Łączna liczba wyświetleń

WIELKIE OSZUSTWO

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

poniedziałek, 5 grudnia 2016

CUD NIEPAMIĘCI

Małgosia przyszła była do mojej firmy byłej w celu jasnym i klarownym znalezienia męża. Nieuroda Małgosi rzucała się w oczy, podkreślana umiejętnie całą gamą nietwarzowych kolorów, a ulubione rajstopki opinające łydki w kształcie tralek były w kolorze czerwonym. Miała ona i ma natomiast ogromną zaletę umysłową czyli pozytywną sklerozę. Małgosia nie pamięta negatywnych opinii na jej temat, nie łączy tych opinii z żadną ze znanych jej osób i w związku z tym się nie obraża, a optymistycznie patrzy na świat i swoje szanse w branży ślubnej. A że zapotrzebowanie na skromne i pogodne dziewice jeszcze jest na tym podłym łez padole to i pracujący razem z Małgorzatą Kłos Jarosław Bąk zawziął się, wziął się i się ożenił z wyżej wymienioną. Po ślubie on został na stanowisku wysoce menedżerskim, ona, jak to w Polsce zwykle bywa, została przeniesiona do działu zaopatrzenia gdzie, bez słowa skargi, oblepiała pudełka taśmą klejącą, sortowała kalendarze i pryskała złotym sprayem szyszki ozdabiające stoły podczas integracyjnej, firmowej wigilii. Oczywiste jest przecież, że dwa Bąki szefami czegokolwiek być nie mogą!
Zły los sprawił, że tuż przed wycieczką firmową do Barcelony, z przesiadką w Madrycie, Jarosław złamał nogę i Małgosia, nolens volens, poleciała tylko z koleżankami i kolegami z pracy, czyli właściwie sama. Nie dla niej intensywne pijaństwo i inne wycieczkowe atrakcje czyli ruja i poróbstwo. Małgorzata nie podziwiała nawet zabytków bez reszty zajęta pisaniem smsów do męża z pytaniami, czy zjadł śniadanie/brunch/lunch/obiad/kolację i czy posiłek odpowiednio popił tudzież przyjął w pokarmie odpowiednią ilość wapnia niezbędnego przy zrastaniu kośćca. W żadnej galerii i  w żadnym sklepie Małgosia nie wypatrzyła podczas turnusu prezentu godnego jej małżonka i dopiero w drodze powrotnej, na lotnisku, podczas przesiadki w Madrycie, ujrzała niezwykłej urody talerze do pizzy, ozdobione brzegowo fikuśnymi papryczkami. Weszła do wolnocłowego butiku i oniemiała na widok jeszcze inszych pizzowych talerzy, również kuszących wzorkami zaczerpniętymi z kulinariów.
Reszta wycieczki, ze mną na czele, po spożyciu godziwej ilości trankwilizujących procentów siedziała wygodnie w samolotowych fotelach i przysypiała w oczekiwaniu na odlot. Minuty, a potem dziesiątki minut mijały, a samolot jak stał, tak stał. Stewardesa wyjaśniła niektórym trzeźwym, a zatem ciekawym, że brakuje pasażera. Po kolejnej półgodzinie przez drzwi wpadła zadyszana Małgosia, przyciskająca do łona pokaźne pudło z pseudoporcelaną i dopiero wtedy zauważyliśmy jej dotychczasowy brak.
- Małgośka, do jasnej cholery- ryknął jeden z obecnych na wycieczce kierowników- przecież wywoływano kilkanaście razy twoje nazwisko przez  megafon!
- No tak, słyszałam- tłumaczyła się sklerotyczna koleżanka- ale szukano Małgorzaty Bąk, a ja zapomniałam, że już się Kłos nie nazywam!

