Łączna liczba wyświetleń

WIELKIE OSZUSTWO

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

piątek, 20 stycznia 2017

LONG WAY TO TIPPERARY

Znaleźć Jima Morrisona w Lublinie lat osiemdziesiątych to jak wygrać wielką kumulację. Alkoholików i narkomanów owszem, znałam w szerokim asortymencie, niektórzy nawet przystojni byli, za to ich umiejętności wokalne nie wykraczały poza poziom Białego Misia, o tworzeniu poezji, innej niż napisy w publicznych szaletach, nawet nie ma co wspominać. Kiedy wreszcie, w zaawansowanym wieku czyli po trzydziestce, spotkałam zupełnym, służbowym przypadkiem Tomasza L.- nie tylko alkoholika grającego na gitarze i śpiewającego z zapałem Wysockiego i Kaczmarskiego, ale na dodatek lekarza bez żadnych oznak łysiny- poczułam się, jakbym nie tylko Pana Boga, ale i samego Jima za nogi złapała. Poezji co prawda nie tworzył, za to nosił się z zamiarem napisania powieści.....i chociaż przez kilka lat stworzył jedynie jedno zdanie, to pamiętam je do dziś:
" Podobno pies jest przyjacielem człowieka- gówno prawda!"
Widząc jego szalone powodzenie u płci przeciwnej i brak atutów z mojej strony( szczególnie urodę mam na myśli), postanowiłam złapać go starą jak świat metodą, czyli na dziecko, które w pijanym widzie udało nam się stworzyć.
Zrobić łatwo- urodzić trudniej. Szczególnie, że w noc przed porodem przyszły ojciec wylewnie żegnał emigrującego do mglistego Albionu szwagra i bladym świtem, kiedy postanowiłam wyruszyć pilnie do szpitala, ilość promili w wydychanym powietrzu przekraczała u niego z  pewnością 5. Kiedy kierowcy udało się ruszyć zygzakiem, po pierwszych kilkuset metrach na trasie krajowej nr 19 samochód odmówił współpracy pierdząc czarnym dymem. Wezwany telefonicznie na pomoc kolega okazał się również nietrzeźwy, szwagra nawet nie było sensu budzić, pomysł Tomka, żebym pojechała sama pekaesem do Lublina zdecydowanie odrzuciłam, pozostał nam zorganizowany transport medyczny czyli Lanos spółki pielęgniarskiej, którym w ostatnim momencie dojechaliśmy. Personel przypatrywał się dziwnie kobiecie w zwiewnej nocnej koszuli pod dresem i mężczyźnie zasłaniającym golfem jamę ustną emitującą nadal opary Gorzkiej Żołądkowej, a na podstawie pierwszego wrażenia zakwalifikował nas  bez wahania do klasy patologii społecznej z niepełnym podstawowym wykształceniem. Wrażenie to wzmocniło wsparcie mnie przez mojego partnera podczas porodu wyrażone słowami:
- Czy ty, do ch...pana nie potrafisz, k...urodzić?
Propozycję podania narkotycznego leku przeciwbólowego zdecydowanie odrzuciłam, natomiast szczęśliwy ojciec podsunął wysupłane z golfa przedramię ze słowami:
- To ja poproszę!
Nic zatem dziwnego, że wpisując w ankietę po urodzeniu naszej córki zawody rodziców pani położna usłyszawszy: farmaceutka i lekarz, wyraziła swoje zdanie słowami:
- No coś podobnego, byłam pewna, że państwo są niepracujący!!!

