Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

piątek, 30 grudnia 2016

OSTATNI MOHIKANIN

Józef K. lat 35, zwany potocznie pierdołą męską, okazał się być moim kompanem dojazdowym do nowej pracy. Nie można porównać jazdy moją dziesięcioletnią Hondą, czy też koleżanki trzyletnią Skodą, do komfortowej podróży limuzyną kolegi Józefa. Nabył on swoje wypieszczone cudo sześć lat temu, typ kombi, żeby łatwo można było wstawić wózek dziecięcy i wygodnie podróżować z rodziną nad morze. Niestety, przez sześć kolejnych lat od zakupu żadna kobieta nie związała się z pierdołowatym Józiem, zatem i obszerny bagażnik zamiast wózka mieścił kosmetyki do pielęgnacji karoserii, gumiaki i koszyk na grzyby oraz ogrodnicze pazurki. Zaprawdę powiadam: mężczyzna, którego pasją jest grzybobranie i działka powinien być rozchwytywany przez płeć przeciwną, szczególnie, że kolega jedynie delikatnie łysieje. Ale w dzisiejszych zepsutych czasach nie ma, jak widać, prawdziwych kobiet, i jedynej frywolnej rozrywki dostarczałam Józefowi, podczas wspólnych podróży, ja.
Uwielbiam niebanalne ryzyko toteż codziennością moją jest jazda na rezerwie rezerwy benzynowej, a naukowe badania dotyczące dystansu przejechanego na kompletnym zerze przyniosłyby mi co najmniej habilitację. Nietrudno zrozumieć, że Józef, kiedy nadchodziła moja kolej dowozu do zakładu pracy, robił się lekko nerwowy, a jego pedantyczna natura była skłonna napełnić mi bak za własne pieniądze, byle tylko zniknął dreszczyk niepewności. Nie chciałam jednak zrezygnować z emocji i któregoś dnia, podczas ożywionej dyskusji na tematy osobiste, na środku drogi ekspresowej silnik nam spektakularnie zgasł. Józef smętnie spojrzał na stojącą metr od nas tablicę z napisem: stacja 2 km, ustawił trójkąt ostrzegawczy i, z portfelem własnym w ręku, ruszył poboczem. Szutrowa poboczna nawierzchnia nie była idealnym podłożem do marszu w cichobieżkach a la Bruce Lee, które tegoż dnia kolega wzuł. Przewidując dłuższą drogę przez mękę usiadłam wygodnie na odchylonym siedzeniu i zatopiłam się w myślach przy muzyce. Godzina minęła mi jak z bicza strzelił i Józef ukazał się moim oczom z pełnym benzyny pojemnikiem na płyn do spryskiwaczy( płyn, z bólem serca, wylał), lejkiem i powiewającym na wietrze światkiem papieru, który okazał się trzystuzłotowym mandatem za chodzenie po poboczu drogi ekspresowej. Nie poruszaliśmy tego tematu i po błyskawicznym zatankowaniu
( benzyna obficie spryskała bluzeczkę Józia z nieznanego mi bliżej materiału) oraz wymuszeniu na mnie obietnicy, że nigdy więcej, ruszyliśmy w drogę.
Historię tą, kosztującą go 250 złotych i godzinę spóźnienia, kolega ze śmiechem opowiadał każdemu nadarzającemu się słuchaczowi( śmiech dotyczył mojej głupoty). Opowieścią tą raczył też podwożoną przez nas kilka dni później  własną kierowniczkę, przez co zapomniałam rzucić okiem na licznik rezerwy i w połowie drogi, cztery kilometry od najbliższej stacji, samochód zaczął spokojnie zwalniać.
Na przerażone spojrzenie Józefa, które rzucił najpierw na licznik, a potem na mnie, mogłam tylko odpowiedzieć pocieszająco:
- Ale mamy już lejek!

UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa

czwartek, 22 grudnia 2016

LAST CHRISTMAS I GAVE YOU MY HEART

Spędzić spokojną Wigilię z moją rodziną,  jeszcze w pełnym składzie w latach 70/80 , było rzeczą niemożliwą. Najpierw zjeżdżała poranną porą babcia Teresa, absolutnie nie do pomocy, a do konstruktywnej krytyki pod adresem synowej( gotowaniem w moim domu zajmował się tato czyli ukochany syn). Po niewinnych aluzjach typu:
- Nie nudzi ci się, Zosiu, tak godzinami z gazetą siedzieć?( zamiast pocić się przy bigosie)i
- Jak to dobrze, że byłam przewidująca i chłopców nauczyłam gotować!
babcia przechodziła do ostrzejszej ofensywy podpierając się atutami religijnymi:
- Jezus Maria Józefie Święty, ty synu nawet w święta spokoju nie masz, to po co się żeniłeś?????
Przy powyższym retorycznym pytaniu tato zaczynał się, jak co roku, zastanawiać po co się ożenił, a mama z papierosem w ustach zamykała się w ubikacji celem uspokojenia atmosfery.
Po przyjściu dziadków drugich, czyli babci Zofii z dziadkiem Kazimierzem, następowała swobodna licytacja zalet własnych dzieci z całkowitym pominięciem dobrych cech strony drugiej. Mogłam się wtedy dowiedzieć, że mój tato był idealnym synem, chętnym do nauki i prac domowych i że również moja mama takim samym ideałem była. Jak to się stało, że po ślubie przestali wyrażać chęci i zapał do wszystkiego zrozumiałam dopiero po zamążpójściu nr 1.
Przy barszczu temat rozmowy był licytacją chorób i wymianą porad lekarskich. Babcia Teresa(według własnej opowieści jeszcze przed wojną stojąca nad grobem) przy piątej łyżce zupy standardowo zadawała pytanie:
- A ile pan, panie Kazimierzu, tabletek Bisacodylu bierze na wypróżnienie?
po którym to pytaniu okazywało się, że zaparcia babci to małe piwo przy zaparciach dziadka( tylko w obozie jenieckim wypróżniał się regularnie po regularnych posiłkach). Kiedy wszyscy zapychali się pierogami do akcji mogła wkroczyć babcia Zofia ze swoją wyimaginowaną cukrzycą, której nie potwierdzały żadne badania, ale " dlaczego wobec tego ciągle chce mi się pić i sikam?"
Przy makowcu babcia Teresa żegnała się wylewnie ze wszystkimi, bo były to, jak co roku odkąd pamiętam, jej ostatnie święta. Po wprowadzeniu stanu wojennego funeralna histeria babci jeszcze wzrosła.
- I wspomnijcie mnie tam przy opłatku, jak mnie już nie będzie!
wyrzekła ostatnie życzenie w 1983.
Następnego roku zmarł dziadek Kazimierz i babcia Teresa oznajmiła, że za rok będą już razem w niebiesiech Wigilię spędzać.
Następnego roku zmarła babcia Zofia i babcia Teresa oznajmiła, że teraz jest następna w kolejce.
Po śmierci mojej mamy w kolejnym roku babcia Teresa pogodziła się z faktem, że dożyje setki!
I prawie jej się udało!

niedziela, 11 grudnia 2016

POSTSCRIPTUM( UWAGA NA SŁOWA NIEPARLAMENTARNE)

Wola czytelników Rybki jest dla mnie święta zatem wyjaśniam motywy mojego wczorajszego zakazanego czynu: dewastacji samochodu pani Justyny H. polegającej na odkręceniu wentyli w kołach, urwaniu zdezelowanego zderzaka i zrobieniu kluczykami znaku Zorro na karoserii prawych drzwi. Czynu tego dokonałam na parkingu wczesnym rankiem i jedyną osobą, która ewentualnie mogłaby mnie zobaczyć, był pan Fred, lokalny bezrobotny alkoholik i jednocześnie mój wielbiciel. Kiedy przed laty Doda zaszczyciła nasze lokalne dni miejscowości, na pytanie mojego męża, czy sąsiad idzie ją obejrzeć, pan Fred z pogardą odparł:
- A co my tu ładniejszych niż Doda nie mamy? O, na przykład nasza pani doktorowa( czyli ja).
Pani Justyna, młodsza ode mnie o siedem lat, zaraz po moim zainstalowaniu się z lokalnym lekarzem w miejscowości M., upatrzyła mnie sobie na przyjaciółkę i bratnią duszę, wszak obie byłyśmy, według jej określenia, wysoce wykształcone( ona licencjat w Radomiu, ja doktorat w Lublinie :p),
Pani Justyna prowadziła sklep chemiczno- kosmetyczno- wielobranżowy, była śmiertelnie zakochana w swoim mężu, o czym opowiadała mi przy każdym obiedzie na który przypadkowo do mnie wpadła, czyli codziennie. Jako moją jedyną tam koleżankę otaczałam ją troską i opieką, fundowałam wizyty u kosmetyczki na jej różowaty trądzik, woziłam dzieci do specjalistów w wojewódzkim mieście, polecałam lektury odpowiednie dla umysłowości, rozdawałam talony na manicure( gdzie dowiedziała się, że lakier z Sylwestra warto zmyć przed wakacjami). Justyna, szczęśliwa małżonka, bardzo współczuła ciężkiego życia mnie, żonie notorycznego, agresywnego pijaka, nieustannie stwierdzała, że ona to by się dawno rozwiodła na moim miejscu i w ogóle otulała mnie kołderką nieustannego współczucia.  Po jednej, dosyć intensywnej kłótni z moim ukochanym, postawiłam ultimatum: ma iść na leczenie i w ogóle sobie wszystko przemyśleć, a ja chwilowo udaję się w rodzinne pielesze.
I zostałam w tych pieleszach na lata, albowiem moja koleżanka Justyna w szczerej rozmowie powiedziała mojemu facetowi, żeby dał sobie spokój z taką nienormalną dziwką jak ja, co to nie wiadomo w co się ubiera, na pewno go zdradza( a ona wie coś o tym!) i w ogóle.......ona natomiast, czyli Justyna, jest jak najbardziej chętna , bo sie nagle w nim zakochała.
Bilans strat: mąż pani Justyny po próbie samobójczej, ja w stanie permanentnego wkurwienia, pani Justyna w toksycznym związku z agresywnym alkoholikiem i nieustannie dręczona przez mnie fizycznie( rurą od odkurzacza), pan Fred zaś nadal oczekujący, że jednak może kiedyś, my..........:p

sobota, 10 grudnia 2016

FIKI MIKI MYSZKI MIKI

Przejmując się, w wieku młodzieńczym, przekazem czytanej lektury typu Popioły, Trylogia i Quo Vadis, tudzież oglądając rysunki Grottgera, doszłam do wniosku, że idealnym partnerem życiowym dla mnie byłby bohater walczący za ojczyznę, z którym wiodłabym pełne niewygód życie na Syberii. Walczący człowiek idei oczywiście nie przejmowałby się takimi drobiazgami jak moja nadmierna tusza czy wzrok kury o zmierzchu. Lata minęły, jednak mój maksymalizm uczuciowy przy minimalizmie materialnym pozostał, i kiedy zapoznałam odpowiedniego kandydata na miłość mojego życia, czyli trunkowego lekarza, bez wahania porzuciłam luksusy miejskiej metropolii na rzecz cichego bytowania w wiejskim przysiółku na dalekiej prowincji
( także mentalnej). Ambicją moją było dorównanie mojej poprzedniczce w tym lokalu toteż bez słowa skargi, a wręcz z pieśnią na ustach, nosiłam drwa i węgiel do rozpalenia dwóch pieców kaflowych pokojowych i jednego kuchennego. Zdarzały się wpadki....A to ułożyłam misterny stos węgla, na to kilka drewienek i dwie tutki po papierze toaletowym, chlusnęłam obficie denaturatem i o mało nie wyleciałam w powietrze razem z piecem. A to zapchałam przewód kominowy butelkami typu PET i ogólnie niepotrzebnym plastikiem, dzięki czemu nie tylko smród mało nie wydusił sąsiadów, ale i zaczadziłby domowników gdyby nie to, ze pan domu  się obudził, zanim zasnął snem wiecznym.
Szczęścia mojego nie mąciły roje ścierwich much z upodobaniem żerujących w kuchni ani też nieustanna ekspansja zawartości szamba na ogródek pod oknami sypialni. Jak miłość to miłość i nie ma to tamto!
W rzadkich chwilach dobrego humoru i trzeźwości mój ukochany kupował mi prezenty: a to pół kilo kiełbasy żywieckiej, a to majonez kielecki, a to moje ulubione  ciasteczka Pieguski. Ciasteczkami delektowałam się zwykle kilka dni, stały dumnie na blacie kuchennym, w okolicy gazowej butli, i wymownie świadczyły o moim statusie w tym domu. Szlag mnie tylko trafiał, ze po jednym dniu każde ciastko było nadjedzone i nikt do konsumpcji nie chciał się przyznać, a moje epickie wypowiedzi pod tytułem:
- Jak chcesz zeżreć to weź całe!
pozostawały bez odpowiedzi.
Zjadałam zatem ze smakiem resztki ciastek do dnia, w którym mój ukochany, biegnący bladym  świtem do toalety, nie zawołał mnie do kuchni pokazując trójkę szarych myszek ze smakiem chrupiących Pieguski z otwartej paczki. Dwie kolejne ciągnęły wczorajszą kanapkę do skrytki za butlą z propan- butanem.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