poniedziałek, 28 listopada 2016

NIE MOGĘ CI WIELE DAĆ

Miłość spadła na mnie w wypiździsty dzień kwietniowy w obecnym stuleciu jak foliowa siatka na szybę samochodu- niby nic, a się człowiek wkurwia i świata nie widzi. Zajrzałam jako przedstawiciel do zapyziałego gabinetu w wiejskiej przychodni i od razu, jak Jagienka w Krzyżakach, stwierdziłam:
- Mój ci on!
On, co prawda, jeszcze długo o tym nie wiedział, ale najważniejsze, że wiedziałam ja, wszystkie moje przyjaciółki, koleżanki i koledzy z pracy i nie tylko, sąsiedzi, inni lekarze i ogólnie et consortes:p
Zdobyć nie było łatwo, ale po kilkunastu odwiedzinach w miesiącu nawet idiota by się zorientował, że o jakieś wyższego rzędu niż miłość do pracy uczucia chodzi i w miesiącu czerwcu udało mi się wyprosić wspólną kolację" na koszt firmy".
Pierwszą wpadkę zaliczyłam, gdy okazało się, że nie mam pieniędzy w portfelu ani na karcie i za kolację musiał zapłacić On( a żarłam, jakbym nigdy w życiu frytek nie widziała). W związku z moim brakiem kasy również On musiał zakupić alkohol na after party, które dziwnym trafem losu odbyć się miało u niego w domu.
Drugą wpadkę zaliczyłam, gdy okazało się, że wzięłam na wspólną kolację zapasowe majty i szczoteczkę do zębów- do tej pory On się zastanawia, skąd wiedziałam, że zostanę do śniadania
( nawet, gdyby nie wygonił, spałabym na wycieraczce)
Trzecią wpadkę zaliczyłam w styczniu następnego roku i mamy córkę.
Wobec powyższych, chociaż nie chciał, zostaliśmy parą. Ale co innego kulturalnego Pegaza zdobyć, a co innego utrzymać, kiedy zamienił się po pierwszych miesiącach uniesienia w zwykle nietrzeźwego konia, a nawet byka...a i takich jak ja, co to do gabinetów pukają, masa i przeważnie ładniejsza.
Odkąd od staruszek siedzących w poczekalni usłyszałam przypadkiem, schowana za winklem, że:
- Nasz doktor każdą mógł se mieć, a wzion taką stara i z dziećmi!( fakt, miałam troje z innych sytuacji, kiedy grom miłosny mnie poraził)
postanowiłam być czujna.
Sprawdzanie smsów w telefonie śpiącego ukochanego to banalny standard, ale już odpisywanie w ordynarnym stylu to tylko moja właściwość. Chłop sie co prawda dziwił, że ulubiona pacjentka patrzy nań nagle spode łba, nie wiedział bowiem, ze na wiadomość z podziękowaniami za miłą wizytę otrzymała odpowiedź:
- Miło to by było, gdyby pani była o sto kilo szczuplejsza!
Również na moje szczęście gabinet, w którym On przyjmował, był dokładnie pod naszym klozetem w mieszkaniu, a wentylacja łączyła oba pokoje. Siedząc spokojnie na sedesie mogłam bez trudu słyszeć każde wypowiadane w gabinecie słowo i nie o diagnozy bynajmniej mi chodziło. Lojalnie uprzedziłam, ze jak tylko usłyszę choćby ślad flirtu natychmiast spuszczam wodę, co oznacza, że za chwilę będę osobiście interweniować. Pewnego dnia jakaś nieznająca mnie i mojej agresji przedstawicielka zaproponowała mojemu chłopu wspólny wypad na grzyby w ramach relaksu, akurat wtedy, kiedy spokojnie sikałam. Uwiesiłam się sznurka od górnopłuka z taką werwą i nienawiścią, że dało to do myślenia osobom poniżej i, wypadając na schody, ujrzałam tylko dziewczynę biegnącą do samochodu sprintem z przeszkodami.
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że i tak, cholera jasna, jakoś mnie umiał zdradzać!
Mimo, że niejedna oberwała rurą od odkurzacza, prawda pani Justyno???