PRZYPOMINAM WSZYSTKIM CZYTELNIKOM O NASZEJ BOGUSI!!!!! JAK JEJ POMÓC- POD POPRZEDNIMI POSTAMI .

czwartek, 12 stycznia 2017

PIESKI ŚWIAT

- To już jest szczyt chamstwa, hańba i obraza boska!!!- zdenerwował się mój tato, stojąc na środku kuchni w ulubionych slipach ecru i dźgając wskazującym palcem powietrze w okolicach psiego nosa
- żeby owczarek niemiecki był homoseksualistą!!!!
Nasz pies poruszył znacząco uszami, co miało oznaczać brak zgody na homofobię i nietolerancję w tym domu, po czym ostentacyjnie zamknął się z kawałkiem krowiego kopyta w ubikacji. Dobra, kolejna suczka sprowadzona celem rozrodu została pogryziona, a kolejny jamnik męski na spacerze napadnięty i obrażony na honorze, ale to jeszcze nie powód, żeby nerwowo krzyczeć.
Upodobanie do mężczyzn nasz zwierzak wykazywał od wczesnej młodości, a najlepszym tego dowodem było napadnięcie studenta w akademickim parku i długotrwałe obwąchiwanie mu rozporka. Z uwagi na brak kagańca u psa biedny chłopak stał nieruchomo przez kilka dobrych minut, dając nam jedynie rozpaczliwe znaki oczami, że martwi się o ewentualna utratę męskich atrybutów, gdyby to owczarek chciał kłapnąć.
Po dramatycznym skarceniu przez mojego tatę, a jego ukochanego pana, Bari postanowił odegrać się na mężczyznach ludzkich za brak akceptacji jego preferencji seksualnych. Wybór padł na moich licealnych adoratorów, którzy albo zostali nie wpuszczeni do mieszkania, albo wpuszczeni i niewypuszczeni, albo zaatakowani bez ostrzeżenia od razu na klatce schodowej, jeśli nieopatrznie uchyliłam drzwi. Twardą postawą wyróżniał się, a jakżeby inaczej, Jarosław, który pewnego roku postanowił doprowadzić do konsumpcji naszej niewinnej znajomości. Rodzice wyszli na zakupy, pies za zamkniętymi drzwiami naszego pokoju słodko spał, zatem ruszyliśmy do akcji pozostawiając ubrania starannie rozłożone na dywanie- gdyby trzeba było odziewać się nagle i w pośpiechu.
W sklepach, jak to w latach osiemdziesiątych bywało, nic ciekawego kupić się nie dało, w związku z czym moi rodzice, zniechęceni i zniesmaczeni zaopatrzeniem odzieżowym w PRLu, postanowili wrócić do domu na rozgrzewającą herbatę. Szczęk klucza w zamku zmobilizował naszego owczarka do natychmiastowej akcji informacyjnej, toteż z impetem runął na drzwi od mojego pokoju, a otwarłszy je rzucił się na kupkę ubrań o męskim zapachu na dywanie( nie perfumy w tamtych czasach dominowały, ale konkretna woń skarpet i aktywności fizycznej)  radośnie je przekopując z pomlaskiwaniem i nie zwracając uwagi na męskiego golasa, który zabrał to, co pozostało nietknięte z odzieży.
Rodzice byli jeszcze w stanie zaakceptować mnie w samym T-shircie i rajstopach, natomiast stanu Jarka, kulącego się z gołym torsem w spódnicy, nijak nie dało się racjonalnie wyjaśnić.
Pies zatryumfował!

 UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa

środa, 4 stycznia 2017

PRZEZ TWE OCZY ZIELONE, ZIELONE

Wczasy.....czyli dwanaście godzin kuszetką z Lublina do jakiejkolwiek miejscowości nad polskim morzem. Moja babcia, Zofia, nie raz, nie dwa miała pretensje do przepowiedni Wernyhory o Polsce od morza do morza, że nadal się nie sprawdziła. Skoro inne akweny pozostawały poza zasięgiem pchaliśmy się co roku do Gdańska z kilkoma parcianymi walizami i siatkami z prowiantem oraz termosami z herbatą. Żadne tam obcokrajowe kebaby czy pizze nie dodawały nam sił do przetrwania kilkunastu godzin w upale na pokrytych dermą siedzeniach, ale swojskie jaja na twardo, pomidory i połówka mortadeli. Wybrańcy, do których nie należałam z racji wieku, mogli sobie, pod pętko wawelskiej podsuszanej prosto z gazety, golnąć Jarzębiaku w zakrętce od termosu.
Prosto z pociągu, który dziwnym trafem do każdej nadmorskiej miejscowości przyjeżdżał bladym świtem, biegliśmy zwykle kilka kilometrów do ośrodka wczasowego i jedynie dziadek Kazimierz, który swoje kilometry zaliczył podczas kampanii wrześniowej, był w stanie obciążyć się bagażem i jeszcze przewodzić wycieczce.
Po ofiarowaniu tradycyjnej łapówki czekoladowo- alkoholowej kierownikowi( któreż to dary w postaci równie tradycyjnej łapówki otrzymywała w szpitalu moja mama) byliśmy zwykle nie tylko posiadaczami domku tuż obok zbiorczej toalety, ale też talonów na posiłki na pierwszą zmianę
( czyli była szansa na ciepłą zupę, którą zmiana trzecia otrzymywała w postaci lodowatej brei, a zmiana szósta nawet nie tykała jej łyżką). Sąsiedzi w jadalni już od pierwszego dnia wysuwali macki w poszukiwaniu potrzebnych ich interesom zawodów innych wczasowiczów; bezbłędnie wyczuwając w mojej mamie lekarza już po kilku dniach nasz stolik zamieniał się w punkt wypisywania recept. Nie ma nic sympatyczniejszego o poranku przy zupie mlecznej jak słuchanie opowieści skulonego pana z Iławy na temat operacji woreczka żółciowego, a analiza stolca pani Wiesi z Kąclowej czyniła spożycie mielonych niezapomnianym doznaniem. Z panem Józefem, hydraulikiem ze stolicy, wszyscy chcieli się kumplować, natomiast babcia Zofia, bibliotekarka z powołania, kompletnie nie miała wzięcia. Brak rozgłosu nie przeszkadzał mojemu dziadkowi Kazimierzowi, pracownikowi Urzędu Skarbowego, który na wczasy jeździł w celu wypoczynkowym, niezrozumiałym dla większości.
Na turnusie w Krynicy Morskiej w 76 rozkoszne panie wczasowiczki postanowiły skruszyć mur nieprzystępności dziadka Kazika, wtedy jeszcze całkiem, całkiem pana pod siedemdziesiątkę i na wieczorku zapoznawczym zaczęły licytację swoich niemałych dokonań zawodowych. Po zwierzeniach pani repasatorki pończoch i sekserki w PGR- ze pani intendentka internatu w Sobieszynie przygwoździła dziadka  pytaniem:
- A pan to kim właściwie jest panie Kazimierzu????
W nabrzmiałej oddechami wczasowiczek ciszy dziadek Kazik oznajmił:
- Katem!
Do końca turnusu nawet kierownik omijał nas szerokim łukiem:D

 UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa

piątek, 30 grudnia 2016

OSTATNI MOHIKANIN

Józef K. lat 35, zwany potocznie pierdołą męską, okazał się być moim kompanem dojazdowym do nowej pracy. Nie można porównać jazdy moją dziesięcioletnią Hondą, czy też koleżanki trzyletnią Skodą, do komfortowej podróży limuzyną kolegi Józefa. Nabył on swoje wypieszczone cudo sześć lat temu, typ kombi, żeby łatwo można było wstawić wózek dziecięcy i wygodnie podróżować z rodziną nad morze. Niestety, przez sześć kolejnych lat od zakupu żadna kobieta nie związała się z pierdołowatym Józiem, zatem i obszerny bagażnik zamiast wózka mieścił kosmetyki do pielęgnacji karoserii, gumiaki i koszyk na grzyby oraz ogrodnicze pazurki. Zaprawdę powiadam: mężczyzna, którego pasją jest grzybobranie i działka powinien być rozchwytywany przez płeć przeciwną, szczególnie, że kolega jedynie delikatnie łysieje. Ale w dzisiejszych zepsutych czasach nie ma, jak widać, prawdziwych kobiet, i jedynej frywolnej rozrywki dostarczałam Józefowi, podczas wspólnych podróży, ja.
Uwielbiam niebanalne ryzyko toteż codziennością moją jest jazda na rezerwie rezerwy benzynowej, a naukowe badania dotyczące dystansu przejechanego na kompletnym zerze przyniosłyby mi co najmniej habilitację. Nietrudno zrozumieć, że Józef, kiedy nadchodziła moja kolej dowozu do zakładu pracy, robił się lekko nerwowy, a jego pedantyczna natura była skłonna napełnić mi bak za własne pieniądze, byle tylko zniknął dreszczyk niepewności. Nie chciałam jednak zrezygnować z emocji i któregoś dnia, podczas ożywionej dyskusji na tematy osobiste, na środku drogi ekspresowej silnik nam spektakularnie zgasł. Józef smętnie spojrzał na stojącą metr od nas tablicę z napisem: stacja 2 km, ustawił trójkąt ostrzegawczy i, z portfelem własnym w ręku, ruszył poboczem. Szutrowa poboczna nawierzchnia nie była idealnym podłożem do marszu w cichobieżkach a la Bruce Lee, które tegoż dnia kolega wzuł. Przewidując dłuższą drogę przez mękę usiadłam wygodnie na odchylonym siedzeniu i zatopiłam się w myślach przy muzyce. Godzina minęła mi jak z bicza strzelił i Józef ukazał się moim oczom z pełnym benzyny pojemnikiem na płyn do spryskiwaczy( płyn, z bólem serca, wylał), lejkiem i powiewającym na wietrze światkiem papieru, który okazał się trzystuzłotowym mandatem za chodzenie po poboczu drogi ekspresowej. Nie poruszaliśmy tego tematu i po błyskawicznym zatankowaniu
( benzyna obficie spryskała bluzeczkę Józia z nieznanego mi bliżej materiału) oraz wymuszeniu na mnie obietnicy, że nigdy więcej, ruszyliśmy w drogę.
Historię tą, kosztującą go 250 złotych i godzinę spóźnienia, kolega ze śmiechem opowiadał każdemu nadarzającemu się słuchaczowi( śmiech dotyczył mojej głupoty). Opowieścią tą raczył też podwożoną przez nas kilka dni później  własną kierowniczkę, przez co zapomniałam rzucić okiem na licznik rezerwy i w połowie drogi, cztery kilometry od najbliższej stacji, samochód zaczął spokojnie zwalniać.
Na przerażone spojrzenie Józefa, które rzucił najpierw na licznik, a potem na mnie, mogłam tylko odpowiedzieć pocieszająco:
- Ale mamy już lejek!

UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa

czwartek, 22 grudnia 2016

LAST CHRISTMAS I GAVE YOU MY HEART

Spędzić spokojną Wigilię z moją rodziną,  jeszcze w pełnym składzie w latach 70/80 , było rzeczą niemożliwą. Najpierw zjeżdżała poranną porą babcia Teresa, absolutnie nie do pomocy, a do konstruktywnej krytyki pod adresem synowej( gotowaniem w moim domu zajmował się tato czyli ukochany syn). Po niewinnych aluzjach typu:
- Nie nudzi ci się, Zosiu, tak godzinami z gazetą siedzieć?( zamiast pocić się przy bigosie)i
- Jak to dobrze, że byłam przewidująca i chłopców nauczyłam gotować!
babcia przechodziła do ostrzejszej ofensywy podpierając się atutami religijnymi:
- Jezus Maria Józefie Święty, ty synu nawet w święta spokoju nie masz, to po co się żeniłeś?????
Przy powyższym retorycznym pytaniu tato zaczynał się, jak co roku, zastanawiać po co się ożenił, a mama z papierosem w ustach zamykała się w ubikacji celem uspokojenia atmosfery.
Po przyjściu dziadków drugich, czyli babci Zofii z dziadkiem Kazimierzem, następowała swobodna licytacja zalet własnych dzieci z całkowitym pominięciem dobrych cech strony drugiej. Mogłam się wtedy dowiedzieć, że mój tato był idealnym synem, chętnym do nauki i prac domowych i że również moja mama takim samym ideałem była. Jak to się stało, że po ślubie przestali wyrażać chęci i zapał do wszystkiego zrozumiałam dopiero po zamążpójściu nr 1.
Przy barszczu temat rozmowy był licytacją chorób i wymianą porad lekarskich. Babcia Teresa(według własnej opowieści jeszcze przed wojną stojąca nad grobem) przy piątej łyżce zupy standardowo zadawała pytanie:
- A ile pan, panie Kazimierzu, tabletek Bisacodylu bierze na wypróżnienie?
po którym to pytaniu okazywało się, że zaparcia babci to małe piwo przy zaparciach dziadka( tylko w obozie jenieckim wypróżniał się regularnie po regularnych posiłkach). Kiedy wszyscy zapychali się pierogami do akcji mogła wkroczyć babcia Zofia ze swoją wyimaginowaną cukrzycą, której nie potwierdzały żadne badania, ale " dlaczego wobec tego ciągle chce mi się pić i sikam?"
Przy makowcu babcia Teresa żegnała się wylewnie ze wszystkimi, bo były to, jak co roku odkąd pamiętam, jej ostatnie święta. Po wprowadzeniu stanu wojennego funeralna histeria babci jeszcze wzrosła.
- I wspomnijcie mnie tam przy opłatku, jak mnie już nie będzie!
wyrzekła ostatnie życzenie w 1983.
Następnego roku zmarł dziadek Kazimierz i babcia Teresa oznajmiła, że za rok będą już razem w niebiesiech Wigilię spędzać.
Następnego roku zmarła babcia Zofia i babcia Teresa oznajmiła, że teraz jest następna w kolejce.
Po śmierci mojej mamy w kolejnym roku babcia Teresa pogodziła się z faktem, że dożyje setki!
I prawie jej się udało!

niedziela, 11 grudnia 2016

POSTSCRIPTUM( UWAGA NA SŁOWA NIEPARLAMENTARNE)

Wola czytelników Rybki jest dla mnie święta zatem wyjaśniam motywy mojego wczorajszego zakazanego czynu: dewastacji samochodu pani Justyny H. polegającej na odkręceniu wentyli w kołach, urwaniu zdezelowanego zderzaka i zrobieniu kluczykami znaku Zorro na karoserii prawych drzwi. Czynu tego dokonałam na parkingu wczesnym rankiem i jedyną osobą, która ewentualnie mogłaby mnie zobaczyć, był pan Fred, lokalny bezrobotny alkoholik i jednocześnie mój wielbiciel. Kiedy przed laty Doda zaszczyciła nasze lokalne dni miejscowości, na pytanie mojego męża, czy sąsiad idzie ją obejrzeć, pan Fred z pogardą odparł:
- A co my tu ładniejszych niż Doda nie mamy? O, na przykład nasza pani doktorowa( czyli ja).
Pani Justyna, młodsza ode mnie o siedem lat, zaraz po moim zainstalowaniu się z lokalnym lekarzem w miejscowości M., upatrzyła mnie sobie na przyjaciółkę i bratnią duszę, wszak obie byłyśmy, według jej określenia, wysoce wykształcone( ona licencjat w Radomiu, ja doktorat w Lublinie :p),
Pani Justyna prowadziła sklep chemiczno- kosmetyczno- wielobranżowy, była śmiertelnie zakochana w swoim mężu, o czym opowiadała mi przy każdym obiedzie na który przypadkowo do mnie wpadła, czyli codziennie. Jako moją jedyną tam koleżankę otaczałam ją troską i opieką, fundowałam wizyty u kosmetyczki na jej różowaty trądzik, woziłam dzieci do specjalistów w wojewódzkim mieście, polecałam lektury odpowiednie dla umysłowości, rozdawałam talony na manicure( gdzie dowiedziała się, że lakier z Sylwestra warto zmyć przed wakacjami). Justyna, szczęśliwa małżonka, bardzo współczuła ciężkiego życia mnie, żonie notorycznego, agresywnego pijaka, nieustannie stwierdzała, że ona to by się dawno rozwiodła na moim miejscu i w ogóle otulała mnie kołderką nieustannego współczucia.  Po jednej, dosyć intensywnej kłótni z moim ukochanym, postawiłam ultimatum: ma iść na leczenie i w ogóle sobie wszystko przemyśleć, a ja chwilowo udaję się w rodzinne pielesze.
I zostałam w tych pieleszach na lata, albowiem moja koleżanka Justyna w szczerej rozmowie powiedziała mojemu facetowi, żeby dał sobie spokój z taką nienormalną dziwką jak ja, co to nie wiadomo w co się ubiera, na pewno go zdradza( a ona wie coś o tym!) i w ogóle.......ona natomiast, czyli Justyna, jest jak najbardziej chętna , bo sie nagle w nim zakochała.
Bilans strat: mąż pani Justyny po próbie samobójczej, ja w stanie permanentnego wkurwienia, pani Justyna w toksycznym związku z agresywnym alkoholikiem i nieustannie dręczona przez mnie fizycznie( rurą od odkurzacza), pan Fred zaś nadal oczekujący, że jednak może kiedyś, my..........:p

