Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

środa, 30 marca 2016

DO KRWI OSTATNIEJ

Dobra teściowa to skarb nie do przecenienia. Co prawda wrobiła mnie w czwartą ciążę słowami :
-Jak coś jeszcze planujecie, to ja w styczniu na emeryturę idę i mogę się zająć !
...ale słowa dotrzymała i, chociaż nie planowaliśmy, to wyszło ( nie pierwszy raz zresztą :p ).
Nauczyła też przed laty swojego syna jeść obficie, tłusto i niezdrowo, ale przynajmniej poczuwała się do podsyłania mu swoich wysokokalorycznych i wysoce odżywczych posiłków.
Ot, taka zupa pomidorowa......w moim wydaniu zwykły miks pomidorów na bulionie.....a w wydaniu teściowej i pomidory, i koncentrat, i rosół pierwej na trzech mięsiwach gotowany, i domowy makaron, i wiejska śmietana, i pietruszkowa nać, a nie jakieś wymyślane bazylie.
Odbierając najmłodsze dziecko po południu spod opieki babci, z reguły zabierałam ze sobą jakieś danie dnia. Spakowanie się do tak zwanej kupy zabierało trochę czasu i wymagało umiejętności : najpierw żywność na dach, potem dziecko w fotelik, potem żywność na gumową matę przed przednim siedzeniem i w drogę. Na miejscu wykonywane były czynności dokładnie odwrotne.
Ruszamy zatem któregoś zimowego popołudnia, wyjeżdżamy z dróżki bocznej na ruchliwą drogę krajową nr 74 i dojeżdżamy do zakrętu śmierci w samym sercu miasta powiatowego, czyli skrzyżowania naszej krajowej z krajową nr 19. Ignorując machanie do mnie rączkami przez mijanych przechodniów ( na zadupiu wszyscy się znamy ) z fantazją wchodzę w zakręt...rozlega się głuchy stuk
( pękniętej czaszki ? ) i na przednią oraz boczne szyby zaczyna spływać krwista maź pomieszana z żółtawymi flakami ( jelita albo rozkręcone zwoje mózgowe jak nic ! ).
Natychmiast hamuję, zostawiam krzyczące dziecko w samochodzie na środku zakrętu i wybiegam na skrzyżowanie.
Na pasach leży garnek, aluminiowy garnek spadły z dachu.
Pomidorowa się wylała.


czwartek, 24 marca 2016

ALLELUJA I DO PRZODU !

Wielkanoc. Jak to po długim poście bywa już od rana w Wielką Sobotę tłumy z koszyczkami podążają, żeby jak najszybciej do śniadania zasiąść. Moja rodzina liczna od lat nawiedza kościół akademicki, bo to i młodzi, przyjemni dla oka jezuici błogosławią, a i dla ducha zawsze jakie mądre słowo powiedzą. Nie inaczej było i kilka lat temu, kiedy w towarzystwie oczywiście taty i części potomstwa, wyruszyliśmy z koszem. Kosz w mojej familii jest pokaźnym koszem zakupowym, z grubej wikliny, przykryty bez mała obrusem, zawierający zawsze pęto kiełbasy ( chociaż przeważają wegetarianie ), chleb, musztardę, sól z pieprzem i gargantuiczne ilości jaj.
Wchodzimy, stawiamy go na stole, pomiędzy innymi dostojnymi koszami.
Atmosfera ciszy i zadumy, modlący się u grobu wierni.
Wreszcie wchodzi ksiądz, jak przypuszczaliśmy wcześniej, młody i przystojny, w okularach. Nie tylko kosze i nas pokropił, ale starał się wszystkim uzmysłowić, że Wielkanoc to nie tylko tradycja, jedzenie i pośpiech, ale miłość, zmartwychwstanie i pokój. Złożył nam życzenia i dzieci hurmem zaczęły zabierać swoje koszyczki. I mój tato, jak zawsze z trudem znoszący jakiekolwiek oczekiwanie, złapał za pałąk naszego kosza i, absolutnie niechcący, stuknął naszą mocarną wikliną o subtelny koszyczek pani w średnim wieku. Koszyczek wypadł jej z rąk, jajeczka potoczyły sie po kościelnym parkiecie, a pani z wigorem krzyknęła na cała świątynię :
- Noż kurwa mać !!!!!!!!