piątek, 18 listopada 2016

MATRIX- REINKARNACJA

Moja babcia, Zofia, aczkolwiek rozrzutna jak jej zięć, Zdzisław, miewała momenty dramatycznego skąpstwa, nazywanego w rodzinie niemarnowaniem- również jak jej zięć, Zdzisław. Choćby jeden ziemniaczek pozostał z wczasowego obiadu babcia konsekwentnie zawijała go w serwetkę" na wynos" ze słowami:
- Zapłacone, to się należy!
Pamiętam górskie podróże z dzieciństwa czyli zwiedzanie najkrótszych tatrzańskich dolinek, zawsze z prowiantem( zaoszczędzonym z posiłków) w pergaminowych torebkach i zawsze z termosem pełnym wyniesionego z jadalni kompotu.
Grzechem dla babci było wyrzucanie czegokolwiek stąd w szafach egzystowały najedzone mole, w zapasach, na wypadek wojny, mąki tuczyły się wołki zbożowe, a bytujące w cukrze mrówki faraona nie raz były zapieczone w cieście( spożycia nie można było odmówić, bo mrówki przecież były martwe!)
W pracy, wspólnej dla babci i zięcia, tradycją były tak zwane prezenty przechodnie czyli na przykład kryształowy wazon, który moja mama dostała od wdzięcznego pacjenta i który przez tatę został natychmiast puszczony w imieninowy obieg w jego zakładzie pracy. Po półtora roku wazon powrócił do rodziny- babcia otrzymała go od koleżanek.
Kiedy zaczęłam pracę w aptece w zamierzchłych czasach obchodzenie imienin było huczne i nawet alkoholowe. Ze szczególnym wypierdem świętowaliśmy dzień świętej Joanny, patronki naszej kierowniczki, która co prawda zawsze wtedy brała dzień urlopu, żeby nie piec orzechowego tortu, o którego smaku i zaletach nie raz nam opowiadała i na teorii się skończyło, za to dzień po chętnie przyjmowała prezenty. Jako wielbicielce malarstwa postanowiłam jej kupić album, a do tego zgłosił sie ochoczo mój tato, bo i tak miał zamiar iść do księgarni. Nastepnego dnia z dumą wręczyłam kierowniczce zapakowną w gustowną torebkę ksiązkę o tytule( do dziś pamiętam)
" Od Maneta do Pollocka". Przy wtórze zachwytów innych współpracowników pani Joasia nabożnie zaczęła przewracać kartki, wśród których ukryta była ozdobna pocztówka z dedykacją:
" Przyjacielowi Zdzichowi z okazji imienin książkę tą ofiarowuje - Janusz"

wtorek, 8 listopada 2016

CRIME STORY

Jako że dzień zaduszny był dopiero co, pozwolę sobie wspomnieć wydarzenie, które o mały włos nie spowodowało mojego przeniesienia się na drugą stronę płyty nagrobnej. Jak dziś pamiętam: był to lipiec 1998 roku i miałam zaledwie trzydzieści lat!
Rozpoczęta właśnie w firmie farmaceutycznej praca zmusiła mnie do podróżowania służbowym samochodem, chociaż prawo jazdy robiłam w zamierzchłej przeszłości na Maluchu z rozrusznikiem. Wsiadłam zatem żwawo do służbowego Opla, z socjalistycznego nawyku wypełnionego dwoma kocykami( jakby auto stanęło w środku lasu w zimie) i papierem toaletowym w kilku rolkach, który jest moją ulubioną formą chustek do nosa( chustek z materiału, po traumie z dzieciństwa, kiedy to ja byłam odpowiedzialna za ich pranie w sezonie kataralnym, bo mama brzydziła się ciągnących się, jak śluz ślimaczy, smarków, nie używam). Prowincjonalne miasteczko, w którym  miałam odwiedzić szpital, było dla mnie tak topograficznie skomplikowane, że postanowiłam "nabyć języka" u tubylca, którym okazał się czyściutki staruszek w garniturku, jak się potem okazało: pan Zenon J. Staruszek również uznał, że wytlumaczenie mi tak skomplikowanej trasy, jaką jest droga do szpitala w osadzie z czterema ulicami na krzyż, przerasta nasze obopólne możliwości i zaproponował:
- To ja se siędę z panią, bo i tak do poradni kardiologicznej w szpitalu zmierzam na kontrolę po zawale.
Pan Zenon wygodnie się rozsiadł, ja nałożyłam plastikowe okulary przeciwsłoneczne, w żaden sposób nie korygujące mojego astygmatyzmu i wady wzroku powyżej pięciu dioptrii, i ruszyliśmy z kopyta z trasy pobocznej szutrowej na drogę główną asfaltową. Mój zrelaksowany towarzysz kierował moimi poczynaniami jak kapitan na Titanicu, zatem nic dziwnego, że po jego donośnym rozkazie:
-Tera w lewo!
zatopieni w rozkosznej konwersacji wjechaliśmy radośnie prosto pod serbskiego TIRa
( kierowcą był, jak się później okazało, pan Slobodan T.)
Pan Zenon beztrosko nie zapiął pasów, toteż ostatnią rzeczą, jaką pamiętałam po jego okrzyku:
-Jezus, Maria!!
był zwis jego przerażonych ramion na mojej szyi.
Służby ratownicze, mimo przejściowych trudności czyli konieczności wycinania mnie z Garbusa  w jakiego przeistoczył się Opel, stojącego w kałuży paliwa, sprawiły się dobrze i odzyskałam przytomność w ramionach lokalnego lekarskiego Brada Pitta, który, wskazując na nieruchomą postać pana Zenona zwisającą poprzez drążek zmiany biegów, spytał:
-A ten pan to kto?
Wzrokiem omiotłam bezwładne ciało staruszka- przewodnika i, radosnie się śmiejąc( oczywiście z powodu szoku) odpowiedziałam:
- A ten pan to chyba trup!
PS. Pan Slobodan, poza zwichnięciem nogi, z którego to powodu domagał się przejażdżki karetką na sygnale, nie doznał innych uszczerbków. Pan Zenon nie dotarł do kardiologa w mieście powiatowym za to przewieziono go na bezpłatną konsultację do największej lubelskiej kliniki, gdzie w bonusie otrzymał trepanację czaszki.
A tak poza tym: wszyscy zdrowi:)