CUD NIEPAMIĘCI

Małgosia przyszła była do mojej firmy byłej w celu jasnym i klarownym znalezienia męża. Nieuroda Małgosi rzucała się w oczy, podkreślana umiejętnie całą gamą nietwarzowych kolorów, a ulubione rajstopki opinające łydki w kształcie tralek były w kolorze czerwonym. Miała ona i ma natomiast ogromną zaletę umysłową czyli pozytywną sklerozę. Małgosia nie pamięta negatywnych opinii na jej temat, nie łączy tych opinii z żadną ze znanych jej osób i w związku z tym się nie obraża, a optymistycznie patrzy na świat i swoje szanse w branży ślubnej. A że zapotrzebowanie na skromne i pogodne dziewice jeszcze jest na tym podłym łez padole to i pracujący razem z Małgorzatą Kłos Jarosław Bąk zawziął się, wziął się i się ożenił z wyżej wymienioną. Po ślubie on został na stanowisku wysoce menedżerskim, ona, jak to w Polsce zwykle bywa, została przeniesiona do działu zaopatrzenia gdzie, bez słowa skargi, oblepiała pudełka taśmą klejącą, sortowała kalendarze i pryskała złotym sprayem szyszki ozdabiające stoły podczas integracyjnej, firmowej wigilii. Oczywiste jest przecież, że dwa Bąki szefami czegokolwiek być nie mogą!
Zły los sprawił, że tuż przed wycieczką firmową do Barcelony, z przesiadką w Madrycie, Jarosław złamał nogę i Małgosia, nolens volens, poleciała tylko z koleżankami i kolegami z pracy, czyli właściwie sama. Nie dla niej intensywne pijaństwo i inne wycieczkowe atrakcje czyli ruja i poróbstwo. Małgorzata nie podziwiała nawet zabytków bez reszty zajęta pisaniem smsów do męża z pytaniami, czy zjadł śniadanie/brunch/lunch/obiad/kolację i czy posiłek odpowiednio popił tudzież przyjął w pokarmie odpowiednią ilość wapnia niezbędnego przy zrastaniu kośćca. W żadnej galerii i  w żadnym sklepie Małgosia nie wypatrzyła podczas turnusu prezentu godnego jej małżonka i dopiero w drodze powrotnej, na lotnisku, podczas przesiadki w Madrycie, ujrzała niezwykłej urody talerze do pizzy, ozdobione brzegowo fikuśnymi papryczkami. Weszła do wolnocłowego butiku i oniemiała na widok jeszcze inszych pizzowych talerzy, również kuszących wzorkami zaczerpniętymi z kulinariów.
Reszta wycieczki, ze mną na czele, po spożyciu godziwej ilości trankwilizujących procentów siedziała wygodnie w samolotowych fotelach i przysypiała w oczekiwaniu na odlot. Minuty, a potem dziesiątki minut mijały, a samolot jak stał, tak stał. Stewardesa wyjaśniła niektórym trzeźwym, a zatem ciekawym, że brakuje pasażera. Po kolejnej półgodzinie przez drzwi wpadła zadyszana Małgosia, przyciskająca do łona pokaźne pudło z pseudoporcelaną i dopiero wtedy zauważyliśmy jej dotychczasowy brak.
- Małgośka, do jasnej cholery- ryknął jeden z obecnych na wycieczce kierowników- przecież wywoływano kilkanaście razy twoje nazwisko przez  megafon!
- No tak, słyszałam- tłumaczyła się sklerotyczna koleżanka- ale szukano Małgorzaty Bąk, a ja zapomniałam, że już się Kłos nie nazywam!

poniedziałek, 28 listopada 2016

NIE MOGĘ CI WIELE DAĆ

Miłość spadła na mnie w wypiździsty dzień kwietniowy w obecnym stuleciu jak foliowa siatka na szybę samochodu- niby nic, a się człowiek wkurwia i świata nie widzi. Zajrzałam jako przedstawiciel do zapyziałego gabinetu w wiejskiej przychodni i od razu, jak Jagienka w Krzyżakach, stwierdziłam:
- Mój ci on!
On, co prawda, jeszcze długo o tym nie wiedział, ale najważniejsze, że wiedziałam ja, wszystkie moje przyjaciółki, koleżanki i koledzy z pracy i nie tylko, sąsiedzi, inni lekarze i ogólnie et consortes:p
Zdobyć nie było łatwo, ale po kilkunastu odwiedzinach w miesiącu nawet idiota by się zorientował, że o jakieś wyższego rzędu niż miłość do pracy uczucia chodzi i w miesiącu czerwcu udało mi się wyprosić wspólną kolację" na koszt firmy".
Pierwszą wpadkę zaliczyłam, gdy okazało się, że nie mam pieniędzy w portfelu ani na karcie i za kolację musiał zapłacić On( a żarłam, jakbym nigdy w życiu frytek nie widziała). W związku z moim brakiem kasy również On musiał zakupić alkohol na after party, które dziwnym trafem losu odbyć się miało u niego w domu.
Drugą wpadkę zaliczyłam, gdy okazało się, że wzięłam na wspólną kolację zapasowe majty i szczoteczkę do zębów- do tej pory On się zastanawia, skąd wiedziałam, że zostanę do śniadania
( nawet, gdyby nie wygonił, spałabym na wycieraczce)
Trzecią wpadkę zaliczyłam w styczniu następnego roku i mamy córkę.
Wobec powyższych, chociaż nie chciał, zostaliśmy parą. Ale co innego kulturalnego Pegaza zdobyć, a co innego utrzymać, kiedy zamienił się po pierwszych miesiącach uniesienia w zwykle nietrzeźwego konia, a nawet byka...a i takich jak ja, co to do gabinetów pukają, masa i przeważnie ładniejsza.
Odkąd od staruszek siedzących w poczekalni usłyszałam przypadkiem, schowana za winklem, że:
- Nasz doktor każdą mógł se mieć, a wzion taką stara i z dziećmi!( fakt, miałam troje z innych sytuacji, kiedy grom miłosny mnie poraził)
postanowiłam być czujna.
Sprawdzanie smsów w telefonie śpiącego ukochanego to banalny standard, ale już odpisywanie w ordynarnym stylu to tylko moja właściwość. Chłop sie co prawda dziwił, że ulubiona pacjentka patrzy nań nagle spode łba, nie wiedział bowiem, ze na wiadomość z podziękowaniami za miłą wizytę otrzymała odpowiedź:
- Miło to by było, gdyby pani była o sto kilo szczuplejsza!
Również na moje szczęście gabinet, w którym On przyjmował, był dokładnie pod naszym klozetem w mieszkaniu, a wentylacja łączyła oba pokoje. Siedząc spokojnie na sedesie mogłam bez trudu słyszeć każde wypowiadane w gabinecie słowo i nie o diagnozy bynajmniej mi chodziło. Lojalnie uprzedziłam, ze jak tylko usłyszę choćby ślad flirtu natychmiast spuszczam wodę, co oznacza, że za chwilę będę osobiście interweniować. Pewnego dnia jakaś nieznająca mnie i mojej agresji przedstawicielka zaproponowała mojemu chłopu wspólny wypad na grzyby w ramach relaksu, akurat wtedy, kiedy spokojnie sikałam. Uwiesiłam się sznurka od górnopłuka z taką werwą i nienawiścią, że dało to do myślenia osobom poniżej i, wypadając na schody, ujrzałam tylko dziewczynę biegnącą do samochodu sprintem z przeszkodami.
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że i tak, cholera jasna, jakoś mnie umiał zdradzać!
Mimo, że niejedna oberwała rurą od odkurzacza, prawda pani Justyno???

piątek, 18 listopada 2016

MATRIX- REINKARNACJA

Moja babcia, Zofia, aczkolwiek rozrzutna jak jej zięć, Zdzisław, miewała momenty dramatycznego skąpstwa, nazywanego w rodzinie niemarnowaniem- również jak jej zięć, Zdzisław. Choćby jeden ziemniaczek pozostał z wczasowego obiadu babcia konsekwentnie zawijała go w serwetkę" na wynos" ze słowami:
- Zapłacone, to się należy!
Pamiętam górskie podróże z dzieciństwa czyli zwiedzanie najkrótszych tatrzańskich dolinek, zawsze z prowiantem( zaoszczędzonym z posiłków) w pergaminowych torebkach i zawsze z termosem pełnym wyniesionego z jadalni kompotu.
Grzechem dla babci było wyrzucanie czegokolwiek stąd w szafach egzystowały najedzone mole, w zapasach, na wypadek wojny, mąki tuczyły się wołki zbożowe, a bytujące w cukrze mrówki faraona nie raz były zapieczone w cieście( spożycia nie można było odmówić, bo mrówki przecież były martwe!)
W pracy, wspólnej dla babci i zięcia, tradycją były tak zwane prezenty przechodnie czyli na przykład kryształowy wazon, który moja mama dostała od wdzięcznego pacjenta i który przez tatę został natychmiast puszczony w imieninowy obieg w jego zakładzie pracy. Po półtora roku wazon powrócił do rodziny- babcia otrzymała go od koleżanek.
Kiedy zaczęłam pracę w aptece w zamierzchłych czasach obchodzenie imienin było huczne i nawet alkoholowe. Ze szczególnym wypierdem świętowaliśmy dzień świętej Joanny, patronki naszej kierowniczki, która co prawda zawsze wtedy brała dzień urlopu, żeby nie piec orzechowego tortu, o którego smaku i zaletach nie raz nam opowiadała i na teorii się skończyło, za to dzień po chętnie przyjmowała prezenty. Jako wielbicielce malarstwa postanowiłam jej kupić album, a do tego zgłosił sie ochoczo mój tato, bo i tak miał zamiar iść do księgarni. Nastepnego dnia z dumą wręczyłam kierowniczce zapakowną w gustowną torebkę ksiązkę o tytule( do dziś pamiętam)
" Od Maneta do Pollocka". Przy wtórze zachwytów innych współpracowników pani Joasia nabożnie zaczęła przewracać kartki, wśród których ukryta była ozdobna pocztówka z dedykacją:
" Przyjacielowi Zdzichowi z okazji imienin książkę tą ofiarowuje - Janusz"

wtorek, 8 listopada 2016

CRIME STORY

Jako że dzień zaduszny był dopiero co, pozwolę sobie wspomnieć wydarzenie, które o mały włos nie spowodowało mojego przeniesienia się na drugą stronę płyty nagrobnej. Jak dziś pamiętam: był to lipiec 1998 roku i miałam zaledwie trzydzieści lat!
Rozpoczęta właśnie w firmie farmaceutycznej praca zmusiła mnie do podróżowania służbowym samochodem, chociaż prawo jazdy robiłam w zamierzchłej przeszłości na Maluchu z rozrusznikiem. Wsiadłam zatem żwawo do służbowego Opla, z socjalistycznego nawyku wypełnionego dwoma kocykami( jakby auto stanęło w środku lasu w zimie) i papierem toaletowym w kilku rolkach, który jest moją ulubioną formą chustek do nosa( chustek z materiału, po traumie z dzieciństwa, kiedy to ja byłam odpowiedzialna za ich pranie w sezonie kataralnym, bo mama brzydziła się ciągnących się, jak śluz ślimaczy, smarków, nie używam). Prowincjonalne miasteczko, w którym  miałam odwiedzić szpital, było dla mnie tak topograficznie skomplikowane, że postanowiłam "nabyć języka" u tubylca, którym okazał się czyściutki staruszek w garniturku, jak się potem okazało: pan Zenon J. Staruszek również uznał, że wytlumaczenie mi tak skomplikowanej trasy, jaką jest droga do szpitala w osadzie z czterema ulicami na krzyż, przerasta nasze obopólne możliwości i zaproponował:
- To ja se siędę z panią, bo i tak do poradni kardiologicznej w szpitalu zmierzam na kontrolę po zawale.
Pan Zenon wygodnie się rozsiadł, ja nałożyłam plastikowe okulary przeciwsłoneczne, w żaden sposób nie korygujące mojego astygmatyzmu i wady wzroku powyżej pięciu dioptrii, i ruszyliśmy z kopyta z trasy pobocznej szutrowej na drogę główną asfaltową. Mój zrelaksowany towarzysz kierował moimi poczynaniami jak kapitan na Titanicu, zatem nic dziwnego, że po jego donośnym rozkazie:
-Tera w lewo!
zatopieni w rozkosznej konwersacji wjechaliśmy radośnie prosto pod serbskiego TIRa
( kierowcą był, jak się później okazało, pan Slobodan T.)
Pan Zenon beztrosko nie zapiął pasów, toteż ostatnią rzeczą, jaką pamiętałam po jego okrzyku:
-Jezus, Maria!!
był zwis jego przerażonych ramion na mojej szyi.
Służby ratownicze, mimo przejściowych trudności czyli konieczności wycinania mnie z Garbusa  w jakiego przeistoczył się Opel, stojącego w kałuży paliwa, sprawiły się dobrze i odzyskałam przytomność w ramionach lokalnego lekarskiego Brada Pitta, który, wskazując na nieruchomą postać pana Zenona zwisającą poprzez drążek zmiany biegów, spytał:
-A ten pan to kto?
Wzrokiem omiotłam bezwładne ciało staruszka- przewodnika i, radosnie się śmiejąc( oczywiście z powodu szoku) odpowiedziałam:
- A ten pan to chyba trup!
PS. Pan Slobodan, poza zwichnięciem nogi, z którego to powodu domagał się przejażdżki karetką na sygnale, nie doznał innych uszczerbków. Pan Zenon nie dotarł do kardiologa w mieście powiatowym za to przewieziono go na bezpłatną konsultację do największej lubelskiej kliniki, gdzie w bonusie otrzymał trepanację czaszki.
A tak poza tym: wszyscy zdrowi:)

czwartek, 3 listopada 2016

MIŁOŚĆ CI WSZYSTKO WYBACZY

Wszelakie moje związki damsko- męskie były,  zapewne przez przedurodzeniowe fatum przyrody, skazane na niepowodzenie. Na pewno przyczyną nie był mój dziecięco- nastoletni visual uprawniający mnie do grania roli pana Zagłoby we wszelakich sienkiewiczowskich inscenizacjach. Na kolonie pracownicze, będące kuźnią nastoletnich związków, pojechałam po raz pierwszy po wizycie u fryzjera, który zbyt dosłownie potraktował słowa mojej mamy:
- Proszę krótko, tak raczej po męsku.
Efektem było odsłonięcie moich gigantycznych uszu i strzelistego czółka przez fryzurkę
" dwumilimetrowy jeżyk wykonany tępą maszynką". Moja nieśmiała próba doklejenia się do najpopularniejszych i najładniejszych dziewczyn w ósmej klasie, chociażby przez udział w dyskusji na temat " Przeminęło z wiatrem" i książek Siesickiej, skończyła się po potraktowaniu mnie przez ich liderkę słowami:
- A co ty Kasia możesz wiedzieć o miłości?:p
Zresztą właśnie w ósmej klasie moja miłość do  superprzystojnego( o ile dobrze pamiętam) Igora skończyła się wpadnięciem przeze mnie w erotycznym widzie na ścianę, co tenże Igor skomentował:
- Ale ty durna jesteś !
i pozostało mi tylko robienie mu fotek przez dziurę w drzwiach do męskiej toalety.
Pozostając w klimacie szkoły podstawowej najbardziej gorącym uczuciem było  to, które wybuchło  w moim sercu i umyśle po poznaniu  Pawła na zimowisku w Kamionce Wielkiej. Zima stulecia, szkolna sala służąca kilkunastu osobom na leżakach za sypialnię, pracujące całe noce farelki o śmierdzących spiralach i ON, zawsze otoczony tłumem wielbicielek, palący kupowane w Peweksie Marlboro, król dyskotek z przebojami Boney M( lata siedemdziesiąte to były, przypominam subtelnie). Trzymając się blisko gwiazd zimowisk, czyli Ewy i Agnieszki, licząc na to, że coś mi skapnie z nieskonsumowanych przez nie dóbr uczuciowych wysyłanych im przez kolegów w nadmiarze, trafiłam na pożegnalny bal  w szkole podstawowej w naszych polskich górach. Odziana gustownie w bistor i dzianinę ujrzałam zmierzającego w naszą stronę Pawła, a litościwe i przekupione dezodorantem Bac koleżanki zaproponowały mu do tańca moją osobę. Mój idol omiótł spojrzeniem moja solidną posturę i równie solidne szkła w okularach i zadał mi cios prosto w serce mówiąc:
- Z tym prosiakiem nie tańczę!
PS. los chciał, że po latach znaleźliśmy się w jednej grupie na roku- Paweł, na skutek nadmiernego spożycia wszelakich substancji, miał lekkie opóźnienie edukacyjne, i z powodu jego amnezji( nazwa Kamionka Wielka niewiele mu mówiła) zostaliśmy parą na dwa długie lata. Prosiak zwyciężył!

