Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

poniedziałek, 30 listopada 2015

SZCZĘKI 1

Szymon był od zawsze moim idolem, niedosięgłym w latach postawówki ze względu na moje walory ...bycie klasowym grubaskiem w okularach i prawie bez włosów to nie był żaden argument , doprawdy. A On był uwielbiany i pożadany przez wszystkie kobiety, znienawidzony przez wszystkich nauczycieli i wszelakie zadania z matematyki i fizyki rozwiązywał w pamięci.
Na dodatek miał oryginalne Levisy w 1978 roku.
Na dodatek po maturze wyjechał do Nowego Jorku.
Kilka lat pracy w korporacji odbiło się korzystnie na mojej urodzie i na spotkanie klasowe po latach szłam, może nie bez kompleksów, ale z pewną nadzieją.
Szczupłe w większości się roztyły.
Przystojni wyłysieli.
Piękne się pomarszczyły.
Tylko On, prosto z importu z USA, skąd wrócił po latach w jeszcze lepszej formie, dalej pełen zalet umysłowych i fizycznych. I na dodatek zauważyć raczył moją skromną metamorfozę. Raczył być odwiezionym przez mnie do domu. I nawet zapamiętał numer telefonu, bo zadzwonić też raczył.
Po latach nieodwzajemnionej miłości ( z  dużymi przerwami na inne fascynacje ) nie mogłam odmówić i nadszedł pamiętny wieczór spodziewanej konsumpcji zadzierzgniętego związku.
Szymon sobie podjadł dzieła rąk moich.
Wypił solidnie.
Zdjął wierzchnie odzienie.
Poprosił o kubeczek -pusty -do którego z fantazją wrzucił wyjęty wprawnie mostek zębowy. Cztery ząbki na dziąsełku z haczykami.
Wyjaśnił zwięźle : to tylko dolne. Na górze mam na stałe umocowane.
Jak to było z tym fortepianem Chopina ? :p

poniedziałek, 23 listopada 2015

SZATAŃSKIE KOTLETY

Praca pracą , życie życiem....Podczas intensywnej poniedziałkowej orki zaczął sie nam temat światecznych przygotowań kulinarnych, które niczym ekscytującym w obecnej sytuacji gopolitycznej nie są.
Ale jako najstarsza z personelu wróciłam wspomnieniami do czasów masowego żywienia w stołówce studenckiej " Grześ "- notabene nie byłam wtedy studentką tylko uczennicą podstawówki, z której większość uczniów stołowała się tamże. W '81 roku w grudniu dodatkową atrakcją było umieszczenie w pokojach nad stołówką oddziału ZOMO, którego członkowie regularnie w trakcie obiadu przemierzali sale jadalne wespół z owczarkami niemieckimi.
Zupę podawano w żelaznych garach stawianych na stół, konsumpcja bez ograniczeń. Jakież było nasze zdziwienie któregoś pięknego obiadu, w okolicach 7 klasy, kiedy łyżka wazowa natrafiła w barszczu na konkretny, zwięzły kawałek. Kawałki rozpadające się czyli  kartofle i stare buraki nie były przedmiotami pożądania. Kawałek twardy oznaczał jedno : MIĘSO. Po dłuższym gmeraniu łyżką i metodą palpacyjną udało mi się wyjąć długi, giętki fragment koloru ciemnobeżowego, ułożeniem pierścieni przypominający anatomię dżdżownicy, gibkością zaś kawałek rurki tracheostomijnej.
Identyfikacja przerosła nas tak bardzo, że poprosiliśmy o pomoc kelnerkę, która autorytatywnie stwierdziła : albo to jelito ( po dotknięciu i stwierdzeniu, że za mało miętkie, zmieniła zdanie ) albo coś do oddychania. W końcu zamknęła temat : na pewno do jedzenia !
Do jedzenia był też, rzadko podawany, kotlecik mielony, który przyszedł do mnie pewnego razu w towarzystwie marchewki i ziemniaczków. Z jednego jego boku wystawał subtelny włos, ale nie była to dla mnie w tamtych czasach żadna przeszkoda. Pociągnęłam za niego, równie subtelnie.......kotlecik gwałtownie sie rozpadł ujawniająć we wnętrzu zbiór włosów stalowych spadłych prawdopodobnie z grzebienia.
A czy zjadłam......niech to pozostanie we wspomnieniach :p

wtorek, 17 listopada 2015

JA I DONATELLA

Kto mnie choć trochę zna to wie, że stosowaniem najnowszych osiągnięć medycyny estetycznej na swojej twarzy i szyi próbuję zrekompensować :
-przemijający, jak bystra woda , czas
-odległość mojej urody od urody pierwszej, jedynej i ukochanej partnerki Mężczyzny Mojego Życia i Śmierci ( chociaż nigdy nie osiągnę jej imponującego 194 cm wzrostu, dzięki któremu na zdjęciach to on zawsze trzyma ją pod rękę )
-odległość mojej urody od urody moich przyjaciółek , a wszystkie mam młode, zgrabne i urodziwe i w ich towarzystwie mogę liczyć jedynie na to, że będzie ich mniej niż potencjalnie chętnych meżczyzn i jakiś z nadwyżki przypadnie mnie :p
-odległość mojej urody od moich oczekiwań, oczekiwań pracodawców korporacyjnych - wszak w handlu bezpośrednim pracujesz hm...twarzą - i oczekiwań tygodników ilustrowanych.