czwartek, 3 listopada 2016

MIŁOŚĆ CI WSZYSTKO WYBACZY

Wszelakie moje związki damsko- męskie były,  zapewne przez przedurodzeniowe fatum przyrody, skazane na niepowodzenie. Na pewno przyczyną nie był mój dziecięco- nastoletni visual uprawniający mnie do grania roli pana Zagłoby we wszelakich sienkiewiczowskich inscenizacjach. Na kolonie pracownicze, będące kuźnią nastoletnich związków, pojechałam po raz pierwszy po wizycie u fryzjera, który zbyt dosłownie potraktował słowa mojej mamy:
- Proszę krótko, tak raczej po męsku.
Efektem było odsłonięcie moich gigantycznych uszu i strzelistego czółka przez fryzurkę
" dwumilimetrowy jeżyk wykonany tępą maszynką". Moja nieśmiała próba doklejenia się do najpopularniejszych i najładniejszych dziewczyn w ósmej klasie, chociażby przez udział w dyskusji na temat " Przeminęło z wiatrem" i książek Siesickiej, skończyła się po potraktowaniu mnie przez ich liderkę słowami:
- A co ty Kasia możesz wiedzieć o miłości?:p
Zresztą właśnie w ósmej klasie moja miłość do  superprzystojnego( o ile dobrze pamiętam) Igora skończyła się wpadnięciem przeze mnie w erotycznym widzie na ścianę, co tenże Igor skomentował:
- Ale ty durna jesteś !
i pozostało mi tylko robienie mu fotek przez dziurę w drzwiach do męskiej toalety.
Pozostając w klimacie szkoły podstawowej najbardziej gorącym uczuciem było  to, które wybuchło  w moim sercu i umyśle po poznaniu  Pawła na zimowisku w Kamionce Wielkiej. Zima stulecia, szkolna sala służąca kilkunastu osobom na leżakach za sypialnię, pracujące całe noce farelki o śmierdzących spiralach i ON, zawsze otoczony tłumem wielbicielek, palący kupowane w Peweksie Marlboro, król dyskotek z przebojami Boney M( lata siedemdziesiąte to były, przypominam subtelnie). Trzymając się blisko gwiazd zimowisk, czyli Ewy i Agnieszki, licząc na to, że coś mi skapnie z nieskonsumowanych przez nie dóbr uczuciowych wysyłanych im przez kolegów w nadmiarze, trafiłam na pożegnalny bal  w szkole podstawowej w naszych polskich górach. Odziana gustownie w bistor i dzianinę ujrzałam zmierzającego w naszą stronę Pawła, a litościwe i przekupione dezodorantem Bac koleżanki zaproponowały mu do tańca moją osobę. Mój idol omiótł spojrzeniem moja solidną posturę i równie solidne szkła w okularach i zadał mi cios prosto w serce mówiąc:
- Z tym prosiakiem nie tańczę!
PS. los chciał, że po latach znaleźliśmy się w jednej grupie na roku- Paweł, na skutek nadmiernego spożycia wszelakich substancji, miał lekkie opóźnienie edukacyjne, i z powodu jego amnezji( nazwa Kamionka Wielka niewiele mu mówiła) zostaliśmy parą na dwa długie lata. Prosiak zwyciężył!

