Łączna liczba wyświetleń

WIELKIE OSZUSTWO

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

czwartek, 27 lipca 2017

CHAŁUPY WELCOME TO CZYLI NAGA PRAWDA

Upodobanie do naturyzmu czyli, mówiąc wprost, inklinacja do biegania na golasa, zalęgło się w mojej rodzinie na długo przed moim urodzeniem i, zgodnie z zasadą, że swój ciągnie do swego, zarówno we frakcji po mieczu, jak i po kądzieli.
O tym, że tak zwany opalacz może być z powodzeniem zastąpiony przez halkę ze stylonu, przekonywała nas babcia Zofia jak tylko słoneczko zaświeciło nad jej działką. Żeby nie narobić sobie wstydu przy ludziach pielących sąsiednie zagonki zawsze nosiła eleganckie korale kolorem dopasowane do sandałków, które to obuwie jednakże zdejmowała, gdy tylko pod stopami nie było śniegu ani błota.


 Zdecydowanie cała rodzina twierdziła, że dopóki dziecko nie wejdzie w wiek szkolny najzdrowiej i bezpretensjonalnie jest plażować się nago. Niestety, rodzice i dziadkowie innych dzieci mieli całkowicie odmienne zdanie i najczęściej byłam jedynym pornograficznym niepełnoletnim obiektem w całym Sopocie. Za to, jak pocieszała mnie mama, wchłaniałam znacznie więcej witaminy D niż tekstylni:p


Ciocia Małgorzata, walcząca nie tylko ze swoim mężem, ale i ze "zboczeńcem" z bloku naprzeciwko, który gimnastykował się w slipach na balkonie, co pewien czas przemykała niekompletnie odziana, czyli w biustonoszu i majtach, na podwórko celem powieszenia prania na sznurze. Ciocię do mieszkania wciągał zawstydzony wuj w ubraniu domowym czyli z gołym torsem i kiedyś białych slipach.
Ja sama, krytykująca bezwstyd, otworzyłam listonoszowi drzwi w szlafroku, który z powodu braku paska rozchylił się kusząco przy podpisywaniu odbioru poleconego.
Nie gorszy oczywiście jest mój tato, zwolennik tunik albo galabiji, nie krępujących ruchów i bez uciskających gumek. Ponieważ rzymskiego peplum nabyć nie można tato protestuje na gruncie domowym ubierając tylko jedną część garderoby- jednego dnia są to spodenki gimnastyczne z lat 70-tych ze sparciałą gumką, innym razem zaś tiszercik solo. Naprzeciw naszego balkonu na pierwszym piętrze, za smętnym paseczkiem trawy, posiadamy ulicę przelotową i przystanek, zawsze przepełniony studentami. Mój syn gardzi starczym przechodzeniem na pasach i zwykle przeskakuje przelotową ulicę przy dźwięku klaksonów, co bulwersuje mojego tatę maksymalnie. Pewnego dnia majowego, gdy przez otwarty balkon płynęło wiosenne powietrze, studenci tłumnie udawali się autobusami na zajęcia, a pracujący powracali do domów, mój syn slalomem zaczął pokonywać dwupasmówkę....i w tymże momencie zauważył go przez szybę dziadek.  Tato plugawe słowa wyemitował na cały głos na balkonie, dodatkowo grożąc wnukowi prawą ręką, co spowodowało przemieszczenie się i tak kusej bluzeczki do góry. Studenci i przechodnie zamarli w zachwycie na widok intymnych zasobów pana z pierwszego piętra, który po dłuższej chwili, nieco skonfundowany,  zaczął owijać się firanką.