Pewnego więc razu wczesną wiosną- bo wtedy pora- postanowiłam pozbyć się zwiotczałej, zmurszałej skóry za pomocą stężonego kwasu trichlorooctowego. Zabieg jak zabieg : cholernie boli, okropnie piecze i masakrycznie kosztuje. Za to potem...kiedy najpierw skóra zbieleje, by potem sczernieć ,by potem pękać i odpadać płatami...potem jest się młodszym o 10 lat ( wizualnie ;)) ).
Oczywiście dni ukrywania się ze sczerniałą skóra, opryskiwaną jedynie wodą termalną, należy dokładnie wyliczyć i wkomponować w grafik pracowniczy. Wiedza mnie zawiodła i nieunikniony powrót do pracy repa nastąpił w dniu płatowego odpadania naskórka od powierzchni czyli, w świecie płazim, wylinki, a w świecie budowlanym- odpadania tapety.
Szyjkę okręciłam szalikiem, postawiłam kołnierz od jesionki i jazda w drogę do miejscowości Ch  na umówione spotkanie z potencjałowym, przystojnym i ulubionym lekarzem, co do którego delikatne plany flirtowe były. Pan doktor ucieszył sie bardzo na widok wielbicielki i nawet zaszczycił mnie wymarzonym przez mnie pocałunkiem w policzek....z któregoż odpadający płat skóry przykleił mu się do warg. W momencie oddalania się od siebie naszych ciał mój  płat w jego ustach zaczął się rozciągać ....będąc drugim końcem nadal przytwierdzonym do mnie........aż się w końcu urwał !!!!
Mężczyzna z klasą splunął dyskretnie moim naskórkiem do zlewu, otarł wargi chusteczką i powiedział : " ślicznie dzisiaj wyglądasz Kasiu " :DDD

piątek, 13 listopada 2015

GANG OLSENA

Gdy zbliżaja sie Święta - w korporacji liczy się tylko Boże Narodzenie, Wielkanoc jako święto ruchome uniemożliwia wcześniejsze zaprojektowanie, wyprodukowanie i rozdystrybuowanie prezentów - zaczynają sie różne ważne czasy : czas oczekiwania na 13-tkę ( najczęściej zakończony bolesnym  rozczarowaniem, bo kierownik " nie zaopiniował "). Jest czas zabawy biesiadnej czyli spotkanie cyklowe, koniecznie w stolicy. Jest czas zamykania roku czyli na gwałt robi się tabelki, zestawienia, zestawienia tabelek i zestawienia propozycji do tabelek.
I jest czas rozdawania lekarzom prezentów świątecznych, który to czas niewątpliwie poprawia komfort pracy bo pacjentom mówi się przed gabinetem : ja tylko na chwilkę z życzeniami, a do lekarza mówi się w drzwiach od gabinetu : ja tylko na chwilkę z prezentem.
W zeszłym roku tak zwane gifty nieco nas rozczarowały ...owszem, były to filiżanki, nawet ze spodeczkami, ale całe wysmarowane w logo firmy, nazwy leków i dziwaczny ( świąteczny ?) obrazek przedstawiający planszę szachową ze złamanym laufrem . Symbol upadłej choinki ????
Do tego prześliczne komplety ćwiczeń na chory kręgosłup w postaci książeczek, wydrukowane jak na złość na błyszczącym papierze, którym żaden lekarz w kominku nie napali. Ćwiczeń wypadło po dwa pudła na łebka...a na terenie wokół miejscowości mojej pracuje nas troje. Życzliwy kierownik przekazał 9 pudeł koledze, którego akurat wizytował, a kolega następnego dnia miał je przekazać nam.
Wyjący alarm samochodowy zerwał go w nocy z łóżka w modnej miejskiej dzielnicy- wychynąwszy w szlafroku z balkonu zdołał zobaczyć w blasku jutrzenki postać, która słaniając się z wysiłku wyszarpywała kolejne pudło z jego samochodu służbowego. Być może krzyki kolegi powstrzymałyby włamywacza...niestety Tomek w szlafroku zwinął się ze śmiechu.
Wyobraża sobie ktoś minę złodzieja, który z pudeł wyniesionych z luksusowego auta na warszawskich numerach zdobył kilkaset zeszytów do ćwiczeń na bolący kręgosłup szyjny i lędźwiowy ?????
Przynajmniej przez cały rok mógł pić kawę w  90 filiżankach  z widokiem na złamanego skoczka.....:p

