Łączna liczba wyświetleń

WIELKIE OSZUSTWO

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

piątek, 13 października 2017

SAMOTNOŚĆ W SIECI

Anetka o tym, że tatuś ma zamiar zostać pustelnikiem, dowiedziała się przy śniadaniu, a już po kolacji rodzony ojciec oszczędnie pożegnał się z rodziną i ruszył w kierunku lepszego jutra. Nic to, że mamusia Anetki uczepiła się w rozpaczy mężowskiej łydki- tatuś postanowienia nie zmienił, jedynie przeciągnął żonę przez klatkę schodową, a następnie osiedlił się w pustostanie na skraju świętokrzyskiego lasu i generalnie słuch o nim zaginął. Po pewnym czasie mamusia Anetki przyzwyczaiła się do wolności i przygotowywania na sto sposobów ziemniaków, a sama Anetka zaczęła poszukiwać męskiego ramienia, które mogłoby zastąpić ramię i portfel żywiącego się darami lasu pustelniczego tatusia. Anetka była przeciętnej, świętokrzyskiej urody i posiadała bardzo przeciętne  zasoby  odzieżowe. Za to została przyjęta do pracy w renomowanej stołówce.

Leszek od chwili poczęcia pławił się w luksusach, miał interaktywne zabawki i trekkingowy wózek jako dziecko, na dodatek grzeszył urodą, wdziękiem, stylem i erudycją. Fakt bycia dychawicznym alergikiem skrzętnie ukrywał, bo choroba wydawała mu się niemęska.

Te dwa jestestwa spotkały się zupełnym przypadkiem w jednym budynku, gdzie Leszek piastował stanowisko kierownika w korporacji, Anetka zaś pracownika niższego  szczebla kuchennego w lokalu na parterze. Stołówka absolutnie nie serwowała mielonego z surówką ale boeuf bourguignon i soupe au pistou. Nic dziwnego, ze wychowana na ziemniakach Anetka potrafiła koncertowo spierdzielić każde danie, w którym miała swój wkład fizyczno- umysłowy, i gdy jej złocisty włos i kawałek chusteczki higienicznej( naprędce użytej) trafił do Leszkowych przegrzebków- rozpętała się epicka awantura.
- Fleja i kuchenny głupek- wysyczał Leszek demonstrując w kuchni znalezione w posiłku skarby.
- Ten włos to pana pewnie jest!- oburzyła się Anetka porównując go z czupryną kierownika.
- Jakby był mój to bym go zjadł!- zripostował Leszek i zaraz stłumił odruch wymiotny.
- A w ogóle to jakim prawem osoba nieuprawniona przebywa na tym obiekcie????- zdenerwowała się Anetka
- I jeszcze pracownika poniża cham!
- Żądam przeprosin i zadośćuczynienia albo pani pożałuje!- Leszek był stanowczy, bo zrobiło mu się głupio i nie wiedział, jak się z tego wszystkiego wykręcić. Anetka w sumie podobała mu się w swej skromnej urodzie i odzieniu, a jej znajomość przepisów wręcz go wzruszyła.
Anetce Leszek nie spodobał się w ogóle, wolała mężczyzn  w cichym, pustelniczym i ascetycznym stylu, ale skoro klient nasz pan zaserwowała mu gratisową szarlotkę w amerykańskim stylu, okraszając jej kawałek nieeleganckim życzeniem: a żebyś zdechł!
Pustelnik czuwał i Leszek, uczulony na orzeszki ziemne zawarte w podanym mu z
"życzliwością "cieście, nie umarł, tylko spektakularnie, na oczach przerażonej mocą swych słów Anetki, dusił się aż do przyjazdu karetki. Jego spojrzenie znad tlenowej maski przerażać ją będzie do końca zmiany.
Od tamtej pory Leszek  jada tylko schabowego z makaronem, popijanego słodzoną herbatą.
Anetka zaś, wierząc w swoją moc przeklinania, zaczęła na poważnie planować zostanie damskim pustelnikiem.