( dziadek Kazimierz elegancko w szortach, ja...tradycyjnie)

czwartek, 13 lipca 2017

DIALOGI NA CZTERY NOGI

                                                                                                                   Janów Lubelski, 2003


- Tomek???
- No?
-Wiesz, że Cię kocham?
- No.
-No to znaczy tak?
-No to znaczy, że niestety słyszę.
- Niestety?
- Bo mecz mi zagłuszasz!
-Ale ja mówię, że Cię kocham!!!!
- No i?
- I mógłbyś też coś w tym stylu powiedzieć.
- Mogę.
- To ?
- To, na przykład, kocham boczek z grilla.
- @#$%^*!!!!!
- Miało być w tym stylu!
- Ale o mnie!!!!!!!!
- O tobie to nie da się.O mojej żonie pierwszej mógłbym.....
- O twojej żonie pierwszej to ja na pamięć znam!!!!!!
- Dlatego nic nie mówię. W tym stylu .
- To powiedz mi coś miłego w rewanżu w innym stylu!!!!
- Obiad smaczny był.
- Boże, Ty słyszysz i nie grzmisz!!!!
- Wystarczy, że ty grzmisz po gołąbkach...jak stara armata.
- A kto wczoraj pawia puścił po grillu z Tadeuszem????
- Ja, ale u siebie jestem! Mogę sobie nawet w pokoju grilla postawić z Tadeuszem, a ty tu jesteś, bo   mi się nudzi.
- Nienawidzę cię!
- Wreszcie, bo już mi od tej miłości niedobrze się zrobiło.
- I ty się dziwisz, że ci pierwsza żona uciekła?????
- Dziwię się, a bo co?????
- Ja się nie dziwię.
- A, jak się nie dziwisz, to droga wolna, proszę bardzo, pakuj bety w prześcieradło i do widzenia!
- O nie, nie wyprowadzę się!!!!
- Bo?
- Bo cię kocham!!!!!! ( łzy lecą )
- Jezuuuuuuuu!!!!!

czwartek, 29 czerwca 2017

ZIEMIA OBIECANA

- Slipek dwie pary....- tato pakował się na dwutygodniowy wyjazd w moim towarzystwie.
- Jak to: dwie pary?- zdziwiłam się, upychając w walizce dwa sześciopaki bawełnianych majt.
- Przepierkę się zrobi codziennie, w zlewie- tato drobiazgowo zaplanował wyjazdowe atrakcje i umieścił cały swój bagaż, plus proszek do prania, w stylonowej saszetce XXL. Plastikowe sandałki przeciw jeżowcom, które za nic nie chciały zmieścić mu się w kieszeniach, cudem odnalazły się na miejscu pomiędzy moimi bluzkami. Niezbędne wszystkim członkom naszej rodziny leki przeciwko biegunce sypały się ze wszystkich otworów w naszych kubraczkach. Tak uzbrojeni, niczym Gotfryd de Bouillon na krucjatę, ruszyliśmy do Świętej Ziemi.
Biegunki dostaliśmy już na lotnisku, toteż tato straszył przy odprawie uśmiechem przydymionym pyłem z leczniczego węgla. Pierwszego dnia pobytu straszyliśmy zębami zżółkłymi od Nifuroksazydu, a drugiego śluzem wokół ust po Smekcie. Trzeciego dnia tato pomylił kolejny specyfik zapierający z rozluźniającym Bisacodylem i obydwie pary slipek powiewały, susząc się, w oknie, a my oglądaliśmy tamtejszą telewizję. Pod koniec tygodnia wreszcie obydwoje byliśmy w stanie zobaczyć coś więcej niż wnętrza pokojów i ruszyliśmy w miasto. Tato przezornie nie odzywał się w kawiarni pomny nieprzyjemnej sytuacji, jaką przeżyli podczas pobytu w tymże mieście dawno temu z kolegą.
Kolega z pracy, pan Janek, podczas obiadu nieustannie narzekał po polsku na pogodę, żydowską kuchnię i ogólnie na tubylcze obyczaje. Po kilku minutach wychodzący z lokalu starszy pan, zapewne pamiętający drugą wojnę, zgasił pana Janka najczystszą polszczyzną mówiąc:
- To wypieprzaj pan do Polski z powrotem!
Spożyliśmy więc posiłek w milczeniu, deser poprawiając kilkoma Nifuroksazydami z węglem, i ruszyliśmy podziwiać wielką synagogę odziani skromnie, a tatuś nawet w charakterystycznej czapeczce na ciemieniu. We wnętrzu, idąc dziarsko przodem, odwróciłam się dopiero, kiedy usłyszałam pełen dezaprobaty szum- tato, niepomny tego, że w tym kraju Mesjasz jeszcze się nie narodził, tradycyjnie klęknął na progu żegnając się zamaszyście.