I ja takich Świąt życzę wszystkim- pełnych pokoju, zadumy i nieoczekiwanego śmiechu :)

piątek, 18 marca 2016

CO TY TUTAJ ROBISZ ?

Praca pracą, a potrzeby fizjologiczne idą, że się tak wyrażę, własnym torem, i jak mus to mus. W obecnym miejscu zatrudnienia klozety, myte własnoręcznie, mam aż dwa, ale będąc starszą przedstawicielką trzeba było korzystać z wucetów szpitalnych i przychodnianych. Oczywiście po pewnym czasie miałam juz opracowaną mapę przybytków do korzystania i do omijania szerokim łukiem. Większośc szpitalnych reprezentowała poziom wysokiego zaszczaństwa, także na posadzce, sznurkowych wiszących spłuczek i minimalizmu kabinowego, jeśli chodzi o powierzchnię- idealnym rozwiązaniem byłoby klapnięcie na sedes od razu po wejściu, ale biorąc pod uwagę zaawansowany rozwój rzęsistka na desce większość preferuje postawę " na Małysza ", a tej pozycji nie da się wykonać bez wywalenia głową drzwi.
Bywają jednak przybytki chędogie, czyste i z papierem, jak na przykład w mojej ulubionej przychodni Życie. Aż trzy pokoje : męski, żeński i dla niepełnosprawnych, rzęsiście oświetlone, nawet z bidetem
 ( nieczynny, ale jest ).
Nad bidetem karteczka z inwokacją :
 "Proszę nie oddawać moczu i kału do bidetu, czyli kupy i siku ".
W nawiasie dopisek ręczny :" Nie srać i nie szczać" !
Do tejże przychodni wpadłam gnana potrzebą, otwieram drzwi toalety DAMSKIEJ i widzę starszego pana sikającego do zlewu.
Chwilowo odebrało mi mowę...
Co pan wykorzystał, karcąc mnie głosem donośnym :
"  Włazić z pukaniem nie nauczone, chamy jedne ! "
Była to toaleta damska, otwarta, ale fakt- nie zapukałam, cham jeden.
Poszłam do męskiej !

sobota, 12 marca 2016

JAK ROZPĘTAŁEM DRUGĄ WOJNĘ ŚWIATOWĄ

O tym, że druga wojna rozpoczęła się z winy mojego dziadka Kazimierza, dowiedziałam się jako małoletnie dziecko. Dziadek, według słów mojej babci, Zofii, prowokował wybuch swoimi dalekosiężnymi planami życiowymi, brakiem chęci do gromadzenia zapasów " jakby była wojna " ( w efekcie wojna zastała babcię ze światłem w spiżarni ), a przede wszystkim obiadowym grymaszeniem. Była to skuteczna wychowawczo metoda wmuszania we mnie szpinaku, proszę bardzo, dziadek jeść nie chciał i skończył w obozie na brukwi, nie jedz, nie jedz, a zobaczymy !!!!!
Jadłam zatem.........
Nie chciałam brać odpowiedzialności za kolejne bombardowanie ojczyzny.
Żadnym późniejszym bohaterskim czynem dziadek się w oczach babci zrehabilitować nie potrafił.
Owszem, brał udział w kampanii wrześniowej, ale " po pierwszej bitwie was do niewoli wzięli, a na Westerplatte ile dni się bronili ! ".
Babcia bohatersko walczyła o  żywność każdego dnia okupacji, gdy dziadek, bez żadnego wysiłku, " gotowe posiłki dostawał ".
Owszem, przez te pięć i pół roku niewoli babcia przynajmniej była pewna, że żadna rywalka do serca męża jej nie grozi, ale " kto tam wie, co takim zamkniętym razem mężczyznom do głowy ( ? ) przyjdzie ".
Będąc nieco starszą dziewczynką próbowałam wojenną przeszłość dziadka nieco ubrązowić, przecież tyle lat w obozie oficerskim siedział, Rosjanie mu przy wyzwoleniu nawet obrączkę i buty zabrali......ale babcia była nieugięta !
" Sam się o tą wojnę prosił - stwierdziła, wzruszając ramionami - a poza tym, co to za obóz...jeniecki, prawie nikt nie umierał.
Żeby on chociaż w koncentracyjnym był !!!! "