sobota, 10 grudnia 2016

FIKI MIKI MYSZKI MIKI

Przejmując się, w wieku młodzieńczym, przekazem czytanej lektury typu Popioły, Trylogia i Quo Vadis, tudzież oglądając rysunki Grottgera, doszłam do wniosku, że idealnym partnerem życiowym dla mnie byłby bohater walczący za ojczyznę, z którym wiodłabym pełne niewygód życie na Syberii. Walczący człowiek idei oczywiście nie przejmowałby się takimi drobiazgami jak moja nadmierna tusza czy wzrok kury o zmierzchu. Lata minęły, jednak mój maksymalizm uczuciowy przy minimalizmie materialnym pozostał, i kiedy zapoznałam odpowiedniego kandydata na miłość mojego życia, czyli trunkowego lekarza, bez wahania porzuciłam luksusy miejskiej metropolii na rzecz cichego bytowania w wiejskim przysiółku na dalekiej prowincji
( także mentalnej). Ambicją moją było dorównanie mojej poprzedniczce w tym lokalu toteż bez słowa skargi, a wręcz z pieśnią na ustach, nosiłam drwa i węgiel do rozpalenia dwóch pieców kaflowych pokojowych i jednego kuchennego. Zdarzały się wpadki....A to ułożyłam misterny stos węgla, na to kilka drewienek i dwie tutki po papierze toaletowym, chlusnęłam obficie denaturatem i o mało nie wyleciałam w powietrze razem z piecem. A to zapchałam przewód kominowy butelkami typu PET i ogólnie niepotrzebnym plastikiem, dzięki czemu nie tylko smród mało nie wydusił sąsiadów, ale i zaczadziłby domowników gdyby nie to, ze pan domu  się obudził, zanim zasnął snem wiecznym.
Szczęścia mojego nie mąciły roje ścierwich much z upodobaniem żerujących w kuchni ani też nieustanna ekspansja zawartości szamba na ogródek pod oknami sypialni. Jak miłość to miłość i nie ma to tamto!
W rzadkich chwilach dobrego humoru i trzeźwości mój ukochany kupował mi prezenty: a to pół kilo kiełbasy żywieckiej, a to majonez kielecki, a to moje ulubione  ciasteczka Pieguski. Ciasteczkami delektowałam się zwykle kilka dni, stały dumnie na blacie kuchennym, w okolicy gazowej butli, i wymownie świadczyły o moim statusie w tym domu. Szlag mnie tylko trafiał, ze po jednym dniu każde ciastko było nadjedzone i nikt do konsumpcji nie chciał się przyznać, a moje epickie wypowiedzi pod tytułem:
- Jak chcesz zeżreć to weź całe!
pozostawały bez odpowiedzi.
Zjadałam zatem ze smakiem resztki ciastek do dnia, w którym mój ukochany, biegnący bladym  świtem do toalety, nie zawołał mnie do kuchni pokazując trójkę szarych myszek ze smakiem chrupiących Pieguski z otwartej paczki. Dwie kolejne ciągnęły wczorajszą kanapkę do skrytki za butlą z propan- butanem.