Foto: w wolnych chwilach w pracy:))))

sobota, 10 czerwca 2017

A WSZYSTKO TO, BO CIEBIE KOCHAM

BOGUSIU, NAPISAŁAŚ MI KIEDYŚ, ŻE LUBISZ POŚMIAĆ SIĘ CZYTAJĄC MOJE POSTY. DZISIAJ NIE MA CIĘ Z NAMI, ALE WIERZĘ, ŻE RESZTĘ HISTORII OPOWIE CI OSOBIŚCIE BABCIA ZOFIA, BABCIA TERESA, DZIADEK KAZIMIERZ I MOJA MAMA.

 Do wniosku, że miłość niejedno ma  imię,  a czasami jest bezimienna i bezsensowna, Edzia doszła po kilku długich latach małżeństwa z Karolem, będąc w związku pozbawionym życiowych soków i emocji.
Na początku starali się oboje, myli zęby przed każdym pocałunkiem, mając wolną chatę na erotyczne igraszki nakładali świeżo wyprane majtki i slipy, poruszali tematy wyłącznie wybitne intelektualnie i zamiast ustalania menu na poniedziałkowy obiad rozważali uczucia miotające Raskolnikowem w chwili mordowania staruszki. Po ślubie Edzia nadal czuła się w obowiązku prezentowania  z lepszej strony, toteż makijaż nakładała zarówno na dzień,jak i na noc, grubsze sprawy toaletowe załatwiała w pracy, a celem oddania gazów wybiegała z domu pod pretekstem wyrzucenia śmieci. Karol, niestety, pierdział pod kołdrą, defekował przy otwartych drzwiach klozetowych, zęby mył tylko wychodząc z domu i ogólnie stał się z lekka otyły,obrzydliwy, ohydny i aseksualny. Minęło kolejnych kilka lat i Edzia poddała się. W domowych pieleszach można ją było zobaczyć li i tylko w szlafroku frote, potajemnie wywiezionym z hotelu Zrenjanin w Belgradzie, niewygodne stringi zamieniła na bawełniane reformy, a wieczorem, raz na kwartał, na zachęcające pytanie Karola: "no?" odpowiadała zwykle: "eee", i tym sposobem ich życie seksualne zamarło.
Na zewnątrz jednakże Karol prezentował kulturę osobistą i erudycję, nikt nie widział, że pod spodniami od garnituru ma zażółcone slipy, a pod wykwintną koszulą, zimową porą, "żonobijkę" z siatki, toteż awansował na kierownika struktur regionalnych w wieku 40 lat. Ponieważ "pod sobą" miał kilka atrakcyjnych dziewczyn, nie było rzeczą dziwną, że zakiełkowały w zespole sympatie, a nawet poważne zainteresowanie  kierownikiem ze strony niejakiej Bożeny. Jej  zdaniem atrakcyjność Karola znacznie podnosiła wysoka pensja i widoki na dalszą karierę, a także niewątpliwa inteligencja i dowcip, które tenże odgrzebywał na użytek służbowy, w domu bowiem używał jedynie bezokoliczników typu: jeść, albo spać. Smsy i telefony wymieniane między podwładną a szefem, a takoż częste pochwały pracownicy Bożeny, nie uszły uwadze Edzi, która, jak wiele troskliwych żon, nocami sprawdzała rejestry w komórce męża. Karol był wstrętnym grubym gburem, ale dla Edzi troskliwie przechowującej na pawlaczu sweterki z lat 80- tych, bezużyteczność nie była powodem pozbycia się przedmiotu, albo, o zgrozo, oddania go w obce ręce. Rozpoczęła kontratak i już przy najbliższym posiłku zagaiła:
- Karolu, czy ta twoja pracownica, pani Bożenka, pochodzi z jakiejś patologicznej rodziny?
- No chyba żartujesz- wymemłał mąż z ustami pełnymi makaronu- to dziewczyna bardzo subtelna i kulturalna, w odróżnieniu od niektórych- dodał złośliwie.
-To patrz, co do mnie napisała- i Edzia podała Karolowi swój telefon z smsem, który sama do siebie wysłała z bramki internetowej, zaczynającym się od: " Ty stara k......!"
Kierownik zdębiał, albowiem o takie chamstwo nie podejrzewał Bożeny absolutnie, podstępu nie przejrzał i zdecydowanie ochłódł w stosunkach z atrakcyjną  pracownicą,  a nawet zaniżył jej ocenę premiową. Mimo to rywalka dalej pracowała z małżonkiem, toteż Edzia poszła za ciosem i w milczeniu podsunęła Karolowi kolejnego smsa o treści: " Nie zależy mi wcale na twoim grubasie, tylko na jego pieniądzach".
Następnego miesiąca umowa Bożenki o pracę nie została przedłużona- grubasa Karol nie zdzierżył!