wtorek, 19 września 2017

NON OMNIS MORIAR

- Ale by było jakby w matkę jakaś bomba pierdyknęła!- rozrechotał się mój syn przy niedzielnym obiedzie.
-To akurat nie problem- machnął widelcem mój tato, a musztarda rozkropliła się na odzież wszystkich biesiadników i dodał:
- Ale noga mnie boli !
- A wy jedno miejsce macie w grobie Zdzisiu? - zatroskała się ciocia Małgorzata, dożywiana w co drugą niedzielę, na zmianę z wujem.
- Jedno!- zdenerwował się tato, który koniecznie chciał położyć się obok ukochanych teściów.
- Jak bomba pierdzielnie to nie będzie czego po mnie zbierać do tego grobu- zjadliwie się odezwałam stawiając trzęsący się galaretkowy deserek na stół.
- A to jedź- łaskawie zezwoliła ciocia, chociaż na wieczny spoczynek miała zamiar ułożyć się na Powązkach, o ile skąpy małżonek wrednie nie upchnie jej obok swojej mamusi.
- Jasne, jedźcie wszyscy w cholerę i zostawcie wszystko na mojej głowie!!!- tato trząsł się w pasji razem z galaretą.
- Jak nikogo nie będzie to masz z bani- pocieszył go wnuczek konsumując deserek:
- Najwyżej umrzesz w głodzie i brudzie.
- Won mi cholero jedna podła!!!!!-  dziadek palcem wskazał wnuczkowi drogę odwrotu czyli, ni w pięć ni w dziewięć, drzwi od balkonu.
- Nie kłóćcie się- ciocia próbowała spacyfikować rodzinę
- Kasia sobie odpocznie, zwiedzi, obejrzy kawałek świata.
- Już ja wiem, co ona sobie obejrzy!!!- tato, nadal z widelcem, spojrzał na mnie gadzim wzrokiem.
- MĘSKIE KUTASY!!!!- wysyczał wężowo i oddalił się do toalety( z widelcem) zostawiając nas w kompletnym osłupieniu.

NIEBO BŁĘKITNE NADE MNĄ, PIRAMIDA ZA MNĄ CZYLI TATUŚ


piątek, 1 września 2017

BLISKO, CORAZ BLIŻEJ

Rok to był 1977.

- Hu hu!!!!!- zahukał swym tubalnym głosem dziadek Kazimierz, ale odpowiedziało mu jedynie zabłąkane echo.
- Halo! - dołączyła się drżącym głosikiem babcia Zofia, ale nie tylko nikt nie odebrał, ale nawet sygnału w grocie Łokietka w Ojcowie nie było.
- Zgubiliśmy się jak cholera- zdiagnozował sytuację mój tato i wgryzł się w kanapkę z pasztetową i kiszonym ogórkiem.
- Jakby teściowa co chwilę nie stawała i nie sikała za głazami to byśmy szli z całą wycieczką- dodał wrednie, ale babcia od razu się odcięła.
- Przez ciebie mnie zawiało na tych spacerach!
I zaniepokojona  ryknęła:
-Kazik, nie widzę Cię!!!!!!!
Dziadek, podśpiewując" Luciola, ja wołam cię poprzez wiatr" badał sytuację latarką z breloczka, póki działała, po czym wdepnąwszy w stojący naziemnie termos zadecydował:
- Trzymajmy się za ręce i idziemy ławą!
Wszyscy po ciemku przekąsili resztkę  zapasów i nastąpiła mobilizacja.
Babcia zanuciła" Iść, ciągle iść w stronę słońca" i zaczęliśmy dreptać jak spętany drób w nieznanym kierunku.
Tymczasem na powierzchni....
- Wszyscy są?? To jedziemy!- zdecydował pan przewodnik turystyczny i machnął ręką kierowcy.
- Stop!!!- odezwał się gruby pan, wyłudzacz i konsument babcinych kanapek.
- Tej pani z jedzeniem i rodziną brakuje!!!
- Zawsze się ktoś, cholera, zgubi- zniesmaczył się przewodnik i ruszył popod ziemię z zapaloną gromnicą. Za nim podążał gruby pan, w razie " jakby ranni byli".
Po spotkaniu się obydwu grup, już wesoło konwersując w świetle gromnicy, wyszliśmy na  świat i z rozkoszą umościli w autokarowych fotelach. Jelcz puścił kłęby spalin, wszyscy zrobili się głodni, gdy wtem dziadek Kazimierz, z obłędem w oczach rzucił się ku przewodnikowi krzycząc:
- STOP!!! ŻONA ZOSTAŁA POD ZIEMIĄ!
Babcia Zofia, ujrzawszy ekspedycję ratunkową, z ulgą kucnęła dosłownie na sekundę za głazem przyściennym i po wstaniu z półprzysiadu nie zobaczyła już nikogo.
Pan przewodnik, po powtórnym powrocie, obraził się.

