat chorób zakaźnych bydła.
Przed powrotem małżonka i zięcia, moja mama z dziadkami wyruszyła na zwiedzanie Wawelu w ramach wycieczki pracowniczej, zostawiając pod moją opieką mieszkanie, które natychmiast zostało wykorzystane w celach rozrywkowych. Po upojnych kilku nocach, które zlały nam się w jedną, i pracowitym dniu, wypełnionym sprzątaniem mieszkania i wywożeniem butelek do skupu, zapadłyśmy z koleżanką Joanną w kamienny sen w oddzielnych pokojach, żeby nie zakłócać sobie nawzajem odpoczynku chrapaniem i oddechem przesyconym wonią alkoholu z mięsną zagrychą. Bladym świtem postanowiłam przemknąć do ubikacji, kiedy usłyszałam grzebanie niewprawną ręką w zamku od drzwi wejściowych. Rozważając kilka propozycji: czyhanie z nożem w ręku, blokada drzwi, telefon na milicję( wtedy), wybrałam galop do łóżka i nakrycie się kołdrą- a nuż włamywacz mnie nie zauważy albo, co najwyżej, zgwałci, co wtedy nie było dla mnie żadnym problemem. Koleżanka Joanna zbudziła się również i, pełna wdzięczności dla gospodyni lokalu czyli mnie, wybrała wersję bohaterską, łatwiejszą szczególnie wtedy, gdy promile jeszcze krążą we krwi. Podczas gdy ja wstrzymywałam oddech w pościelowym bunkrze, drzwi się otwarły i Aśka runęła w ich kierunku z kołdrą w rękach rycząc jednocześnie:
- Spierdalaj zboku!!!!!!!!! i
- Kaśka, uciekaj!!!!!
Wyprysnęłam z pokoju i dopiero po leżącej na parkiecie otwartej teczce z wysypującymi się z niej zużytymi slipkami poznałam w zakołdrowanym mordercy mojego tatę.

PAMIĘTAJMY O BOGUSI Z BLOGA "DR BUDWIG I JA ", KTÓRA CAŁY CZAS POTRZEBUJE NASZEJ POMOCY, SZCZEGÓŁY NA BLOGU ALBO U MNIE- NAPISZ MAILA, ADRES DO MNIE NA PASKU BOCZNYM, DO BOGUSI: BOGUMILA@AUTOGRAF.PL

PS.  Skąd ta myjnia mi się wzięła????
PS1. Teraz jest Herbapol:p