piątek, 12 maja 2017

KLOZET A SPRAWA POLSKA

- A żesz k..a, cholera jasna, ty ch...pi........ jeden!!!!- wyartykułował z trudem pan Czesław, dozorca śródmiejskiej kamienicy, zsuwając się, z ominięciem siły tarcia dzięki krążącym we krwi procentom dającym konkretne promile w wydechu, po poręczy schodów z trzech pięter na sam zimny, betonem wyłożony parter. Tamże zastał go leżącego dziadek Kazimierz, mieszkaniec owego przedziwnego, przedwojennego budynku, podzielonego przez socjalistyczne władze na trzy odrębne części. Aby wnieść zapadłego w sen pana Czesia z parteru dolnego w części A na parter górny w części B należało wyjść na podwórko, poprzez bramę zawierającą drzwi do części C, mieszczącej Urząd Skarbowy, dojść do wejścia B przy ulicy i poprzez to wejście wnieść pijane zwłoki po kilku schodkach do mieszkania. Proste jak życiowa zasada dozorcy Czesława: zarobić i przepić.
Dziadkowie początkowo, pomimo mieszkania w części B, mieli wejście do swoich komnat w liczbie jednej z wnęką przeszklonymi drzwiami wprost z korytarza Urzędu Skarbowego( mieszczącego się w części C). Nie raz interesant skarbówki pukał do drzwi nr 35 i szarpał klamką trzymaną z drugiej strony przez babcię Zofię z tasakiem w ręku. Na nieszczęście wszystkich dziadek Kazimierz pracował w tymże urzędzie i koledzy z pracy uważali za rzecz normalną wpraszanie się do lokalu nr 35 na reglamentowaną herbatę Madras. Po kilku latach kierownik miał dosyć szukania pracowników w pustym biurze i drzwi nr 35 komisyjnie zamurowano, a dziadkom wybito dziurę, jak Pan Bóg przykazał,w klatce schodowej budynku B.
Drzwi drzwiami , ale pomiędzy Urzędem Skarbowym w Lublinie a mieszkaniem dziadków mieścił się nowocześnie wyposażony klozet służący obu stronom porcelanową muszlą z górnopłukiem. Klozetu nie chciał nikt zamurować od swojej strony- pracownicy biura musowo musieli mieć gdzie załatwiać potrzeby. Dziadek Kazik co prawda mógł defekować w godzinach pracy, gdyby to urząd przejął toaletę, ale co z babcią i dniami świątecznymi?
Status quo pozostawiono, na drzwiach od strony biura umieszczono kartkę:
Pracowniku, zamknij drugie drzwi po wejściu do toalety, po skorzystaniu nie pozostawiaj papieru toaletowego!
Po drugiej stronie babcia Zofia pouczała mnie:
- Broń Boże nie zostawiaj naszego papieru dla tych urzędasów!
i umieszczała wewnątrz tajemniczą kartkę z niewykonalnym poleceniem:
Proszę nie zostawiać smrodu!
Mimo przestróg każda strona czyhała na cudzy papier, dziadek Kazik  miał nawet dyskretną rozmowę z kierownikiem, który kazał mu się określić jakiej rolki będzie używał w ubikacji:  prywatnej czy służbowej.
Człowiek młody to i głupi i przestróg starszych nie bardzo słucha. Cierpiąc na dziedziczną w rodzinie mojego taty biegunkę, będąc w czasie wakacji u dziadków, pomknęłam szybko jak lot plwociny do toalety, szarpnęłam drzwiami  i wpadłam na połowicznego golasa, siedzącego na tronie z prasą i papierosem. Krzyk, jaki wydarł mi się z nastoletniej piersi, zwabił w kierunku klozetu dziadka Kazimierza, który, zanim wypchnął mnie do korytarza, grzecznie sie przywitał:
- Dzień dobry, panie kierowniku, miłego dnia!