środa, 26 października 2016

ŻYWOT CZŁOWIEKA POCZCIWEGO

Mój, znany tu chyba wszystkim, tato jest człowiekiem z zasadami. Jak obiecał koledze, że zagłosuje na niego w wydziałowych wyborach, to oczywiście oddał głos na kogoś zupełnie innego, bo
" przecież Jurek to idiota". Kolega Jurek oczywiście ruszył do taty z pretensjami, że jak to, miał go poprzeć, a tu proszę, kandydat otrzymał tylko jeden głos.
- No i właśnie ten głos był mój! - wrednie odpowiedział tato, wiedząc doskonale, że kolega zagłosował sam na siebie, ale nie wypada mu się do tego przyznać.
Jak mi tato stanowczo odmawia bezzwrotnej pożyczki to i tak wiadomo, że pożyczy, a ja nie oddam.
Wbrew swojej naukowej profesji ojciec uwielbia czytać horoskopy, odwiedzać wróżki i Cyganki, szczególnie odkąd jedna przepowiedziała mu śmierć dopiero po moim szczęśliwym zamążpójściu
( ha, ha ), co tato, znając moją przeszłość i teraźniejszość, skomentował:
- Będę żył wiecznie!!!
W Kazimierzu Dolnym nad Wisłą przedstawicielek starego, wieszczego zawodu nie brakuje nigdy i jedna z wróżbitek pewnego dnia wypatrzyła mnie i tatę przez szybę w sklepie jubilerskim. Akuratnież byłam jak zwykle bez grosza a bardzo spodobał mi się artystyczny pierścień z trupią główką, który mój najlepszy z ojców natychmiast kupił. Codzienne, pełne awantur i wyganiania mnie z domu jako pasożyta na finansowym i moralnym dnie, życie codziennym życiem, ale po odskoczeniu od codzienności tato mięknie charakterologicznie.W średnim wieku Romka przechwyciła nas natychmiast po wyjściu i zagaiła do taty o długim życiu, of kors, i niezniszczalnym zdrowiu.
- E- zareagował mój tato- takie bzdety to każdy mi mówi, niech pani coś osobistego bardziej wymyśli.
Kobieta spojrzała na mój nowy pierścionek, celnie oceniła mój niewątpliwie zaawansowany wiek i dobrą kondycję taty, i orzekła:
-A ta piękna pani to już nigdy pana nie opuści, do śmierci razem jak gołąbki będziecie!
na co mój tato jęknął rozdzierająco:
- A za taką przepowiednię, że ta gnida, moja córka, nigdy mnie nie przestanie ssać jak pijawka, to grosza nie dam!!!!

środa, 19 października 2016

U CIOCI NA IMIENINACH

Imieniny cioci Małgorzaty, nieszczęśliwej małżonki słuchacza Radia Maryja, są idealnym pretekstem do wylania przez solenizantkę fali zastarzałej żółci, a tematem drażliwym i tradycyjnie poruszanym są relacje cioci z teściową, będącą od 15 lat w lepszym świecie. Na tapecie są z reguły przeżycia obu pań w latach 70/80, kiedy były w pełni sił fizycznych, a już niekoniecznie umysłowych.
Troskliwi synowie wspierali matkę, czyli babcię Teresę, gotówką, która natychmiast zasilała konto ojca Tadeusza, natomiast jedyna niepracująca synowa zmuszana była do realnej pomocy fizycznej.
I tak ciocia Małgorzata:
- była pomocną dłonią w 76 w Sopocie, kiedy teściowa dostała nagłej biegunki w morzu( fakt potwierdzony naocznie, aczkolwiek technicznie czynność trudna do wykonania). Do dzisiaj pamiętam ciocię biegnąca przez spienione fale z majtkami od mojego bikini i do dzisiaj dręczy mnie wspomnienie, że figurę miałam w zadzie akuratnej wielkości jak siedemdziesięcioletnia kobieta.
- stała godzinami w kolejkach do sklepów mięsnych po to, żeby teściowa skomentowała przyniesione dary: takie ochłapy to chyba ty Małgosia w powstaniu jadłaś!
- robiła nieustanne przepierki bielizny teściowej mydłem Biały Jeleń w zlewie( bo oszczędniej się woda leje niż w wannie)
- zmuszana była do oddawania deserów na wczasach, bo według słów teściowej: mnie, starej, już cukier nie zaszkodzi, a tobie znowu z dziesięć kilo przybyło.
Nic dziwnego, że sterana ciocia czekała chociaż na werbalny wyraz wdzięczności i taką nadzieję miała podsłuchując( razem ze mną) zwierzeń babci w gronie wczasowych koleżanek na turnusie w Nałęczowie.
- A jak pani synowie, pani Tereso ?
- Ach, moi synowie( babcia rozkręcała się) nie dość, że wysoce wykształceni to i matce pomagają we wszystkim, zakupy, pranie, bez proszenia! ( tu ciocia zaczynała pocić się z wściekłości, wspominając swojego wysoce wykształconego męża, który u matki w domu  pijał herbatę z ciastem, a nie froterował podłogi)
- A synowe też takie udane ?- ktoś zadawał zapalne pytanie, po którym ciocia nadstawiała ucha a babcia nadymała się z niesmakiem i, jako osoba kulturalna, spokojnie cedziła:
-Niektórym ludziom na stare lata Pan Bóg pokutę zsyła......