środa, 26 października 2016

ŻYWOT CZŁOWIEKA POCZCIWEGO

Mój, znany tu chyba wszystkim, tato jest człowiekiem z zasadami. Jak obiecał koledze, że zagłosuje na niego w wydziałowych wyborach, to oczywiście oddał głos na kogoś zupełnie innego, bo
" przecież Jurek to idiota". Kolega Jurek oczywiście ruszył do taty z pretensjami, że jak to, miał go poprzeć, a tu proszę, kandydat otrzymał tylko jeden głos.
- No i właśnie ten głos był mój! - wrednie odpowiedział tato, wiedząc doskonale, że kolega zagłosował sam na siebie, ale nie wypada mu się do tego przyznać.
Jak mi tato stanowczo odmawia bezzwrotnej pożyczki to i tak wiadomo, że pożyczy, a ja nie oddam.
Wbrew swojej naukowej profesji ojciec uwielbia czytać horoskopy, odwiedzać wróżki i Cyganki, szczególnie odkąd jedna przepowiedziała mu śmierć dopiero po moim szczęśliwym zamążpójściu
( ha, ha ), co tato, znając moją przeszłość i teraźniejszość, skomentował:
- Będę żył wiecznie!!!
W Kazimierzu Dolnym nad Wisłą przedstawicielek starego, wieszczego zawodu nie brakuje nigdy i jedna z wróżbitek pewnego dnia wypatrzyła mnie i tatę przez szybę w sklepie jubilerskim. Akuratnież byłam jak zwykle bez grosza a bardzo spodobał mi się artystyczny pierścień z trupią główką, który mój najlepszy z ojców natychmiast kupił. Codzienne, pełne awantur i wyganiania mnie z domu jako pasożyta na finansowym i moralnym dnie, życie codziennym życiem, ale po odskoczeniu od codzienności tato mięknie charakterologicznie.W średnim wieku Romka przechwyciła nas natychmiast po wyjściu i zagaiła do taty o długim życiu, of kors, i niezniszczalnym zdrowiu.
- E- zareagował mój tato- takie bzdety to każdy mi mówi, niech pani coś osobistego bardziej wymyśli.
Kobieta spojrzała na mój nowy pierścionek, celnie oceniła mój niewątpliwie zaawansowany wiek i dobrą kondycję taty, i orzekła:
-A ta piękna pani to już nigdy pana nie opuści, do śmierci razem jak gołąbki będziecie!
na co mój tato jęknął rozdzierająco:
- A za taką przepowiednię, że ta gnida, moja córka, nigdy mnie nie przestanie ssać jak pijawka, to grosza nie dam!!!!

środa, 19 października 2016

U CIOCI NA IMIENINACH

Imieniny cioci Małgorzaty, nieszczęśliwej małżonki słuchacza Radia Maryja, są idealnym pretekstem do wylania przez solenizantkę fali zastarzałej żółci, a tematem drażliwym i tradycyjnie poruszanym są relacje cioci z teściową, będącą od 15 lat w lepszym świecie. Na tapecie są z reguły przeżycia obu pań w latach 70/80, kiedy były w pełni sił fizycznych, a już niekoniecznie umysłowych.
Troskliwi synowie wspierali matkę, czyli babcię Teresę, gotówką, która natychmiast zasilała konto ojca Tadeusza, natomiast jedyna niepracująca synowa zmuszana była do realnej pomocy fizycznej.
I tak ciocia Małgorzata:
- była pomocną dłonią w 76 w Sopocie, kiedy teściowa dostała nagłej biegunki w morzu( fakt potwierdzony naocznie, aczkolwiek technicznie czynność trudna do wykonania). Do dzisiaj pamiętam ciocię biegnąca przez spienione fale z majtkami od mojego bikini i do dzisiaj dręczy mnie wspomnienie, że figurę miałam w zadzie akuratnej wielkości jak siedemdziesięcioletnia kobieta.
- stała godzinami w kolejkach do sklepów mięsnych po to, żeby teściowa skomentowała przyniesione dary: takie ochłapy to chyba ty Małgosia w powstaniu jadłaś!
- robiła nieustanne przepierki bielizny teściowej mydłem Biały Jeleń w zlewie( bo oszczędniej się woda leje niż w wannie)
- zmuszana była do oddawania deserów na wczasach, bo według słów teściowej: mnie, starej, już cukier nie zaszkodzi, a tobie znowu z dziesięć kilo przybyło.
Nic dziwnego, że sterana ciocia czekała chociaż na werbalny wyraz wdzięczności i taką nadzieję miała podsłuchując( razem ze mną) zwierzeń babci w gronie wczasowych koleżanek na turnusie w Nałęczowie.
- A jak pani synowie, pani Tereso ?
- Ach, moi synowie( babcia rozkręcała się) nie dość, że wysoce wykształceni to i matce pomagają we wszystkim, zakupy, pranie, bez proszenia! ( tu ciocia zaczynała pocić się z wściekłości, wspominając swojego wysoce wykształconego męża, który u matki w domu  pijał herbatę z ciastem, a nie froterował podłogi)
- A synowe też takie udane ?- ktoś zadawał zapalne pytanie, po którym ciocia nadstawiała ucha a babcia nadymała się z niesmakiem i, jako osoba kulturalna, spokojnie cedziła:
-Niektórym ludziom na stare lata Pan Bóg pokutę zsyła......

wtorek, 11 października 2016

HISTORYA UCIESZNA CNOTLIWEGO ANDRZEJA

Wszelkie podobieństwa do realnych osób i sytuacji są jak najbardziej zamierzone.
 Kolega Andrzej, zwany przez wszystkich Endrju ( przezwisko to miało być subtelną aluzją do jego światowego sposobu życia, wykształcenia i ubioru ), a przez znajomych z pracy królem Parczewa, po burzliwym rozwodzie zamierzał wieść życie niezależnego bon vivanta. Za pieniądze wyegzekwowane od byłej żony za 1/2 wspólnego mieszkania zakupił wykwintną kawalerkę- studio na mansardzie, gdzie deszcz lał mu się na parkiety, a upał budził w lecie o 5:30. Niezobowiązujące podrywy Endrju zaczął od pobliskiej siłowni, gdzie, odziany w markowe dresy i koszulki Abercrombie, udawał, że ćwiczy trzy razy w tygodniu. Nie wiedział, że za drzwiami do strefy kardio czai się niebezpieczeństwo.
Katarzyna, zwana przez wszystkich bez sensu Kitką, w wieku lat trzydziestu minus poczuła palącą potrzebę zmiany nazwiska. Jej uroda wielkanocnego zajączka i parszywy charakter były pewną przeszkodą, ale Kitka opanowała sztukę kamuflażu i na pierwszy rzut oka wyglądała jak niewinny króliczek Playboya. Strategię opracowaną miała drobiazgowo: każdy mężczyzna poniżej czterdziestki, korzystający z siłowni na kartę Benefit( znaczy pracujący w korporacji), nie wywołujący urodą odruchu wymiotnego, znalazł się pod ostrzałem. Randki zaproponowała kilku panom, w tym dwóm moim kolegom, a ten, który by pierwszy przeszedł do konkretnych czynów, automatycznie stawał się faworytem. Pech nie opuszczał Andrzeja i zamiast wesołego życia rozwodnika po kilku miesiącach wiódł życie odpowiedzialnego męża kobiety w ciąży. Spełnianie zachcianek ciężarnej Katarzyny, następnie spełnianie zachcianek Katarzyny po porodzie i wreszcie spełnianie zachcianek żony i córki wespół doprowadziło kolegę Endrju do podjęcia ważkiej, życiowej decyzji o nazwie WAZEKTOMIA.
Słuszny to ze wszech miar był pomysł i czas ku realizacji najwyższy, bo Kitka wspominać zaczęła o chłopczyku do pary. Pod pozorem wyjazdu służbowego, z alibi zapewnionym przez wszystkich znajomych z pracy współczujących mu szczerze, Andrzej położył tamę dalszej prokreacji.
I tak życie nabrało innych barw, córka podrosła, Kitka się zestarzała, mieszkanie wymieniono na większe, premie wzrosły i tylko Endrju wyjść ze zdziwienia nie może, odkąd przed dwoma tygodniami wierna żona oznajmiła mu :
- Jestem w ciąży!!!!!!

środa, 5 października 2016

BO WE MNIE JEST SEKS

Mężczyźni, którzy kiedykolwiek zrobili na mnie wrażenie, rekrutowali się z reguły spośród niebanalnych osobowości obciążonych radosnymi nałogami alkoholowo- chemicznymi, najczęściej z tradycyjnymi poglądami na rolę kobiety w społeczeństwie, obowiązkowo z bujnym owłosieniem na głowie( swojej, nie kobiety). Niestety, na moim kierunku studiów, czyli farmacji w latach 80-tych, mężczyzn było poniżej dziesięciu procent, a wyłączając skarlałych grubasów i łysiejących zostawały ze trzy procenty. Kobiety były zdecydowanie atrakcyjniejsze aczkolwiek, według dzisiejszych standardów, bardzo zaniedbane- mowy nie było o goleniu jakichkolwiek obszarów, a dezodorant Zielone Jabłuszko niezbyt skutecznie odwaniał owłosione pachy. Na basenie co druga z nas reprezentowała ukrzaczenie od dołu kostiumu do połowy ud. Za to na głowie kwitły siwe pasemka podlewane płukankami z roztworu gencjany( błękitna siwizna) lub pigmentu kasztanowego( blady róż).
Panowie nie o wiele byli lepsi, nie śmierdzieli tylko ci, których stać było na Old Spice'a w Peweksie. Wśród nich charakterystyczną i wyróżniającą się postacią był kolega Jurek zwany Jurasem bądź Paszczakiem( od wyjątkowo pokręconego zgryzu). Juras gardził higieną osobistą i kulturą, nie używał chustek tylko smarkał radośnie na chodniki, nie grał na gitarze, a mimo to hodował kilkucentymetrowy paznokieć na małym palcu( zapewne do dłubania w nosie), a podczas gonitwy myśli na zaliczeniach potrafił uparcie wiercić sobie w uszach, co pewien czas kontemplując ich zawartość. Nikogo zatem nie dziwił czarny pas od wewnętrznej strony kołnierzyka koszul Paszczaka, ale gdy na granatowej marynarce z bistoru pojawił się u niego  biały osad, uczynna koleżanka zwróciła mu uwagę:
- Jurek, masz brud na marynarce!
Juras zdjął okrycie, obejrzał uważnie, wzruszył pogardliwie ramionami i założył je z powrotem wyjaśniając:
- To nie żaden brud, to łupież tylko!

poniedziałek, 26 września 2016

I SHOT THE SHERIFF

Jakież trzeba mieć szczęście w życiu, żeby jako pierwszego szefa w pierwszej pracy mieć Stefana, zwanego pieszczotliwie przez małżonkę Stefem. Jako stażysta zajmowałam się przede wszystkim myciem podłóg i klozetów, na szczęście dla pacjentów nie dopuszczano mnie za często do produkcji leków.  Biada temu, kto w tamtych czasach, czyli wczesnych latach 90- tych,  miał okazję wsadzać sobie w siebie wykonany moją ręką czopek lub globulkę- uwielbiałam, celem ułatwienia sobie pracy, toczyć ww. bolce klapkiem na linoleum, dzięki czemu mogły poszczycić się bieżnikiem z podeszwy drewniaka, pełne wdzięku były też globulki oblepione zielonym włosem z syntetycznej wykładziny.
Wyroby sfrustrowanego stażysty to nie jest coś godnego polecenia nawet największemu wrogowi.
Stefan wymagającym właścicielem był, będąc miernego wzrostu i postury pełnił zwykle rolę nadzorcy tandemu ja i pani Kazia, faktyczna konserwatorka powierzchni użytkowych. Zaiste jego: Hop! powodowało, że natychmiast wrzucałyśmy na pawlacz bidet zakupiony do prywatnego domu przełożonego.
Sam Stef miewał ludzkie odruchy, a to rzucił stówką przed pierwszym listopada ze słowami: kupi sobie pani znicze, pani Kasiu, a to puścił na urlop w lipcu, a nie pod koniec października. Jego małżonka, Kryśka, ludzkich odruchów nie miewała nigdy i nie rozumiała, dlaczego upieramy się mieć wolne w Wigilię, kiedy wieczerza jest dopiero wieczorem, a wszytko można sobie wcześniej przygotować już na początku grudnia. Wypoczęta po miesięcznych wczasach Krystyna krytycznym okiem oceniała wygląd pracowników w stylu :
- Jak to jest, że mieszka pani na wsi, pani Kaziu, a zawsze pani blada  jak trup!
Przerwy śniadaniowe Kryśka przerywała wdzięcznym klaskaniem w tłuściutkie łapki:
- No już, wstajemy dziewczęta, bo kolejka rośnie!
Nic dziwnego, że mściłyśmy się na pacjentach udając, że nie rozumiemy potrzeb klientów, proszących o " cóś łod ócz ", " łod katru " i " na sraczkę "- co wymagało dalszych, drobiazgowych uściśleń- czy sraczka już jest czy ma być ?
Nadszedł jednak dzień zemsty i zapłaty, koniec mojej fizycznej pracy u podstaw, albowiem postanowiłam się zwolnić. W obecności Stefa i jego małżonki efektownie rzuciłam papierami, co spowodowało pełen wyrzutu komentarz szefowej :
- Jak pani może odchodzić, pani Kasiu, po tym, co Stef w panią włożył?!!!!!!