A oto ścieżka dźwiękowa naszej wyprawy.




środa, 16 sierpnia 2017

DZISIAJ NA POWAŻNIE

Znacie?
To posłuchajcie historii o nieposłusznym prawniku, który w latach II Wojny Światowej był konsulem w Bordeaux . Aristide de Sousa Mendes nie rozumiał, dlaczego premier jego kraju, Portugalii, zabrania wydawać wiz uciekającym z Europy uchodźcom. Droga ucieczki prowadziła przez neutralną Hiszpanię i Portugalię do Wielkiej Brytanii i USA. Artykuł 14,  zaaprobowany przez premiera Salazara wyraźnie mówił, że Żydzi wprowadzają chaos, nieporządek i choroby. Niech sobie zostaną na hiszpańskiej granicy. Sumienie konsula mówiło, że są to ludzie w rozpaczliwej sytuacji. Wydał więc legalnie 30 tysięcy wiz, nielegalnie, w obawie przed kontrolami, ponad 10 tysięcy więcej. Świadkowie, w tym Julian Tuwim, opowiadali, że można było się spotkać z nim nawet w kawiarni, gdzie na serwetkach zapisywał dane potrzebujących.  Mendes zapłacił za to wydaleniem z dyplomacji, bezrobociem i nędzą. Umierał w 1954 roku pod opieką zakonu franciszkanów w ofiarowanym przez nich habicie. Według niego było warto.
( Oprócz mojej pamięci korzystałam ze źródła Jewish Virtual Library )

Skoro tu jesteście to znaczy, że lubicie czytać historyjki z życia moich dziadków. Na ich szczęście przeżyli wojnę, ale brat babci Dawid zginął  z całą rodziną w Treblince deportowany z Francji jako uchodźca. Takich historii jest wiele w mojej rodzinie.

Nie lubimy obcych, bo się nie integrują? Mój tato świetnie się zintegrował, jest nawet katolikiem, a mimo to zaproponowano mu w 68 roku wyjazd w jedną stronę, bo zajmuje miejsce prawdziwym Polakom. Chrześcijaninem był nawet mój dziadek Marian, a mimo to należał jako młody chłopak do organizacji Betar, w której, między innymi, uczono samoobrony- tak częste były spotkania bliskiego stopnia z polskimi patriotami. Nie lubimy obcych bo ich nie lubimy. Nas obcy muszą lubieć.

Uciekają mężczyźni...w czasie rządów junty w Chile zamordowano około 30 tysięcy mężczyzn i niecałe 4 tysiące kobiet. W Syrii podczas wojen w latach 70- tych walczyli tylko mężczyźni

 Jako członek narodu przez lata żyjącego na wygnaniu mam drzwi otwarte dla każdego, kto tego potrzebuje. Dla każdego bez wyjątku. Nawet jeśli ma zamiar zdemolować mi łazienkę. Te same argumenty słyszeli członkowie mojej rodziny w czasie Holocaustu.
Moi przodkowie prosili o pomoc i najczęściej jej nie dostal
To nie jest dekalog postępowania dla każdego. To tylko moje historie. Każdy ma swoje sumienie, ja odpowiadam za swoje.