 KOCHANI, NA POMAGAM.PL/ZYRAFA JEST HISTORIA CHOROBY BOGUSI I ZBIÓRKA NA JEJ LECZENIE, POMÓŻMY!!!!!!!!!

środa, 26 kwietnia 2017

OPOWIASTKA Z MORAŁEM O UCIEKAJĄCYCH CYCKACH

Krew, pod wpływem uderzenia, trysnęła mu z gardła. Jeszcze pomachał niemrawo nogami, ale już wiedział, że to jego ostatnie chwile. Zmiażdżone płuca przestawały pompować powietrze, mózg przestawał analizować rzeczywistość, a nerki wstrzymały produkcję moczu.
- Trup!- orzekła moja mama po fachowych, lekarskich oględzinach wziętego w dwa palce mola, wcześniej potraktowanego brutalnie klaskiem jak u Rubika.
- Cholery można dostać w tym domu, dlaczego tu nikt nie sprząta i robactwo się plęgnie?!- kontynuowała, zabijając tym razem wzrokiem swojego małżonka.
- U kolegów to żony sprzątają- tatuś strzelił sobie niechcący w stopę, bo natychmiast został przygwożdżony przez mamę palcem z papierosem do niezapastowanego od tygodni parkietu.
- Drogi Zdzisiu!- urażona żona wypuściła z ust smocze kłęby dymu- czy to ja chciałam za ciebie wyjść czy ty za mnie, o ile dobrze pamiętam?????
Tato w tym momencie zwijał się w spiralnych pokłonach i zamykał w pokoju z paczką wiórków i pudełkiem pasty Buwi oraz międlonymi w ustach słowami o plantacji z niewolnikami.
Ze względu na nieustannie wykorzystywanie do prac fizycznych pan domu czuł się ciężko chory, na progu udaru i zawału, nie mógł zatem kompletnie pogodzić się z myślą o chorobie żony. Mama zresztą też uważała, że rak kompletnie jej się nie należy, bo " są w tym domu tacy, co lubią sobie pochorować". Ale, skoro już choróbsko jest, nie ma co się kłócić i poddała się prawostronnej mastektomii.
Na kontrolny rezonans stawiła się karnie pod opieką małżonka, a  pan technik dyskretnie przypomniał o konieczności rozebrania się i grzecznego ułożenia na podajniku do rury. Młody człowiek nacisnął guzik, machina ruszyła, jakaś osoba fachowa weszła do pokoju, a mama ryknęła:
- Mój biust, proszę pana, mój biust!!!!!!
Technik natychmiast wstrzymał wjazd pacjentki  i rzucił się z pomocą, ale mama odepchnęła jego kojące dłonie ze swojej klatki piersiowej i wyciągnęła oskarżycielsko palec w kierunku posadzki.
Kopnięta nielitościwie przez wchodzącą osobę fachową leżała na podłodze, pełna smutku, wypadła z biustonosza silikonowa proteza.

I od czapy- wonsz.