wtorek, 20 września 2016

GŁĘBOKIE GARDŁO

- Człowiek nie świnia, wszystkiego nie zeżre- powiedział sentencjonalnie mój tato, oglądając przy oszczędnym świetle żarówki wymemłaną przez psy kromkę chleba, a następnie zajadając ją ze smakiem, i dodał :
- Tylko krowa nie zmienia zdania.
W związku z powyższym i ja pominęłam milczeniem moją zasadę, że do krajów postsocjalistycznych nie jeżdżę  tylko zwiedzam dzicz i luksus, i wyruszyłam z resztą mojej firmy na integracyjny pobyt nad Balatonem. Ośrodek oferował dwa rodzaje pokoi: z łazienką i ubikacją na korytarzu albo z łazienką wewnątrz i taki też przypadł mnie. Poniewczasie bardzo żałowałam, bo łazienka posiadała prysznic jak w łaźniach obozowych, a betonowa podłoga teoretycznie miała ułatwiać wodzie zejście do kratki, zaś w praktyce człowiek stał po kostki we własnych sikach ( bo ubikacja była nadal na zewnątrz );p. Na szczęście wody przeważnie nie było więc i z łazienki korzystać nie było sensu. Popularnością  cieszyło się kąpielisko, gdzie gremialnie obmywało się spocone pachy i nie tylko.
Na tle ogólnego prymitywu, jaki reprezentowaliśmy, jaśniała kultura i obycie kierownika Marka, intelektualisty i sportowca, smakosza i wegetarianina. Podczas gdy my, a mam na myśli 90 % pracowników mojej firmy, bo 10 % nieustannie spało w stanie nietrzeźwym, w Balatonie jedynie myliśmy się i oddawali prymitywnym rozrywkom typu rzucanie dmuchanej piłki, Marek któregoś dnia wynurzył się z hotelu w piance, płetwach i masce z rurką. Omijając nasze stado z godnością i kulturą osobistą zaczął zanurzać się w odmętach węgierskiego akwenu. Szedł, szedł, szedł, a woda nadal sięgałaby mu do slipek, gdyby je posiadał. Zdenerwowany nieco dosiadł się do łódki zajętej przez tubylców, którzy wywieźli go nieco dalej, prawie na środek Balatonu. Marek zgrabnie wskoczył do wody, uzbrojony przede wszystkim w rurkę do oddychania.......
Woda przykryła mu jedynie częściowo korpus, a my nadal widzieliśmy jego pośladki i machające w powietrzu płetwy.

wtorek, 13 września 2016

FINAL COUNTDOWN

Rodzice moi, Zofia i Zdzisław, uchodzili za wzorowe małżeństwo, może dlatego, że pobrali się z rozsądku ( przynajmniej mama), a w związku z tym scen zazdrości nigdy nie było, bo samotne wyprawy małżonka zwisały i powiewały jego ślubnej. Wychodząc za mąż ze skalkulowanych dokładnie powodów, czyli zaawansowany wiek przyszłej panny młodej i  przyszłościowy zawód narzeczonego, można było stawiać twarde warunki: żadnego, gotowania, prania, sprzątania tudzież dzielenia się dochodami. Jak kocha to się zgodzi. Zgodził się.
Czasami, po sutym obiedzie u znajomych, tato ośmielał się głośno pomarzyć, że może i jego własna żona by coś, kiedyś.....natychmiast natykał się na lodowate spojrzenie małżonki, która z papierosem w ręku pytała retorycznie :
- Zdzisiu, a czy Tobie ktoś kazał się ze mną żenić ?
Po takim dictum tacie pozostawało jedynie nastawianie ogórków małosolnych i noszenie rajstop do repasacji. Jedyną osobą doceniającą jego postawę i kulinarno-czystościowe wyczyny była teściowa, więc z reguły z nią, jak stare, dobre małżeństwo tato spędzał wieczory przy własnoręcznie upieczonym placku ze śliwkami. Teściowa czyli moja babcia, również Zofia, pokochała zięcia tak mocno od pierwszego wejrzenia, że domagała się wspólnego wyjazdu w podróż poślubną do Polanicy Zdroju w myśl zasady : w kupie raźniej, a poza tym " ja z córką przecież nie mam żadnych tajemnic "!
W romantyczno-handlową podróż udało się moim rodzicom wyrwać samotnie do Włoch w pamiętnym roku 1974. Babcia przeżywała, ale wydział paszportowy nie widział sensu w wysyłaniu jej na staż do Instytutu Pszczelarstwa w Bolonii. Tato, jako ten beznadziejnie zakochany, oszczędzał na zakupy i ogólnie miał za zadanie uczynienie wyjazdu lekkim i przyjemnym. Niestety zdarzyła się i taka atrakcja jak trzęsienie ziemi. Rodzice spokojnie leżeli w łóżkach podczas dygotania kubków na stole, wytrzymali nawet spadające torby z pawlacza, ale przy huśtającym się żyrandolu tato nie wytrzymał i złapawszy walizkę w slipach wybiegł przed ich tani hotel. Ukochana żona została w epicentrum niczym słup soli. Po czasie tato tłumaczył się głupawo:
-Przecież wiedziałem, że najbardziej Ci zależało na tych ciuchach z Mediolanu w walizce !
Mama wycedziła w swoim stylu odpowiedź :
- W trumnie to akurat mi jest wszystko jedno !

PS. Ukochana Teściowa i Zięć, ubiory z lat 70-tych ubiegłego wieku.


wtorek, 6 września 2016

LOVE, LOVE ME DO

Miłość mojej babci, Zofii, do dziadka Kazimierza była wielka, ale nie aż taka jak do pobytów w sanatorium. Babcia, zdrowa jak za przeproszeniem byk, nieustannie korzystała z ofert uzdrowiskowych, bo:
bolała ją noga prawa po przejściu 40 km w górach, dostała zadyszki po wejściu schodami na szczyt Pałacu Kultury ( ani chybi gruźlica ), nie mówiąc już o uporczywej bezsenności- babcia zasypiała dopiero o północy, wcześniej chrapiąc przez kilka godzin przed telewizorem. Okresowo dochodziły problemy gastryczne, szczególnie po spożyciu kilograma śliwek zapitych kefirem.
Zrozumiałe jest więc, że babci Zofii sanatorium należało się jak psu kość. Tam  natychmiast nabierała kondycji, niefrasobliwie flirtując (" bo przecież ja wiem, że nie myślę o niczym niemoralnym, nie to co Kazik na wczasach ! " ). W roku 1983 po raz pierwszy trafił się babci Ciechocinek, tymczasem dziadek pozwolił sobie na poważną chorobę miesiąc przed wyjazdem żony, a choroba szpiku okazała się na tyle poważna, że umieszczono go w szpitalu. Wierna i kochająca małżonka odwiedzała męża codziennie, im bliżej turnusu w Ciechocinku tym bardziej nerwowo. Tydzień przed planowanym wyjazdem, kiedy dziadek na sterydach nadal nie wracał do formy, babcia poskarżyła się mojej mamie :
- No niech ten Kazik się decyduje, zdrowieje albo umiera, ale to już, bo sanatorium przepadnie !

PS 1: poniżej zupełnie bez związku z tematem zdjęcie z letniego wypoczynku w czasach studenckich  czyli 1989 rok
PS 2: kompletnie nie rozumiem, dlaczego mam skarpety i sandały, widocznie było zimno...jak to nad jeziorem :p




wtorek, 30 sierpnia 2016

SMASH MOUTH

Zaczynając pracę w firmie farmaceutycznej zapragnęłam być kobietą luksusową. Wszystkie znane mi przedstawicielki, nierzadko spotykane w placówkach opieki zdrowotnej, były zgrabne  i zadbane
( kilkucentymetrowe tipsy, którymi elegancko stukało się w ulotkę, były standardem ). Większość była młoda, a nieliczne stare nosiły dyskretne ślady profesjonalnej konserwacji. Kiedy wchodziły do przychodni na wysokich obcasach, brzęcząc breloczkami przy kluczykach od fury i rozmawiając przez wypasione komórki ( żeby nie wdawać się w prymitywne kłótnie z pacjentami ), wnosiły ze sobą powiew wielkiego świata. Moja była firma nie miała co prawda bardzo wysokich standardów dotyczących wyglądu pracowników, inaczej ani ja z wyglądem spaniela, ani moja towarzyszka Jadwiga z wyglądem pieczarki nie przeszłybyśmy przez sito rekrutacji, ale jakieś normy estetyczne jednak trzeba było spełniać. Obie z Jadźką zainwestowałyśmy więc w szpilki, które rewelacyjnie uwypuklały nasze halluksy, i kostiumy z obcisłymi spódnicami, która to kreacja rozdarła mi się przy rozporku przy pierwszym , zamaszystym wysiadaniu ze służbowego auta. Po dodaniu subtelnego makijażu ( brwi Breżniewa, usta glonojada ) poczułam się kobietą atrakcyjną, a przede wszystkim- w wieku prawie że nastoletnim. Swój nowo nabyty urok postanowiłam wypróbować na pierwszym, spotkanym pod gabinetem, męskim przedstawicielu. Nic tak nie rozluźnia atmosfery jak dowcip, toteż pozwoliłam sobie na opowiedzenie kilku przednich bon motów, przy których obydwoje roześmialiśmy się szeroko. Po tak udanym flirtowym początku nadmieniłam, że dopiero zaczęłam pracę w firmie
 ( czytaj : ledwo skończyłam studia, a nie dawno pożegnałam trzydziestkę ), na co kolega elegancko odpowiedział :
- No to późno zaczęłaś robić w tym biznesie, bo chyba masz koło czterdziestki.
Widząc moje spojrzenie zranionej łani i agresywnego myśliwego w jednym uściślił :
- Tak sobie wyliczyłem, bo jak się śmiałaś widziałem amalgamaty, a takie plomby robiono w latach 70-tych !

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

KTO SIĘ BOI DOROTY B. ?

Co by nie mówić to jestem osobą przywiązaną do tradycji. Żaden smartfon ( srajfon ) nie przebije w moich oczach aparatu z bakelitu ze sznurem z ebonitu. Prasując nienawistnie modne, pogniecione jak po wyjęciu psu z gardła, lny wspominam z rozrzewnieniem sukienki non iron, spodnie z bistoru z wzorem jodełkowym czy spódnice z krempliny, nie mnące się nawet po wielokrotnym klękaniu w kościele. Wyjmując z kozaczków oziębione roztopionym śniegiem nóżki łza mi sie w oku kręci na myśl o Relaksach w kolorze starego srebra, na które żadnego faceta poderwać się nie dało, za to przynajmniej było ciepło.
Natomiast moja mlodsza o lat 17 koleżanka Dorota jest osobą na wskroś nowoczesną, a jej przyjaciele to osoby piękne, młode i ze smakiem odziane...za wyjatkiem mnie i Arka. Arek z Zamościa, przeflancowany na krakowski grunt, odżywia sie wyłącznie produktami typu vintage, wyżebranymi od znajomych ekspedientek po upływie wszelakich dat ważności. Nie gardzi spożyciem własnoręcznie badanego w pracy, w kierunku włośnicy, mięsa. Odzienia Arkadiusza mają nie mniej niż ćwierć wieku, są też często zamieniane z kilku sztuk na jedną patchworkową  za pomocą maszyny do szycia marki Singer z odzysku. Niejeden raz Dorota była podstępnie upijana przez kolegę do nieprzytomności spirytusem wyniesionym przez Arka z pracy po to, by podczas jej pijackiego snu mógł bezkarnie opróżnić lodówkę ( bywało, że i lód zabierał ), a jako sąsiad miał blisko i wygodnie. Zarabiane przez siebie duże pieniądze kolega odkładał na nieznane, nawet jemu, bliżej cele.
Oczywistą więc rzeczą było, że gdy przyjechalam do Doroty w odwiedziny w dżinsach nabytych przed wojną w Jugosławii, zakupy nie będą mi oszczędzone. Po kilku godzinach i trzech stówkach posiadłam najnowsze spodnie marki Levis, które natychmiast po powrocie kazano mi założyć. Poprzednie, przywiezione z RFNu, Dorota osobiście wyrzuciła do śmietnika przed blokiem. Taki zakup wymaga oblania, toteż większość sąsiadów zasiadła do spożycia, kiedy do lokalu wkroczył dumny Arek :
- Zobaczcie dziewczyny, jakie zajebiste spodnie sobie zorganizowałem !
Moje dżinsy z epoki socjalizmu trzymały się świetnie ugarnirowane obierkami z ziemniaków i ogórków.

sobota, 13 sierpnia 2016

BIELSZY ODCIEŃ BIELI

Jako żem typową kobietą to i śluby interesujące dla mnie są i pouczające. Najbardziej oczywiście mój własny ślub ćwierć wieku temu, który był uroczym wstępem do rychłego ( bo po niecałym roku ) rozwodu. Wyszłam jednak z założenia, że będzie, jak będzie, a ślub i wesele raz w życiu mieć warto i być potem rozwódką, a nie panną z domyślnym przymiotnikiem stara. Wszystkie znaki na niebie i ziemi uświadamiały mnie, że błędną decyzję podjęłam, bo pomijając oczywisty fakt, że pan młody był idiotą i jedyną książką, jaką przeczytał, była " Technologia obróbki skrawaniem ", to i natura tak zwana martwa robiła wszystko, żeby się nie udało. Materiał na sukienkę, przybyły z ZSRR, był o metr za skromny rozmiarem i zamiast fantazyjnej, marszczonej bluzeczki krawcowa zdołała jedynie wykroić obcisły gorsecik zapinany na rzepy. Rzepy kupione były do kurtki męża pani krawcowej, który w  białym, schludnym ubraniu jako członek SB uczestniczył we mszy papieskiej celem inwigilacji w 1987 roku. Tenże element klejący efektownie się podczas klękania przed ołtarzem rozkleił i tylko silny cios pięści mojej druhny w moje plecy, celem zaklejenia dziury, uratował uroczystość. W suknię zresztą zaplątałam się zarówno przy wejściu, jak i przy wyjściu z kościoła, co poskutkowało obszarpanymi ubytkami w tkaninie.  Przy tych wszystkich wpadkach bukiet z białych lilii, symbolu niewinności panny młodej z półrocznym dzieckiem, które zgniły podczas wesela i kunsztownie śmierdziały,  był oczywistą oczywistością.
Nie dziwić więc powinien fakt, że na śluby przyjaciół, znajomych i rodziny uczęszczam chętnie z mściwą satysfakcją, a kilka lat temu miałam prawdziwy urodzaj. Wręczanie kwiatów od paru lat zostało uznane za bezsensownie kosztowne i niemodne, przeróżni państwo młodzi zażyczyli sobie wina, kuponów totolotka i, kilku zwierzolubów, karmy dla psów ze schroniska.
Zakupiliśmy zatem z moim atrakcyjnym weselnym towarzyszem wór kilkukilogramowy ekskluzywnej karmy znanej firmy ( nie płacą, to nie reklamuję ) i pojechaliśmy na wesele wspólnych znajomych. W kolejce do składania życzeń przed kościołem byliśmy z siebie dumni, bo inni goście z niewielkimi siateczkami stali, a mój ślubny partner uginał się pod ciężarem wora, którego w nic opakować nie daliśmy rady. Nie straciliśmy kontenansu nawet wtedy, kiedy ujrzałam stojącą obok Młodych Starszą oglądającą kolejną butelkę ofiarowanego wina. Dopiero przerażona mina nowożeńców i komentarz :
- Ale my nie mamy żadnych zwierząt !
uzmysłowił nam, że to nie TEN ślub :)