czwartek, 27 lipca 2017

CHAŁUPY WELCOME TO CZYLI NAGA PRAWDA

Upodobanie do naturyzmu czyli, mówiąc wprost, inklinacja do biegania na golasa, zalęgło się w mojej rodzinie na długo przed moim urodzeniem i, zgodnie z zasadą, że swój ciągnie do swego, zarówno we frakcji po mieczu, jak i po kądzieli.
O tym, że tak zwany opalacz może być z powodzeniem zastąpiony przez halkę ze stylonu, przekonywała nas babcia Zofia jak tylko słoneczko zaświeciło nad jej działką. Żeby nie narobić sobie wstydu przy ludziach pielących sąsiednie zagonki zawsze nosiła eleganckie korale kolorem dopasowane do sandałków, które to obuwie jednakże zdejmowała, gdy tylko pod stopami nie było śniegu ani błota.


 Zdecydowanie cała rodzina twierdziła, że dopóki dziecko nie wejdzie w wiek szkolny najzdrowiej i bezpretensjonalnie jest plażować się nago. Niestety, rodzice i dziadkowie innych dzieci mieli całkowicie odmienne zdanie i najczęściej byłam jedynym pornograficznym niepełnoletnim obiektem w całym Sopocie. Za to, jak pocieszała mnie mama, wchłaniałam znacznie więcej witaminy D niż tekstylni:p


Ciocia Małgorzata, walcząca nie tylko ze swoim mężem, ale i ze "zboczeńcem" z bloku naprzeciwko, który gimnastykował się w slipach na balkonie, co pewien czas przemykała niekompletnie odziana, czyli w biustonoszu i majtach, na podwórko celem powieszenia prania na sznurze. Ciocię do mieszkania wciągał zawstydzony wuj w ubraniu domowym czyli z gołym torsem i kiedyś białych slipach.
Ja sama, krytykująca bezwstyd, otworzyłam listonoszowi drzwi w szlafroku, który z powodu braku paska rozchylił się kusząco przy podpisywaniu odbioru poleconego.
Nie gorszy oczywiście jest mój tato, zwolennik tunik albo galabiji, nie krępujących ruchów i bez uciskających gumek. Ponieważ rzymskiego peplum nabyć nie można tato protestuje na gruncie domowym ubierając tylko jedną część garderoby- jednego dnia są to spodenki gimnastyczne z lat 70-tych ze sparciałą gumką, innym razem zaś tiszercik solo. Naprzeciw naszego balkonu na pierwszym piętrze, za smętnym paseczkiem trawy, posiadamy ulicę przelotową i przystanek, zawsze przepełniony studentami. Mój syn gardzi starczym przechodzeniem na pasach i zwykle przeskakuje przelotową ulicę przy dźwięku klaksonów, co bulwersuje mojego tatę maksymalnie. Pewnego dnia majowego, gdy przez otwarty balkon płynęło wiosenne powietrze, studenci tłumnie udawali się autobusami na zajęcia, a pracujący powracali do domów, mój syn slalomem zaczął pokonywać dwupasmówkę....i w tymże momencie zauważył go przez szybę dziadek.  Tato plugawe słowa wyemitował na cały głos na balkonie, dodatkowo grożąc wnukowi prawą ręką, co spowodowało przemieszczenie się i tak kusej bluzeczki do góry. Studenci i przechodnie zamarli w zachwycie na widok intymnych zasobów pana z pierwszego piętra, który po dłuższej chwili, nieco skonfundowany,  zaczął owijać się firanką.


( dziadek Kazimierz elegancko w szortach, ja...tradycyjnie)