KOCHANI, NA POMAGAM.PL/ZYRAFA JEST HISTORIA CHOROBY BOGUSI I ZBIÓRKA NA JEJ LECZENIE, POMÓŻMY!!!!!!!!!

wtorek, 11 kwietnia 2017

OTWIERAM WINO ZE SWOJĄ DZIEWCZYNĄ

 Z DEDYKACJĄ DLA PIĘKNEJ ROMY W DNIU URODZIN

Babcia Zofia była kobietą z zasadami, a jej główna życiowa sentencja przypominała do złudzenia postępowanie Kalego z powieści Sienkiewicza: co moje to moje, a co cudze też może być moje.
Zasadę tą stosowała szczególnie w stosunku do stosunków damsko- męskich:p Na wczasach bądź w czasie pobytów sanatoryjnych( dla podreperowania końskiego zdrowia) babcia siała popłoch wśród emerytów i, tak jak panna Krysia z piosenki Młynarskiego, przemierzała niestrudzenie parkietu przestrzeń a to z panem Piotrem,  a to z panem Władkiem. Na dociekliwe pytania dziadka Kazimierza, oglądającego później z niewyraźną miną dokumentację fotograficzną babcinych podbojów, miała jedną odpowiedź:
- Ja to ja i wiem, co robię!
Po czym dodawała lekkim tonem:
- No przecież to tylko znajomi z sanatorium!( lub z turnusu).
Biada dziadkowi, który podobne zasady współżycia społecznego wprowadziłby w czasie swoich sanatoryjnych pobytów. Babcia wychodziła z założenia, że dziadek nie wie, co robi i ścisła kontrola jego poczynań jest jak najbardziej wskazana. Gdy tylko wysiadł z opóźnionego o kilka godzin pociągu relacji Muszyna- Lublin został profilaktycznie potraktowany siatką w sposób siłowy, a na pytanie córki, za co ojciec oberwał, babcia Zofia udzieliła enigmatycznej odpowiedzi:
- Już on wie, że na pewno zasłużył!
Ze zbiorowych zdjęć dziadka, robionych na wyjeździe, zostały wycięte wszystkie panie w wieku produkcyjnym i nie tylko, określane zawsze przez babcię mianem wczasowych prostytutek( ona sama przebywała w kurortach jedynie w celach rekreacyjno- naukowych). Protesty dziadka były zbywane szantażem werbalnym:
- Już się nawypoczywałeś całą wojnę w obozie, a zresztą jak umrę, to możesz sie żenić i kilka razy!
( nieświadomy obietnicy babci Pan Bóg zabrał dziadka jako pierwszego).
Podejrzewana o nieczyste zamiary pracownica Urzędu Skarbowego pani Urszula, dzieląca z dziadkiem pokój biurowy, była często zapraszana przez babcię na kawkę w myśl zasady, że wroga trzeba trzymać blisko. Pani Urszula oczywiście wszem i wobec opowiadała, że pani Zofia niegodna jest swojego męża, który jest zaniedbany i niedożywiony..i rozkwitłby dopiero przy prawdziwej kobiecie; mimo tego ze smakiem zjadała ugotowany przez nią obiad z deserem i kompotem. Po kilku latach zaglądała w porze obiadowej do dziadków już bez zaproszenia, a z przyzwyczajenia. Któregoś roku, aby pognębić rywalkę, babcia urządziła dziadkowi wystawne imieniny, przy stole na honorowym miejscu została usadzona wredna księgowa, żeby ponapawała się wspaniałością podanych do konsumpcji wyrobów rąk własnych gospodyni. Po galarecie ze świńskich nóg i wystanych w kolejce wędlinach spożyto porządne schaboszczaki  i tort, wzbogacony półlitrówką wódki, godzien swej nazwy Pijanego Izydora. Pani Urszula dusiła się wprost ze złości i zazdrości i z tejże alteracji zrzuciła na podłogowe gumoleum łyżeczkę deserową. Wszyscy, na czele z gościnną babcią Zofią, rzucili się w kierunku ziemi celem podniesienia tejże łyżeczki z kąskiem tortu.....do której spokojnym krokiem zmierzał dorodny prusak z rodziną.
Księgowa Urszula zniknęła z domu dziadków na zawsze.


PRZYPOMINAM O NASZEJ BOGUSI Z BLOGA " DR BUDWIG I JA"!!!!!
BOGUSIA ZBIERA NA NIEREFUNDOWANĄ HIPERTERMIĘ!
POMÓC MOŻNA TU:  https://pomagam.pl/zyrafa