A dla koneserów : ja i radziecki welur poniżej ( pan młody brutalnie wycięty ze zdjęcia )



poniedziałek, 8 sierpnia 2016

KOMEDIA POMYŁEK

Nigdy nie zwracałam uwagi na zawartość mózgową mężczyzn w których się zakochiwałam, nic więc dziwnego, ze głupki lgnęły do mnie jak muchy do lepu. Prawdę mówiąc nie zwracałam i zbytniej uwagi na ich walory fizyczne, toteż wielu mam w portfolio kurdupli, niedomytych pseudo-hipisów, bezzębnych trolli itepe itede. Jeden detal nie podlegał dyskusji: brak włosów dyskryminował gościa na starcie i nigdy w swym bogatym życiu zewnętrznym nie zhańbiłam się nawet pocałunkiem z łysym.
Natomiast każden jeden włochaty, jeśli na dodatek był alkoholikiem, gwarantował mi bogactwo pożądanych przeżyć.
Nic dziwnego , że przeoczyłam subtelne uczucie, jakim obdarzył mnie kolega z pracy Paweł, albowiem mył się, nie nadużywał, zarabiał na własne potrzeby i nie prosił mnie o tradycyjne 10 złotych na 200 mililitrową flaszkę, włosy miał marne i nawet nie był żonaty. Nigdy żaden człowiek pozbawiony konstruktywnych wad w życiu się we mnie nie zakochał, toteż byłam podejrzliwa i czujna jak gajowy w puszczy. Czas mijał, kolega się nie skompromitował, a nawet zaprosił za własne pieniądze na wycieczkę krajoznawczą w okolice Kazimierza, akurat w weekend uroczystości rodzinnych. Nie mogłam zaprzepaścić okazji pogłębienia znajomości z inteligentnym kolegą, pasjonatem literatury ( co oznajmił mi po kilku dniach wspólnej pracy ), toteż wobec rodziny stanęłam okoniem. Nękana wyrzutami taty, że " nie wypada sobie jechać ", bo " co rodzina i ludzie powiedzą " napisałam do Pawła rozpaczliwego smsa:
- Boże, sami Dulscy wokół mnie !!!!!
Miłośnik prozy prawie natychmiast mi odpisał :
- Nie wiem, kim oni są, ale na pewno ci zazdroszczą !

PS. dla Miśki mój Morten :)

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

LET THE SUN SHINE

 W okolicach 80-tki mój tato postanowił zostać hipisem. Polityka bardzo go rozczarowała postanowił więc krzewić wokół siebie  miłość i spokój. W zasadzie ten spokój niekoniecznie osiągnąć mógł człowiek z jego charakterem, ale tato przynajmniej próbował  śpiewając w złości nie hard-rocka a przeboje Sacrosongu. Rodzina też postanowiła mu ułatwić przemianę z wilka w barana nie reagując na nieskorelowane z kalendarzem religijnym wściekłe wykony- zimową porą najczęściej pieśni o zmartwychwstaniu, w okresie kolęd zaś hit " Pan Jezus już się zbliża ". Wiadomo, że kiedy tato nuci " Czego chcesz od nas Panie, za Twe hojne dary ", to lepiej zejść mu z drogi i się nie wychylać, a o pieniądze najlepiej prosić, gdy spod prysznica rozlega się  " Maryjo, królowo Polski ".
Aby do trendu duchowego dostosować wygląd tato zakupił nawet rzemienne sandały, ale ponieważ nie był w stanie zrezygnować ze skarpet, pomysł wystawienia stóp w kierunku natury z żalem zarzucił.
Jako pełen pozytywnych uczuć hipis tato wbił się w kolejkę do ortopedy bez kolejki, na zarzuty oczekujących karnie w ogonku staruszków odpowiedział zaś z uśmiechem biblijnego proroka:
- Proszę mnie pocałować w dupę !
Miłością  do świata i ludzi, rozbudzoną w sobie na stare lata, tato postanowił podzielić się z innymi klientami salonu fryzjerskiego, który regularnie odwiedza celem podcięcia loków i przydatków.
Pochwalił kierowniczkę salonu, że zamiata włosy z terakoty, bo " można się wypierdzielić ", klienci posłuchali też wywodu taty na temat wyższości salcesonu nad pasztetową ( pasztetowa przypomina bowiem tacie jelito wypełnione treścią ), jednak podczas przekonywania siedzącego obok pana, że warto podcinać włosy w nosie, bo kozy się nie przyklejają, pani z dzieckiem wstała i dobitnie rzekła :
- Jak się pana słucha, to rzygać się chce !
Hipis z radością skomentował: naturalia non sunt turpia, i rozsiadł się na fotelu pokazując fryzjerce dziury w nosie do depilacji.

poniedziałek, 25 lipca 2016

NA USTACH GRZECHU

Życie w akademiku było tak pełne wrażeń kulturalno- oświatowych, że wspominam je do dzisiaj. Nic to, że mieszkałam i studiowałam w Lublinie- dzięki obietnicy dzielenia się stypendium i dostarczania wyżywienia z domu wkręciłam się na waleta do pokoju rozrywkowych koleżanek z roku.
Akademik w tamtych czasach był strzeżony przez kobietę pełniącą rolę odźwiernej  (po 22 ) i strażnika moralności : żadnych mężczyzn i alkoholu wieczorami, a wiadomo, że studentki wydziałów medycznych bez wyżej wymienionych składników uczyć się nie bardzo mogą.
Mężczyźni zatem wchodzili do pokoju 102 o przyzwoitej godzinie, a transportem kontenera piwa Perła zajmowałam się z reguły ja, jako posiadaczka solidnego plecaka ze stelażem. Bóg czuwał nade mną i umiejscowił moje towarzystwo w lokalu na pierwszym piętrze, ponieważ pewnego pięknego dnia po prostu odpadłam od piorunochronu z plecakiem pełnym butelek i rymnęłam na plecy jak pijana biedronka. Ukochani koledzy i bliskie memu sercu koleżanki natychmiast wychylili się z okna wołając : Stłukło się ????!!!!!!
Mimo rozrywek prymitywnego autoramentu od czasu do czasu ruszało nas sumienie, szczególnie mocno w czasie wizyty Papieża-Polaka. Ja i moje trzy najbliższe koleżanki nabyłyśmy bilety na mszę w Radomiu, przedtem postanawiając oczyścić się z grzechów podczas spowiedzi w najbliższym kościele. Pierwsza poszła Ania, następnie druga Ania, na końcu ja. Ledwie uklęknęłam pokornie i wyrzekłam : Chcę wyznać swoje grzechy........
gdy ksiądz lekko znudzonym tonem mi podpowiedział :
- Cudzołóstwo i pijaństwo ?

poniedziałek, 18 lipca 2016

BĘDĄC MŁODĄ MĘŻATKĄ.....

Dawno, dawno temu myślałam, że wszystkie małżeństwa są szczęśliwe i bezkonfliktowe...z wyjątkiem tych zawieranych w mojej rodzinie. Upodobanie do awantur domowych lub zjadliwego sarkazmu przejawiali nie tylko wszyscy moi dziadkowie ( że o rodzicach nie wspomnę ), ale szerokie grono ciotek i wujów.
Ot, chociażby ciotka Danuta i jej mąż, Lucjan,
 stanowili wybitny przykład udanego połączenia sadyzmu z masochizmem. Kiedykolwiek wuj Lucjan coś bąknął podczas rodzinnych spędów, jego małżonka natychmiast przerywała mówiąc dobitnie głosem wieloletniej nauczycielki w technikum budowlanym:
- Luciu, skoro nie masz nic mądrego do powiedzenia, a nigdy nie miałeś , to po co się odzywasz ?
Rzeczony Lucio milkł natychmiast, a swojej żonie sprzeciwił się tylko raz- kiedy ośmielił się umrzeć pierwszy.
Największym despotyzmem wobec bliskiej rodziny charakteryzowała się jednak moja druga babcia, Teresa, która uległość objawiała wyłącznie ( co stwierdziliśmy na podstawie odkrytych po jej śmierci przekazów pocztowych ) wobec ojca Tadeusza. Aby wprowadzić swoje plany w życie babcia nie lękała się niczego i pewną ręką poprawiła datę w swoim akcie urodzenia, aby bez wstydu poślubić młodszego od siebie o 5 lat Manieczka, mojego dziadka.
Babcia, według własnej opinii słabego zdrowia i rzeczywiście, nie dożyła setki umierając w wieku 98 lat, zażywała co kilka dni sercowe lekarstwo czyli kielich napełniony jarzębiakiem dosłodzonym łyżeczką cukru, która to łyżeczka w cudowny sposób zamieniała wódę w miksturę. W każde święta żegnała się z resztą rodziny przed swoim niechybnym położeniem się do trumny i zaprzestała dopiero, kiedy przy wigilijnym stole ostaliśmy się oprócz niej jedynie ja i mój tato.
Dziadek, przy umierającej babci żelaznego zdrowia, zmarł co prawda zaraz po wojnie na zawał, ale to tylko dlatego, że, według babci, chciał bo nie lubił komunistów . W trakcie wywożenia Polaków z Drohobycza, co odbywało się przeważnie nocą, babcia Teresa nieustannie przemierzała pokój patrząc w okna i robiąc wyrzuty mężowi :
- Jak ty Maniuś możesz spać jak trup, kiedy ruscy mogą po nas przyjść !
na co dziadek, realista, odpowiadał:
-Teresa, jak przyjdą, to Cię na pewno obudzą !

poniedziałek, 11 lipca 2016

WILK Z WALL STREET

Z moją przyjaciółką Violettą różni mnie praktycznie wszystko - ona jeden mąż, ja niby też jeden były mąż, ale niby- męże mi się rozmnożyli. Ona mówi prawdę zawsze, ja zawsze nieprawdę. Ona jest chuda
( chociaż widzi gdzieś wirtualne wałki-zwałki tłuszczu ), a ja chuda inaczej. A przede wszystkim jest młodsza i to nie klimakterium  zmienia jej nastrój dziesięć  razy dziennie ( jak mnie ), tylko wrodzona kłótliwość  :p i wrażliwość.
Połączyła nas  miłość do medycyny estetycznej i ciężka praca przedstawiciela firmy farmaceutycznej.
Połączyli nas także lekarze, których wspólnie odwiedzałyśmy i którzy obdarzali nas sympatią. Wśród nich wyjątkowo serdeczny był emigrant z Pakistanu, lekarz rodzinny pracujący jednocześnie w kilku wioskach, roztaczający wokół siebie energetyzująca woń olejków eterycznych. Początkowo współczułyśmy mu serdecznie z powodu śmierci matki, dopóki nie ustaliłyśmy, że nasz doktor jeździł na jej pogrzeb dwukrotnie w kilkuletnich odstępach czasu. Kilkakrotnie oblane przez naszego sympatyka egzaminy, z powodu nie nadążania z tłumaczeniem tekstu z polskiego na hindi i z powrotem, też wzbudziły w nas ciepłe uczucia. Nic dziwnego, że kiedy pan doktor przywiózł mi z podróży w rodzinne strony haftowany portfelik, moja przyjaciółka zżółkła z zazdrości, szczególnie, że się wszem i wobec pakistańskim, oryginalnym rękodziełem chwaliłam.
Nie minęło kilka miesięcy i nasz adorator znowu na jakiś rodzinny pogrzeb pojechał, być może matki po raz trzeci, ale tym razem prezent gustowny mojej przyjaciółce był przywiózł.
Violetta ze wzruszeniem zaprezentowała mi kunsztownie wykonane, być może z jakowegoś egzotycznego drzewa, drewniane puzdereczko z delikatnie wyrżniętym wzorem, jak to określił nasz pan doktor ; " prosto z rodzinnych stron ".
We wnętrzu  pudełeczka ujrzałyśmy przyklejoną skromną etykietkę z napisem : wszystko za 4,50 zł.