poniedziałek, 7 marca 2016

KISS, KISS, BANG, BANG

Raz na czas jakiś należy wybrać się do ginekologa- kobiety mam na myśli. Ponieważ jakoś nie widzę solidarności kobiecej, a wprost przeciwnie- panie kosmetyczki okrwawiają mi paznokcie, panie laryngolog wbijają szpatułki po dno gardła, a co mi pani gastrolog robiła w czasie kolonoskopii to już w ogóle przemilczę- zatem wybrałam sobie nowego lekarza, mężczyznę. Opinie bardzo pozytywne przeczytałam, fachowy, kulturalny, sympatyczny- tego mi było trzeba.
Idę i wchodzę.
Pan doktor rzeczywiście sympatyczny, prosi o rozebranie się od pasa i zajęcie przynależnego mi miejsca na fotelu w tak zwanym rozwarciu nożnym. W międzyczasie zabawia mnie kulturalną rozmową, dla rozluźnienia atmosfery. Wpisując adres w notes zauważa, że jego żona w tamtej dzielnicy chodziła do szkoły, a ten sam rocznik jesteśmy. W trakcie naciągania przez pana doktora rękawiczek lateksowych dogadaliśmy się, że do tej samej szkoły z małżonką uczęszczałam, przy ataku wziernikiem zidentyfikowałam żonę Małgosię ( wtedy innego nazwiska ) jako moją bliską koleżankę i że nawet zapraszała mnie na ślub, ale ja wtedy byłam tuż przed porodem. W trakcie głębokiej analizy mojego wnętrza doszliśmy do wniosku z panem doktorem, że czas najwyższy odrzucić zbędne konwenanse i mówić sobie po imieniu.
-Kasia- przedstawiłam się, nieco nakrywając bluzeczką tzw. doły.
-Darek- przedstawił się mój ginekolog i, żeby tradycji uczynić zadość, zostawił nonszalancko wziernik w miejscu badania i, poprzez moje nóżki w wymuszonej pozycji, serdecznie podał mi rękę w rękawicy. Ale, że polska krew w nas płynie, to uścisk dłoni nie zaspokajał wymogów bruderszaftu i jeszcze siarczyście cmoknęliśmy się trzykrotnie w policzki.
Ja dalej na fotelu.
Darek w przewieszeniu pomiędzy moimi kończynami.
Wziernik......nadal na swoim miejscu ;)
Przy następnej wizycie spokojnie omawialiśmy szczegóły komunii naszych dzieci.

czwartek, 3 marca 2016

ARMAGEDDON

Mój syn, człowiek niewielkiego jeszcze rozumu, za to wielkiego apetytu, potężnego wzrostu i stóp, cierpiąc na nieustanny brak gotówki, lubi robić zakupy dla dziadka, pobierając spore " koszykowe ".
Przedwczoraj został obarczony tajemniczym aptecznym zleceniem, a że i ja miałam w planie równie tajemnicze apteczne zakupy wybralismy sie razem.
W aptece ludzi tłum, nadchodzi moja kolej.
-Poproszę paczkę dużych podkładów dla kobiet nietrzymających moczu - mówię i od razu dodaję :
-Dla psa ! ( co prawda tak samo mówię kupując moją ulubioną pasztetową albo salceson pod koniec miesiąca, ale TYM RAZEM  naprawdę kupowałam podkłady dla podsikującej w łóżko naszej suni . A nawet jakby dla mnie, to co, nie wolno ?????:D )
Mój syn ryknął radosnym śmiechem, pytając donośnym głosem :
-Naprawdę mamo dla psa ??????
-Naprawdę -syczę, bo i zainteresowanie reszty klientów duże i farmaceutka, podając mi paczkę podkładów, jakiś takim uśmieszek zaprezentowała i wrednie dopytywała :
-Coś jeszcze dla pieska ? ( może prezerwatywy miała na myśli )
Z godnością podziękowałam, zapłaciłam ze swojej puli i pchnęłam syna do okienka, który ( nieświadom ) wyrecytował z kartki:
-Prostamol uno poproszę i Hemorol czopki !!!!!
Nie mogłam sobie darować i na całą aptekę złośliwie spytałam syna :
-A tobie już cały dół wysiadł ????????
Do dzisiaj mamy " ciche dni ".