wtorek, 10 listopada 2015

ROMANTYCZNO-LIRYCZNIE

Mężczyznę Mojego Życia poznałam dzięki korporacji.
Z braku wizyt dziennych w wymaganej ilości zajechałam lata temu do przychodni na zadupiu żeby, jak to sie mówi, dobić target. Po wsunięciu łba w lekarskie drzwi w stylu żyrafim -czyli takie ziuuuuum zza rogu- ujrzałam osobę, o której od razu powiedziałam ( sobie w duchu ):mój Ci on być musi.
Stwierdzenie to było bardzo odważne, albowiem :
-nie grzeszę urodą
-nie grzeszę mądrością
-grzeszę rozwiązłością ustną czyli mówię  dużo za dużo i jestem- według wszystkich moich przyjaciół-najgłupszą inteligentną osobą, jaką znają.
-nie jestem seksi, bo aseksualnie się ubieram. Fajnie, nie ??
On natomiast jest ( no dobrze, w niektórych aspektach był ):
-mądry
-przystojny
-gra na gitarze i w ogóle.
Po kilku miesiącach cotygodniowych odwiedzin MMŻ zaczął wmuszać w pacjentów leki mojej firmy co dało mi powód do kolejnego kroku czyli akcji odwdzięczania się czyli zaproszenia na obiad na koszt firmy. Zgodził się. Tego też dnia pojechałam szybko z pracy do domu zrobić się, w miarę skromnych możliwości, na bóstwo - czyli przede wszystkim higiena osobista. Celem zmniejszenia przyszłych kosztów firmowych zjadłam też obiad - fasolkę po bretońsku z domowym, razowym chlebkiem na zakwasie.
Po kilku godzinach ( fasolka z chlebem przefermentowała już elegancko w jelicie ) zajechałam z fasonem pod przychodnię MMŻ. Przesiadam się ( czarując seks apilem )do jego auta puszczając strasznego, fasolowego bąka. Refleks mnie nie opuścił ...zaczęłam zamykać i odmykać drzwiczki, że niby tak strasznie skrzypią i że to broń Boże nie pierd z moich jelit. MMŻ popatrzył się na mnie podczas tej operacji, zachłysnął się fasolowo- razowochlebowym aromatem i powiedział :
-Kasia, drzwi jednak nie śmierdzą..........
A w knajpie okazało się, że mam przekroczony debet na karcie i za obiad firmowy na fakturę zapłacił On :p

środa, 4 listopada 2015

W POSZUKIWANIU STRACONEGO WIEPRZA

Nowa praca, nowa płaca, nowe obowiązki...czyli spis inwentaryzacyjny.
Jako osoba nowa jestem domyślnie wolna od korupcji i niezorientowana w układach.
Na wszelki wypadek wzięłam od kolegi Leszka z magazynu 20 jajek ( skoro dawał z nieznanych mi pobudek), pobrałam długopis i wydruki i ruszyłam w trasę.
I dowiedziałam się, że :
-stan nieotwartych baniaków z kwasem sprawdzamy stukając zgiętym palcem w bok baniaka. Pusty dźwięk sugeruje kradzież.
-bulion wołowo-mózgowy wiadomo, czy jest, bo jak jest, to śmierdzi. Brak smrodu w magazynie sugeruje kradzież.
-pudełka jak są, to jest szafa zamknięta na klucz na stałe, a jak ją można otwierać, to znaczy, że pudełek nie ma ( bo, na przykład, nastąpiła kradzież )
-soli w listopadzie nigdy nie ma, bo stoi naszykowana do sypania na chodnik ( jak nie stoi za choinkami to znaczy, że ktoś wzion )
-warchlak POWINIEN być , bo " na stanie " jest......przynajmniej był w czasie zeszłorocznego spisu.
Zaglądam...stodoła pusta. Szukanie warchlaka w miejscach typu stołówka może i miałoby sens, ale tam  na pewno zmienił postać i poznać się go po wyglądzie nie da.
Jedynych wskazówek mógł mi udzielić kolega z działu weterynarii i od razu rozwiązał problem.
Zeszłoroczny warchlak okazał się tegorocznym wieprzem ( typ smalcowy ) i, jako za stary na doświadczenia świńskie, znalazł się w rubryce " wieprz- zutylizowany komisyjnie ".
Przez cały dzień podkładał mi świnie, bydlę jedno !