poniedziałek, 4 lipca 2016

SLIPY A SPRAWA POLSKA

W moim rodzinnym domu tradycja rzeczą świętą jest, dlatego pewnych nawyków i przyzwyczajeń nie zmieniamy nigdy. Niezależnie od mody, wygody i pory roku, moja babcia, Zofia, zawsze nosiła nylonową halkę, zwykle ukrytą pod odzieniem wierzchnim, a na działce, podczas plewienia grządek, prezentowaną postronnym obserwatorom w całej krasie. Dziadek Kazimierz, nie powiem, że od urodzenia, bo nie pamiętam,  ale na pewno w czasie, kiedy byliśmy razem na tym świecie, nieodmiennie zasłaniał łysinę w zimie kaszkietem z nutrii, typowym dla emerytów drugiej połowy XX wieku. Kaszkiecik był kompletem z jesionką obszytą również nutriowym futerkiem; w lecie królował tzw. pierożek czyli coś a la wojskowa furażerka generała Pattona na pustyni, natomiast plażę dziadek zdobywał w chusteczce do nosa na głowie, zapętlonej w supełki na czterech różkach. Nawyki przeszły na kolejne pokolenia i tak wespół z moją mamą nosiłyśmy w okresie wrzesień-maj dwie pary majtek, jedne zwykłe, a drugie pancerne, do kolan, przeważnie z flaneli- z powodów nieznanych.
Dlaczego jednak zięć moich dziadków, czyli mój tato, człowiek obcy rodem, odziedziczył tego typu fanaberie-  nie wiadomo.
Faktem jest natomiast, że krój i fason gaci mojego taty nie uległ zmianom od czasów Gomułki, a nawet Bieruta. Przede wszystkim żadne bokserki, a tylko i wyłącznie slipy z rozciągliwej bawełny, ulegające workowatym odkształceniom w miarę upływu lat. Preferowany kolor śnieżna biel ( przy zakupie ), dopuszczalny ewentualnie dyskretny wzór, na przykład mewy na tle morza. Toteż byłam wielce zdziwiona przy wywieszaniu prania , gdy w ręce moje wpadły, owszem, slipy, z rozciągnięta gumką, natomiast w kolorze wściekłej czerwieni z diabełkiem z tak zwanego przodu. Syn stanowczo odrzucił propozycję schowania tychże majt do swojej szafki, ponieważ nosi tylko i wyłącznie luźne bokserki. Córka , z powodu męskiego charakteru również podejrzewana o noszenie męskich niewymownych, również stwierdziła, że to nie jej. Pozostał tato, któremu to figlarne gatki podrzuciłam na półkę ..i był to mój życiowy błąd.
- Proszę mi nie dawać do noszenia cudzych majtek ! - zagrzmiał ojciec, machając nimi przed nosem całej rodzinie przy obiedzie. Próbowałam się bronić za pomocą faktów : żadne z dzieci takiej wielkiej bleizny , na dodatek w tym fasonie, nie nosi.
- No to wobec tego to twoje !- tato przypisał mi noszenie diabełka z różkami na łonie.
-A jak nie twoje- dokończył- to widocznie z pracy przyniosłaś ! Wiadomo, jak się w tych firmach pracuje ! ;p

poniedziałek, 27 czerwca 2016

OSZUKAĆ PRZEZNACZENIE

Wycieczki krajoznawcze samochodem z moim tatą zawsze są źródłem poważnych przeżyć emocjonalnych. Tato, mimo iż jest praktycznie ślepy, a ja  niedowidzę tylko na jedno oko, stara się być w czasie jazdy moim psem przewodnikiem. Żeby jeszcze komunikaty drogowe wygłaszał kojącym głosem Krzysztofa Hołowczyca z nawigacji, który prawie że mnie usypia swoim: za- pięćset-metrów- skręć- w- lewo. O nie, tato ryczy jak zarzynane zwierzę : ZNAK ! ( co oznacza znak drogowy w polu widzenia ),  PIESZY ! ( czyli człowiek kroczący spokojnie po chodniku ). Co kilometr jestem ostrzegana przed policją, która być może, nawet jeśli jej nie ma, lub przed spadającymi w czasie burzy na samochody pniami drzew ( słońce świeci, ale ostrożność nie zawadzi  ). Oczywiście nie tylko ja prowadzę- ojciec, trzymający się kurczowo pałąka nad drzwiami, hamuje nieistniejącym po jego stronie samochodu pedałem,  a nawet posuwa się do trąbienia w moim imieniu...niekoniecznie z sensem . Kwestią czasu jest sięgnięcie przez tatę po hamulec ręczny, oby nie na lodzie i nie przy prędkości 140 km/h.
Jadąc ostatnio przez urokliwe Podkarpacie, gdzie lasów mnogość  w płody obfitych, mijaliśmy co kilkaset metrów osoby różnej płci handlujące darami puszczy. A to babcia ze słoiczkiem pełnym kurek stała, a to wnuczek z jagodami. Tato zapałał chęcią nabycia jagód i wspomożenia groszem sprzedawcy, ale żaden nie wydawał mu się godzien zrobienia u niego zakupów. Wreszcie daleko od Rzeszowa tato ujrzał handlujące na poboczu dwie panie, osłaniające się przed palącym słońcem parasolką, młode aliści znużone i zdecydował : stajemy ! Kierowca posłusznie stanął, a pasażer z portfelem w ręku wysiadł pytając grzecznie : po ile ?
Pani brunetka podeszła ochoczo, oceniła wzrokiem kontrahenta i orzekła :
- Jak z panem to 50 !

poniedziałek, 20 czerwca 2016

DIABEŁ UBIERA SIĘ U PRADY

Mole w mieszkaniu moich dziadków były na  tak zwanym porządku dziennym. Każde rodzinne posiedzenie przerywane było klaskaniem w dłonie..tak jakby usunięcie jednego osobnika z tego świata miało wpływ na cała subkulturę zasiedlającą babcine szafy. Woń naftaliny była zatem, ze zrozumiałych względów, dominująca w tym mieszkaniu. Z szaf tych, co pewien czas, moja babcia, Zofia, wyciągała jakieś cudo, najczęściej ażurowe na skutek molowej działalności i pachnące upojnie naftaliną, którym obdarowywała wybranego losowo członka najbliższej rodziny.
I tak mój tato dostał swego czasu parę z lekka pożółkłych kalesonów nieznanego pochodzenia, zawiązywanych w kroku na troczki ( krok ten, nawiasem mówiąc, był jeszcze bardziej przyżółkły niż reszta bielizny ). Zimową porą babcia konsekwentnie sprawdzała, macając zięcia po nogach i podwijając mu nogawki spodni, czy te cudowne kalesonki są noszone.
Szyty na wymiar w Sopocie biustonosz ( dodajmy, że na wymiar babci ) otrzymała moja mama po mastektomii wraz z niefrasobliwym komentarzem własnej matki, że skoro już nie ma biustu to nieważne, jaki stanik ma rozmiar miseczek.
Ja, będąc w nastoletnim wieku we wczesnych latach 80-tych, zamarzyłam o tureckim, haftowanym kożuchu  i ośmieliłam się to marzenie przy dziadkach wyartykułować. Po niedługim czasie babcia obdarowała mnie jesionką w zielono-różową kratę, ugarnirowaną szarym barankiem ( mole niejeden posiłek z niego sporządziły ). Ponieważ płaszczyk nie tylko sięgał mi do połowy łydek, ale był na dodatek szeroki jak kanał La Manche, do kompletu dostałam góralski pas z brzęczącymi parzenicami, z wyrżniętym z tyłu napisem : Morskie Oko 1963.
W przepasanej jesionce poszłam kilkakrotnie do liceum i wpadłam w czarną rozpacz. Nawet pocieszające słowa własnej matki, ze mam swój styl i jestem oryginalna jakoś mnie nie przekonały, szczególnie, ze to samo mama mi mówiła, kiedy fryzjer ostrzygł mnie praktycznie na łyso
( miało być " po męsku " )
Z pretensjami i żalami zwróciłam się więc do babci Zofii, która nie kryła swojego oburzenia i zdziwienia .
- No wiesz- obruszyła się- jak ja w tej jesionce przyszłam na seminarium na studiach, to wszystkie koleżanki mi zazdrościły i prosiły o adres krawcowej !
To był rok 1934 .

poniedziałek, 13 czerwca 2016

JESTEŚMY NA WCZASACH

Post dla Violetty...a nuż się ujawni ?????

Jakie by nie prymitywne warunki panowały w czasie letniego wypoczynku, moja babcia, Zofia,  i dziadek Kazimierz czuli się zobowiązani do spędzenia części lata poza zasobnym w wygody domem, na dodatek zabierając  ze sobą wnuczkę, czyli mnie.
Co z tego, że w Lublinie mogli się kapać codziennie...w czasie wakacji preferowali Krynicę , gdzie najczęściej dziadek, zaopatrzony w mydelniczkę, korzystał z fal morskich, dzięki którym nie tylko przemywał spocone pachy i łysinę, ale nawet robił szybką przepierkę slipek. W okolicach Gdańska woda ciepła co prawda była, ale tylko w okolicach godziny 17 pod ośrodkowym prysznicem, podzielonym drewnianym przepierzeniem na część męską i żeńską. Okrzyki ponad barierą z desek typu : Stefan, mydło dawaj, mydło! Jadwiga, szampon podaj do cholery jasnej !- do dzisiaj dźwięczą mi w uszach, a stado umytych wczasowiczów, wczesnym popołudniem rozbiegających się w piżamach po ośrodku wypoczynkowym, mam często przed oczami, szczególnie, gdy w radiu leci śpiewany podczas ablucji chóralnie przebój " Parostatkiem w piękny rejs ".
Bogiem, rozdawcą łask i dóbr wszelakich, był oczywiście kierownik ośrodka...na jego skinienie można było zamienić szóstą zmianę posiłkową, czyli lodowatą zupę i zdębiałe ziemniaki, na zmianę pierwszą, charakteryzującą się w miarę świeżym jadłospisem. Nic dziwnego zatem, że większą część wakacyjnego bagażu zajmowały dary w naturze dla pana kierownika, będące najczęściej wcześniejszymi darami od wdzięcznych pacjentów dla mamy.
Jako dziecko dość otyłe, na dodatek w okularach ze szkłami typu denka butelek po oranżadzie, i z miernym owłosieniem na wielkiej głowie, nie byłam nigdy ulubienicą wczasowiczów, w odróżnieniu od pewnej małej Mulatki, która stała się niekwestionowaną gwiazdą turnusu w Krynicy w 77. Dziewczynka przebywała na wczasach z mamą, blondynką o jasnej cerze i z równie jasnoskórymi dziadkami, co moją babcię, Zofię, doprowadzało do szału z ciekawości, kim jest tajemniczy ojciec dziecka. W końcu przełamała wrodzoną nieśmiałość :p i ktoregoś dnia przy obiedzie zapytała kulturalnie mamę małej gwiazdy :
- Przepraszam, czy pani mąż to Murzyn ?
Kobieta zdębiała jak podane właśnie na talerzu kartofle i odparła z wymuszonym uśmiechem :
- Mój mąż jest Polakiem !
Babcia Zofia postanowiła uściślić fakty i drążyła temat dalej :
- Ale z pochodzenia jest Murzynem ?
Cała sala wczasowiczów czekała z napięciem na odpowiedź, która w końcu padła :
- Tak, mój mąż jest polskim Murzynem !
Babcia Zofia nie odpuszczała nigdy i do niej należało ostatnie słowo :
- Ale jest czarny ?
Tu wkroczył dziadek Kazimierz, zniesmaczony uporem żony, i zakończył temat stwierdzając niefrasobliwie:
- Czarny czy biały, najważniejsze, że ma śliczne brązowe dziecko ! :D

wtorek, 7 czerwca 2016

SYPIAJĄC Z WROGIEM part 2

Wyjazd na wczasy był, w okresie realnego socjalizmu, niemałym logistycznym wyzwaniem. Rodzina z reguły upierała się co do pobytu nad polskim morzem, najlepiej w Sopocie, bo dużo turystów z NRD tam przyjeżdża i rzucają do sklepów Coca-Colę i kiełbasę myśliwską. W Sopocie również, w okolicy Monciaka, znajdowała się słynna w latach 70-tych pracownia biustonoszy, w której oczywiście moja babcia, Zofia, obstalowywała kilka cudeniek ze sztucznego jedwabiu z pikowanymi kopułami cerkiewnymi niemałych rozmiarów.
Do Gdańska z Lublina podróżowano oczywiście kuszetką...szczęśliwi posiadacze numerowanych miejsc mogli spać na trójpoziomowych pryczach, reszta koczowała na korytarzu, szczęśliwa, że w ogóle wsiadła i nie siedzi na sedesie.
Babcia była osobą zapobiegliwą i numerowane leżanki posiadaliśmy zawsze, prowiant w siatkach i słoikach i termosach również, a dla wygody podróżowania przez lata jeździł z nami nawet nocnik
( swobodnie opróżniany nocami za okno ).
My zatem, w składzie dziadkowie z ukochanym zięciem i wnuczką, kładziemy się w pachnącą ścierką pościel wagonu sypialnego, gdy tymczasem spragnione morza tłumy drugiego sortu zasypiają na tobołach w korytarzu. Dziadek Kazimierz, jako że zniósł pięcioletni pobyt w obozie jenieckim, umiejscawiany był zawsze na pryczy pod samym sufitem, babcia natomiast sypiała na parterze " bo blisko do ziemi " :). Budziła się też regularnie co godzinę w obawie przed złodziejami i zboczeńcami, toteż zobaczyła stojącego przy drzwiach dziadka i od razu wydała polecenie służbowe :
- Nie stercz tak głupio po nocy, Kazik, tylko kładź się ! - dla zachęty nawet robiąc miejsce obok siebie.
Nauczony karności małżonek natychmiast się położył i rozkosznie chrapał do rana.
Dziadek Kazimierz i mój tato, wstawszy o poranku, z niemałym zdziwieniem zauważyli obcego chłopa, śpiącego ( co prawda w wierzchniej odzieży ) obok ich żony i teściowej. Wygoniony z powrotem na korytarz facet, nawiasem mówiąc o imieniu Kazimierz, zamiast wdzięczności wkopał babcię na całego wykrzykując :
-Ta pani sama mnie zaprosiła, jak zajrzałem do przedziału !