czwartek, 13 lipca 2017

DIALOGI NA CZTERY NOGI

                                                                                                                   Janów Lubelski, 2003


- Tomek???
- No?
-Wiesz, że Cię kocham?
- No.
-No to znaczy tak?
-No to znaczy, że niestety słyszę.
- Niestety?
- Bo mecz mi zagłuszasz!
-Ale ja mówię, że Cię kocham!!!!
- No i?
- I mógłbyś też coś w tym stylu powiedzieć.
- Mogę.
- To ?
- To, na przykład, kocham boczek z grilla.
- @#$%^*!!!!!
- Miało być w tym stylu!
- Ale o mnie!!!!!!!!
- O tobie to nie da się.O mojej żonie pierwszej mógłbym.....
- O twojej żonie pierwszej to ja na pamięć znam!!!!!!
- Dlatego nic nie mówię. W tym stylu .
- To powiedz mi coś miłego w rewanżu w innym stylu!!!!
- Obiad smaczny był.
- Boże, Ty słyszysz i nie grzmisz!!!!
- Wystarczy, że ty grzmisz po gołąbkach...jak stara armata.
- A kto wczoraj pawia puścił po grillu z Tadeuszem????
- Ja, ale u siebie jestem! Mogę sobie nawet w pokoju grilla postawić z Tadeuszem, a ty tu jesteś, bo   mi się nudzi.
- Nienawidzę cię!
- Wreszcie, bo już mi od tej miłości niedobrze się zrobiło.
- I ty się dziwisz, że ci pierwsza żona uciekła?????
- Dziwię się, a bo co?????
- Ja się nie dziwię.
- A, jak się nie dziwisz, to droga wolna, proszę bardzo, pakuj bety w prześcieradło i do widzenia!
- O nie, nie wyprowadzę się!!!!
- Bo?
- Bo cię kocham!!!!!! ( łzy lecą )
- Jezuuuuuuuu!!!!!

czwartek, 29 czerwca 2017

ZIEMIA OBIECANA

- Slipek dwie pary....- tato pakował się na dwutygodniowy wyjazd w moim towarzystwie.
- Jak to: dwie pary?- zdziwiłam się, upychając w walizce dwa sześciopaki bawełnianych majt.
- Przepierkę się zrobi codziennie, w zlewie- tato drobiazgowo zaplanował wyjazdowe atrakcje i umieścił cały swój bagaż, plus proszek do prania, w stylonowej saszetce XXL. Plastikowe sandałki przeciw jeżowcom, które za nic nie chciały zmieścić mu się w kieszeniach, cudem odnalazły się na miejscu pomiędzy moimi bluzkami. Niezbędne wszystkim członkom naszej rodziny leki przeciwko biegunce sypały się ze wszystkich otworów w naszych kubraczkach. Tak uzbrojeni, niczym Gotfryd de Bouillon na krucjatę, ruszyliśmy do Świętej Ziemi.
Biegunki dostaliśmy już na lotnisku, toteż tato straszył przy odprawie uśmiechem przydymionym pyłem z leczniczego węgla. Pierwszego dnia pobytu straszyliśmy zębami zżółkłymi od Nifuroksazydu, a drugiego śluzem wokół ust po Smekcie. Trzeciego dnia tato pomylił kolejny specyfik zapierający z rozluźniającym Bisacodylem i obydwie pary slipek powiewały, susząc się, w oknie, a my oglądaliśmy tamtejszą telewizję. Pod koniec tygodnia wreszcie obydwoje byliśmy w stanie zobaczyć coś więcej niż wnętrza pokojów i ruszyliśmy w miasto. Tato przezornie nie odzywał się w kawiarni pomny nieprzyjemnej sytuacji, jaką przeżyli podczas pobytu w tymże mieście dawno temu z kolegą.
Kolega z pracy, pan Janek, podczas obiadu nieustannie narzekał po polsku na pogodę, żydowską kuchnię i ogólnie na tubylcze obyczaje. Po kilku minutach wychodzący z lokalu starszy pan, zapewne pamiętający drugą wojnę, zgasił pana Janka najczystszą polszczyzną mówiąc:
- To wypieprzaj pan do Polski z powrotem!
Spożyliśmy więc posiłek w milczeniu, deser poprawiając kilkoma Nifuroksazydami z węglem, i ruszyliśmy podziwiać wielką synagogę odziani skromnie, a tatuś nawet w charakterystycznej czapeczce na ciemieniu. We wnętrzu, idąc dziarsko przodem, odwróciłam się dopiero, kiedy usłyszałam pełen dezaprobaty szum- tato, niepomny tego, że w tym kraju Mesjasz jeszcze się nie narodził, tradycyjnie klęknął na progu żegnając się zamaszyście.


Foto: w wolnych chwilach w pracy:))))