PS. zdjęcie toksycznej Rodziny z 1976 roku: mama w kremplinie po lewej, tato w bistorze po prawej, w środku dziadek Kazimierz i jego żona, Zofia, z nieodłączną siatką w ręku ( a nuż coś rzucą ? )




wtorek, 31 maja 2016

SYPIAJĄC Z WROGIEM part 1

Zaiste nie wiadomo, jakiż to złośliwy palec losu połączył brata mojego taty, czyli wuja, i ciocię , noszących notabene baśniowe imiona Jaś i Małgosia. Ciocia twierdziła zawsze,że to wyjątkowa złośliwość natury postawiła na jej drodze " tego kurdupla ", który " chodził, chodził aż wychodził ". Wujo rzeczywiście wzrostem był zawsze mierny, obecnie wręcz przypomina wysuszonego smardza, za to umysłowo bogaty, acz milczący. Ciocia Małgosia natomiast, w opozycji do mężowskiego spokoju i wyciszenia, zawsze była osobą nadaktywną . Konflikty wręcz pchały się w jej ręce- a to sąsiad z balkonu obok został naturystą i ostentacyjnie wieszał wyprane gacie, kiedy ciocia zażywała świeżego powietrza, a to sąsiad z góry grał na akordeonie, co zmusiło ciocię do katowania sąsiada z dołu stukotem ortopedycznych drewniaków o 5 rano....dla równowagi w przyrodzie.
Na stare lata, kiedy zewnętrzni wrogowie powoli się wykruszyli, ciocia ruszyła do batalii wewnątrzdomowej. Skoro wujek zaczął być wielbicielem ojca Tadeusza i prenumeratorem Dziennika- jego żona natychmiast dokonała aktu apostazji. Mieszkanie zostało skrupulatnie podzielone - dlatego ciocia, władająca kuchnią, jest najedzona, za to prane w kuchennym zlewie bluzki nie wyglądają zbyt świeżo, wujek natomiast, jako dumny posiadacz łazienki, jest pachnący, za to wyniszczony i z anemią. Stojąca w korytarzu wspólna pralka, pozbawiona dostępu do wody, bo nikt nie chce swojego kranu użyczyć, służy od dawna jako ukryty zsyp na śmiecie.
Walka przeniosła się również w wymiar transcendentny - ponieważ grób rodzinny  kryje zwłoki teściowej, ciocia zapisała swoje " w celach użyteczności medycznej ".
Nic dziwnego, że ksiądz chodzący " po kolędzie " od pewnego czasu z lękiem przestępował progi mieszkania wujostwa, nie wiedząc, czy wojująca antyklerykałka na pewno jest spacyfikowana. Wuj starannie przygotował dzień wcześniej kopertę ze stosowna ofiarą, księdza w swojej tajnej kwaterze pokojowej przyjął i serdecznie ugościł podgrzaną na spirali herbatą. Po kilkudziesięciu minutach i obejściu reszty mieszkań ksiądz wrócił i w stanie wzburzenia pokazał wujkowi wyjęty z koperty banknot.
Ciocia Małgosia radośnie popijała Chivas Regal w swoim pokoju, kupiony za " ofiarne " pieniądze zamienione przez nią na banknot z Monopoly.

wtorek, 24 maja 2016

DR HOUSE, DR KILDARE I DR MUREK

Spotkanie człowieka realnego socjalizmu ze zgniłym Zachodem bywało przeważnie bolesne. W naszej siermiężnej rzeczywistości wiadomo było co do czego ....że lignina może być i papierem toaletowym i podpaskami, że malucha najlepiej odpalić za pomocą kija od szczotki, że upatrzona w sklepie bluzka nigdy " nie jest w pani rozmiarze ", a dezodoranty zakupione w Peweksie są w połowie puste, bo używają ich na co dzień panie ekspedientki. Tymczasem przysłane w paczce z RFNu coś o nazwie OB długo zaprzątało umysły całej mojej rodziny i dopiero pomysł taty, że są to zatyczki do uszu ze sznureczkami gwoli łatwego wyciągnięcia, spotkał się z zasłużonym poklaskiem. O spożyciu,tajemniczo umieszczonej w paczce orzeszków ziemnych, zawartości torebeczki z pochłaniaczem wody nawet i wspominać nie warto...nikt się nie struł.
W takich to okolicznościach przyrody moja mama pojechała na zjazd lekarski do Budapesztu, miasta traktowanego jak przedsionek zachodniej cywilizacji, i tamże po raz pierwszy spotkała się z tworami o nazwie firmy farmaceutyczne. Po powrocie wyjęła z torby wyszarpane na stoiskach prześlicznej urody długopisiki, karteczki z przylepcem, którymi namiętnie dekorowałam ściany, a wreszcie tajemnicze urządzenie na rączce, z jednej strony zębate. Pochyliliśmy się nad nim w nabożnym skupieniu, tato nawet zważył je kilkakrotnie w dłoni oceniając jako poręczne, a kolega mamy, ordynator ważnego oddziału w rodzimym szpitalu zauważył na rączce napis : ASPIRIN.
- I sprawa jasna - radośnie zdiagnozował urządzenie pan doktor, nomen omen Wiesław.
- Z reklamą leku przeciwzapalnego to musi być urządzenie do masażu !!!!
Chętnych w tym wiekopomnym 79 roku do masowania nie było, więc wyznaczono małoletniego ochotnika czyli mnie. Doktor Wiesław odpowiedzialnie potraktował mnie urządzeniem - najpierw ostro zębatym końcem, następnie wygładził częścią lekko podgumowaną.
I tak zostałam, chyba pierwszym w Polsce, pacjentem wymasowanym skrobaczką do szyb.

czwartek, 19 maja 2016

GHOSTBUSTERS

Bycie młodszym bratem takich indywidualności jak moja babcia, Zofia i jej siostra Halina ( urodzona Stanisława ) nie było łatwe. Aby przeżyć w trudnych, rodzinnych warunkach wuj Bolesław postawił na milczenie. Jakoś półgębkiem szkoły skończył, podczas ślubu wystarczało widocznie kiwnąć głową, a podczas nocy poślubnej to już mowa nie była mu do niczego potrzebna.
Z licznych odwiedzin wuja u mojej babci nie zapamiętałam co prawda żadnych wiekopomnych sentencji w jego wykonaniu, ale zauważyłam przedziwny sposób komunikacji z nadekspresyjną i despotyczną siostrą. Wuj Bolesław opanował trzy gesty praworęczne, za pomocą których udzielał wszechstronnych odpowiedzi : ruch dłoni a la samochodowa wycieraczka oznaczał przeczenie, wyciągnięta nagle dłoń- aprobatę, a uścisk , zaleznie od okoliczności, przywitanie i pożegnanie.
Będąc w wieku mocno dojrzałym moja babcia, Zofia, umówiła sie z wujem ( zaiste, nie wiem, w jaki sposób, może korespondencyjnie ), że kto pierwszy umrze nawiedzi we śnie to drugie i ze szczegółami opowie, jak to jest po drugiej stronie. Umowa została podobno zawarta " pod słowem honoru ".
Wuj Bolesław zszedł był pierwszy.
Babcia czekała...początkowo z nadzieją, potem cierpliwie, wreszcie nerwowo.
Kilka lat od zgonu minęło i osoba wuja Bolesława została zakazana w rozmowach, a podczas wspominania zmarłych w okolicach listopada babcia z niesmakiem machała ręką ( chyba, żeby brat w zaświatach dobrze ją zrozumiał ):
- Nie mówcie mi o Bolku ! Człowiek bez czci i honoru ! Ja, jak obiecam Kasi, że przyjdę po śmierci to przyjdę !!!
Obiecała....i tak od 26 lat, nie wypominając, czekam.

piątek, 13 maja 2016

GUSTA I GUŚCIKI

Dziadek Kazimierz, mimo despotyzmu swojej żony, Zofii, i jej niewiary w zalety duchowe, a przede wszystkim fizyczne męża, potrafił czasami narzucić swoje zdanie...szczególnie, gdy chodziło o nadszarpnięcie domowego budżetu.
Zaakceptował hodowlę dwóch kur w komórce ( potencjalnej łazience) na czwartym piętrze kamienicy w centrum wojewódzkiego miasta i zdania, mimo obsranych garniturów kościołowych, które w tej komórce wisiały, nie zmienił. Kury uznał za praktyczne rozwiązanie niedoborów mięsnych w dobie kryzysu.
Wybaczył również swojej żonie, Zofii, gromadzenie worków po nawozach sztucznych używanych na działce...może dlatego, że mycie worków w oparach Azofoski dostarczało niezapomnianych wrażeń narkotycznych. Kolekcja TAKICH worków zawsze się może do czegoś przydać...chociaż do śmierci dziadków została niewykorzystana.
Kupowanie przez babcię butów w niezliczonej ilości , jeżeli tylko je rzucili, też uznał za przydatne, chociaż babcia nabywała fasony i rozmiary jakie były, a nie jakie ktokolwiek w rodzinie nosił, niemniej sandały męskie rozmiar 48 z przodem z siatki albo filcowe wkłady do gumiaków w rozmiarze, dla odmiany, 33 mozna było traktować jako walutę wymienną.
Ale kupowania pierdół dziadek Kazimierz nie tolerował, a już na sztukę był szczególnie wrażliwy. Żaden jeleń na rykowisku nie łypał, ku mojemu żalowi, ze ściany, żadna figurka na wodę święconą z plastiku z odkręcaną główką nie miała szans, chociaż serce babci Zofii wprost lgnęło do tego typu rękodzieł przemysłowych.
Na wczasach w Krynicy Zdroju, w zamierzchłych czasach czyli latach 50-tych, babcia Zofia wypatrzyła biednego artystę prezentującego swoją twórczość na deptaku i tradycyjnie się zachwyciła, do tego stopnia, że ośmieliła się wyartykułować nakaz :
- Kup !
Artysta nieśmiało pokazał więcej swoich prac, a jego prostota wzruszyła babcię do głębi.
Dziadek omiótł dzieła spojrzeniem i zawyrokował :
- Na litość boską Zocha, takie bohomazy to ja w wychodku podczas posiedzenia ci namaluję ! I to za darmo !
Artysta z oburzeniem splunął, rysunki zabrał i na odchodne rzucił coś o prostakach bez gustu.
Dziadek na pociechę kupił babci poidełko na wody mineralne za 4 złote z komentarzem, że to to ładne,  proste i stylowe.
I tak dostałam po latach w spadku, oprócz worków po nawozach, dzbanuszek z porcelitu, a obrazki Nikifora szlag jasny trafił !

czwartek, 5 maja 2016

DUMA I UPRZEDZENIE

W zaawansowanym wieku, jaki ja już obecnie prezentuję, fizjologia zaczyna zajmować coraz więcej miejsca w umyśle i mowie. Człowiek przeciętny, czyli ja, bez krępacji dzieli się z osobami nawet płci przeciwnej problemami dnia codziennego - a to stolec jakiś nie tego, a to sie podsiknie przy kichaniu, że o zwykłych chorobach i smarkach nawet wspomnieć hadko.
W młodości zupełnie inaczej bywało...nawet, jeśli samemu korzystało się z ubikacji, to  nie dopuszczało się do siebie myśli, że On, ten jedyny i wymarzony, siedzi sobie na sedesie i się męczy.
Albo pierdzi w wannie.
Albo ma brudne slipy.
Wiele randek kończyło się gwałtownie, bo człowiek musiał lecieć do domu, albo w krzaki załatwić, co trzeba. Nie ominął ten problem i mojego kolegi Przemysława, który dojeżdżał do naszego wojewódzkiego miasta w celach edukacyjnych z małej wioseczki w okolicach Parczewa, miasta octu i musztardy. Jego licealna miłość pochodziła natomiast z familii górnej i chmurnej adwokatów i radców prawnych, któraż to familia niechętnym półokiem patrzyła na adoratora....nawet musztardę kupowali z ościennych wytwórni, a zamiast octu kwasili cytrynowym kwaskiem, tak im ten Parczew kością stał w gardle. Zrozumiałe jest zatem, że Przemysław denerwował się podczas wizyt, a że w tamtych czasach w grę wchodziły tylko spacery, szczególnie romantyczne w listopadowej zawiei, albo domówki, to z nadejściem jesieni preferował jednak przestrzeń zamkniętą. Oczywiście w najbardziej romantycznych momentach otwierały sie drzwi i wsuwała się ręka ze słoikiem, który trzeba było natychmiast otworzyć, albo też któreś z rodziców niezwłocznie musiało sprawdzić temperaturę na temometrze zaokiennym umieszczonym akurat w pokoju córki.
Do tego, że dramatycznie chce mu się siku, Przemysław w tym domu nigdy by się nie przyznał. Opcja sikania w donice odpadała z powodu obecności ukochanej w pokoju, pozostała inna możliwość : przymus umycia rąk. Przemysław pooglądał nerwowo dłonie przez kilka minut i poprosił o wskazanie łazienki, bo " jakoś tak mu się nieestetycznie lepią".
Został zaprowadzony do pomieszczenia gdzie, ku swojej konsternacji, zastał tylko wannę i zlew....kibelek w tym domu mieścił się w zupełnie innym miejscu. Przemysław dzielnie odkręcił wodę w zlewie w celach maskujących i  postanowił lać do umywalki ...jak mus to mus.
Teściowa in spe, prawdopodobnie lekko brzydząc się adoratora spod Parczewa, postanowiła przynieść mu ręczniczek do otarcia dłoni i, wiedziona kobiecą, niezawodną intuicją, zastała Przemysława z penisem w ręku, z ulgą sikającego do umywalki zalewanej strumieniem wody z kranu.
Jadowicie dobiła biedaka zdaniem :
- Zaraz panu pokażę sedes, panie Przemku, to ręce sobie pan umyje !

piątek, 29 kwietnia 2016

JANOWSKA MASAKRA PIŁĄ MECHANICZNĄ

Zwierzęta jakoś nie chowały się nigdy u moich teściów...nawet te najbardziej prymitywne jak, na ten przykład, muchy ścierwnice, padały jak rażone gromem pod celnymi ciosami Teściowej uzbrojonej w packę. Szczury zasiedliły piwnicę tylko raz...nakarmione przysmakami zmieszanymi z cementem rychło opuściły ten ziemski padół wynoszone osobiście przez matkę rodu za ogony. Króliki początkowo mnożyły się jak wściekłe, szczególnie, odkąd przyjechał na gościnne występy reproduktor od sąsiadów i w pół godziny obskoczył wszystkie panie, zarówno chętne jak i zajęte. Po pewnym czasie i matki, i potomstwo, zapadły na tajemniczą chorobę, podczas której oczy wyszły im z orbit, a ciało pokryły czerwone parchy. Wezwany weterynarz uznał, że choroba chorobą, ale mięso spożyć można jak najbardziej bez uszczerbku...i tak zaczął się u nas Rok Królika. Mimo ogólnego obrzydzenia w rodzinie żadne mięso innego gatunku nie było dozwolone do konsumpcji w myśl świętej zasady Teściowej :
-  No przecież nie wyrzucę !
Fakt, od jedzenia oparszałych królików jeszcze nikt nie umarł, czego sama jestem najlepszym dowodem. Co prawda Teść nie życzył sobie chorobotwórczych potraw i przed jedzeniem zawsze pytał:
- Czy TO w tym jest ?
ale nigdy nie uzyskał prawdziwej odpowiedzi.
Pies, ukochany Teścia owczarek "prawieniemiecki ", przeżył stosunkowo długo, bo zachorował licząc 6 lat i cichutko w nocy odszedł. Całe życie miał trudny charakter i, według Teściowej, i tym razem zrobił jej na złość, bo, zamiast umrzeć w domu, wszedł do budy, z której nie można było go wyciągnąć w pośmiertnym stężeniu. Buda została rozmontowana za pomocą piły.
Ponieważ ludność okoliczna zakopuje wszystko w lesie, wliczając w to stare bojlery i worki ze śmieciami, więc i zwłoki psie Teść zapakował w worek, umocował na bagażniku roweru Wigry 3 i pomknął z saperką do zagajnika. Z worka wystawały sztywne nóżki....i to one właśnie zaintrygowały leśniczego, który minął Teścia w lesie. Po krótkim pościgu zadane zostały wnikliwe pytania o gatunek przewożonego zwierzęcia. Teść bronił się dzielnie, odwinął nawet kawałek folii celem demonstracji i udowodnienia, że nie sarna to podstępnie zabita, a pies.
- A gdzie pan jedzie z tym psem ? -zaciekawił się leśniczy, bo w lasach janowskich na jednego grzyba przypada pięć zwłok zwierzęcych zakopanych i dziesięć worków z odpadami gospodarstw domowych.
- A z psem to na  spacer jedziemy ! - błyskotliwie wymyślił Teść.
Zwłoki do zagospodarowania dostałam, oczywiście, ja.

piątek, 22 kwietnia 2016

OGNIEM PIERNĄŁ, OGNIEM ŁYSNĄŁ

Głodny Owoc zna puentę, więc niechaj milczy !

Mój, znany z poprzednich postów tato, ma żołądek z żelaza i na tym organie jego odporność na bodźce się kończy. Zwoje umiejscowione poniżej, kilometrowych długości, są absolutnie nadwrażliwe, zasiedlone tajemniczą florą bakteryjną i strzelające focha w najmniej sprzyjających momentach.
Wielokrotnie studenci, słysząc podczas wykładów przedziwną kakofonię dźwięków, proponowali zakup pampersów albo chociaż kefiru i jogurtu z kulturami. Tato kultury i owszem, spożywa, ale do kondycji jego jelit spożycie ma się nijak. W sumie przez lata życia pogodził się faktem bycia człowiekiem z permanentną fermentacją...co nie znaczy, że zawsze i wszędzie lubi ten fakt eksponować.
Swego czasu grasował w okolicach parku akademickiego w naszym mieście zboczeniec, nie z tych  tradycyjnych ekshibicjonistow, znanych i lubianych w naszej dzielnicy, ale prawdziwy zboczony zboczeniec gwałcący. Nawet proboszcz poprosił okolicznych mężczyzn z psami o patrole obywatelskie w okolicach celem ochrony powracających studentek. Tato, jako obywatel, katolik i posiadacz owczarka niemieckiego, ochoczo w tych patrolach uczestniczył. Wybrałam się ktoregoś wieczora wiosennego i ja. Po obu stronach alejki, w otoczonych żywopłotem wnękach ustawiono ławeczki- dla romantycznych par i żeby zboczeniec miał się gdzie zaczaić. I właśnie w takiej alejce jelita się tacie dramatycznie zbuntowały, że- za przeproszeniem- pierdnął jak z armaty. Szelest żywopłotu uświadomił mu, że być może ktoś jest w okolicy.... więc tato, na wszelki wypadek , na cały głos skarcił psa :
- Bari- bo tak miał nasz owczarek na imię- byś się wstydził !!!!
Pies rzeczywiście sie zawstydził, skoro każą, natomiast z intymnie ulokowanej ławeczki nagle powstała wzburzona para.
-Panie- odezwał się zbulwersowany chłopak- sam pan byś się wstydził. Pierdzi jak dzwon Zygmunta
 ( ? ) i na psa zwala. Zboczeniec jeden !
I tajemnica się rozwikłała.

sobota, 16 kwietnia 2016

WIELKIE ŻARCIE

Mój, znany tutejszemu gronu tato, aczkolwiek jest wykształcony w kierunku weterynaryjnym i mikrobiologicznym, jakoś nie bardzo wierzy w bakterie i konieczność obróbki pewnych potraw. Bez żadnych oporów potrafił spożyć kawałek kabanosa, znaleziony w okresie głębokiego kryzysu na płycie nagrobnej na cmentarzu. Nie do końca jest do tej pory przekonany, że chińskie, pachnące gumki jadalne nie są. Bo grafitowe wkłady do ołówków oczywiście są.
Mając swego czasu małe dzieci, na dodatek chorujące, używałam bezkompromisowych metod terapeutyczno- diagnostycznych:  najsampierw termometr rtęciowy do odbytu, następnie, w razie konieczności, czopek w tenże sam otwór. Niektóre bolidy były w zbyt dużej dawce, więc należało przerżnąć je na pół. Procedura wymagała szybkości : należało czopek zaraz po wyjęciu przepołowić i biegiem zaaplikować, zanim pacjent się zorientuje. Akurat, któregoś pięknego wieczoru, w nerwach aplikowałam połóweczkę pomiędzy wierzgające synowe nogi, kiedy z kuchni dobiegł mnie przedziwny chark...a następnie przekleństwa.
Tato z niesmakiem odwrócił sie ku mnie i spytał :
- Kto kupił takie świństwo ?
Rozłożyłam bezradnie ręce, bo trudno przewidziec, co akurat zjadł i skąd.
-No tą białą czekoladę wstrętną, kto kupił...ledwo przełknąłem !!!!!
Leżąca na desce do krojenia pokruszona połówka czopka z Pyralginą zniknęła bezpowrotnie.........

niedziela, 10 kwietnia 2016

CZTERY WESELA I POGRZEB

Ciocia Halina ( urodzona Stanisława, ale, z nieznanych obecnemu pokoleniu przyczyn, uważała, że imię Halina brzmi modniej i sexy ) była moją idolką od dzieciństwa. Rodzona siostra mojej babci, Zofii, nie odbiegała od niej krewkim temperamentem , a spotkania zawsze zakończone awanturami z przeklinaniem :
-Ja ci, Zocha, źle nie zyczę, ale Pan Bóg cię pokarze za moją krzywdę !,
były miłym urozmaiceniem rodzinnych spotkań.
Ciocia Halina miała ogromne powodzenie u mężczyzn, poparte wrodzoną potrzebą nadmiernej konfabulacji. Nie było na świecie faceta, który nie wpadł w jej sidła. Wystarczyło, że mój tato wspominał swoje wrażenia z koncertu Stonesów w Warszawie i niesamowite ruchy wokalisty, a już ciocia Halina chrząkała znacząco "
-Ach, Mick Jagger ...spotkałam go w pociągu z Białej Podlaskiej do Wohynia, śpiewał dla mnie w przedziale, a co potem, to przy dziecku nie powiem !
Dla dziecka, czyli mnie, nie było nic dziwnego w podróży Jaggera pociągiem osobowym relacji Biała- Wohyń, tak jak i w tym, że znany polityk włoski Aldo Moro został zastrzelony przez Czerwone Brygady z powodu sporu pomiędzy nim a przywódcą terrorystów ...o rękę cioci Haliny oczywiście !
Po informacji telewizyjnej o wyborze Papieża Polaka tato proroczo westchnął :
-Zaraz Halina zadzwoni, że Karol Wojtyła wiersze o niej pisał !
Nie pomylił się...
Oczywistą sprawą było zatem, że mężowie wszystkich sióstr , z mężem mojej babci, Zofii, na czele, żenili się z innymi tylko dlatego, że Halina była wiecznie zajęta.
Na pogrzeb mojego dziadka, Kazimierza, ciocia Halina przybyła w czerwonym płaszczu, zółtym kapeluszu z dużym rondem a la Sophia Loren, owinięta barwnym szalem w kwiaty w stylu " ostatnia podróż Izadory Duncan ". Tłum pogrzebowy, w czerń odziany, nie krył swojego zdziwienia, a nawet niesmaku. Natomiast ciocia Halina wyjaśniła  motywy swojego optymizmu rzucając na płytę nagrobną wiązkę kolorowych frezji :
- Przecież wiadomo, Zocha, że on szczęśliwszy w trumnie niż z tobą !

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

FATALNE ZAUROCZENIE

Post ten dedykuję Klarce, a właściwie Waldemarowi, którzy zainspirowali mnie za-wzięcie i za-żarcie ;)
http://krysiarysiu.blogspot.com

Szymona spotkałam po latach początkowo na kilka godzin. Okazał się być bankowcem po studiach w NY, mieszkańcem modnej nowojorskiej dzielnicy, człowiekiem zamożnym i ustabilizowanym ( żona, syn, obszerne mieszkanie ), w garniturze od Armaniego. Koleżanki straciły dech z zazdrości.
Spotkaliśmy się kilka razy na niezobowiązującą kawę.
Okazało się, że skończył ekonomię, ale w banku to jeszcze nie pracował. Modna dzielnica to Bronx 
( przypadał on ci jeden na stu afro- amerykaninów i dwustu latynosów, faktycznie mógł być zatem popularnym mieszkańcem). Lokal w zasadzie ma żona, która jest była. Garnituru na co dzień nie nosi. Koleżanki znowu zaczęły ze mną rozmawiać.
Żal mi się gościa zrobiło i spotkaliśmy się kolejne kilka razy. 
Okazało się, że ma licencjat z ekonomii, ale pracował przy sprzątaniu azbestu w fabryce ( ale płuca ma zdrowe ), żona była złą kobietą i zabrania widywać się z synem, ale każe płacić , dlatego on pracować chyba tu w Polsce nie będzie, skoro to taki dziki kraj. Skoro nie pracuje, to może ubierać się w dres. Koleżanki zapragnęły go poznać.
Moja empatia i sympatia wybuchła z taką siłą, że zamieszkaliśmy razem ...to znaczy on u mnie, bo nie miał gdzie.
 Okazało się, że niewiele mu do życia potrzeba, bo jedynie alkoholu, papierosów i dywanika do spania ( z łóżka łatwo spaść ). Z radością rozpoznałam w nim typ swojskiego pijaka, zboczeńca i dresiarza. Koleżanki zawyły z radości.
Razem radośnie popadliśmy w długi, ja zarabiałam, on wydawał, ja sprzątałam, on często-gęsto wymiotował, ale nie skarżyłam się, żeby go do siebie nie zniechęcić, że jakaś marudna, stereotypowa baba jestem.
 Po trzech latach sielanki, czasami z udziałem policji, zastałam Szymona umytego, wypranego i trzeźwego.
-Zapisałem się na terapię- orzekł dumnie- dla alkoholików ! I pracy trzeba poszukać...
-A co ci nagle do łba strzeliło ?- spytałam, bo żyliśmy niekonwencjonalnie, w myśl zasady " live fast, die young ", a tu taka siurpryza niemiła.
-A bo cię kocham - powiedział i w tym momencie coś we mnie pękło.
To on mnie kochał trzy lata, a ja się tak starałam o jego względy ?
Wyrzuciłam darmozjada na zbity pysk .

środa, 30 marca 2016

DO KRWI OSTATNIEJ

Dobra teściowa to skarb nie do przecenienia. Co prawda wrobiła mnie w czwartą ciążę słowami :
-Jak coś jeszcze planujecie, to ja w styczniu na emeryturę idę i mogę się zająć !
...ale słowa dotrzymała i, chociaż nie planowaliśmy, to wyszło ( nie pierwszy raz zresztą :p ).
Nauczyła też przed laty swojego syna jeść obficie, tłusto i niezdrowo, ale przynajmniej poczuwała się do podsyłania mu swoich wysokokalorycznych i wysoce odżywczych posiłków.
Ot, taka zupa pomidorowa......w moim wydaniu zwykły miks pomidorów na bulionie.....a w wydaniu teściowej i pomidory, i koncentrat, i rosół pierwej na trzech mięsiwach gotowany, i domowy makaron, i wiejska śmietana, i pietruszkowa nać, a nie jakieś wymyślane bazylie.
Odbierając najmłodsze dziecko po południu spod opieki babci, z reguły zabierałam ze sobą jakieś danie dnia. Spakowanie się do tak zwanej kupy zabierało trochę czasu i wymagało umiejętności : najpierw żywność na dach, potem dziecko w fotelik, potem żywność na gumową matę przed przednim siedzeniem i w drogę. Na miejscu wykonywane były czynności dokładnie odwrotne.
Ruszamy zatem któregoś zimowego popołudnia, wyjeżdżamy z dróżki bocznej na ruchliwą drogę krajową nr 74 i dojeżdżamy do zakrętu śmierci w samym sercu miasta powiatowego, czyli skrzyżowania naszej krajowej z krajową nr 19. Ignorując machanie do mnie rączkami przez mijanych przechodniów ( na zadupiu wszyscy się znamy ) z fantazją wchodzę w zakręt...rozlega się głuchy stuk
( pękniętej czaszki ? ) i na przednią oraz boczne szyby zaczyna spływać krwista maź pomieszana z żółtawymi flakami ( jelita albo rozkręcone zwoje mózgowe jak nic ! ).
Natychmiast hamuję, zostawiam krzyczące dziecko w samochodzie na środku zakrętu i wybiegam na skrzyżowanie.
Na pasach leży garnek, aluminiowy garnek spadły z dachu.
Pomidorowa się wylała.


czwartek, 24 marca 2016

ALLELUJA I DO PRZODU !

Wielkanoc. Jak to po długim poście bywa już od rana w Wielką Sobotę tłumy z koszyczkami podążają, żeby jak najszybciej do śniadania zasiąść. Moja rodzina liczna od lat nawiedza kościół akademicki, bo to i młodzi, przyjemni dla oka jezuici błogosławią, a i dla ducha zawsze jakie mądre słowo powiedzą. Nie inaczej było i kilka lat temu, kiedy w towarzystwie oczywiście taty i części potomstwa, wyruszyliśmy z koszem. Kosz w mojej familii jest pokaźnym koszem zakupowym, z grubej wikliny, przykryty bez mała obrusem, zawierający zawsze pęto kiełbasy ( chociaż przeważają wegetarianie ), chleb, musztardę, sól z pieprzem i gargantuiczne ilości jaj.
Wchodzimy, stawiamy go na stole, pomiędzy innymi dostojnymi koszami.
Atmosfera ciszy i zadumy, modlący się u grobu wierni.
Wreszcie wchodzi ksiądz, jak przypuszczaliśmy wcześniej, młody i przystojny, w okularach. Nie tylko kosze i nas pokropił, ale starał się wszystkim uzmysłowić, że Wielkanoc to nie tylko tradycja, jedzenie i pośpiech, ale miłość, zmartwychwstanie i pokój. Złożył nam życzenia i dzieci hurmem zaczęły zabierać swoje koszyczki. I mój tato, jak zawsze z trudem znoszący jakiekolwiek oczekiwanie, złapał za pałąk naszego kosza i, absolutnie niechcący, stuknął naszą mocarną wikliną o subtelny koszyczek pani w średnim wieku. Koszyczek wypadł jej z rąk, jajeczka potoczyły sie po kościelnym parkiecie, a pani z wigorem krzyknęła na cała świątynię :
- Noż kurwa mać !!!!!!!!

I ja takich Świąt życzę wszystkim- pełnych pokoju, zadumy i nieoczekiwanego śmiechu :)