Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

poniedziałek, 27 czerwca 2016

OSZUKAĆ PRZEZNACZENIE

Wycieczki krajoznawcze samochodem z moim tatą zawsze są źródłem poważnych przeżyć emocjonalnych. Tato, mimo iż jest praktycznie ślepy, a ja  niedowidzę tylko na jedno oko, stara się być w czasie jazdy moim psem przewodnikiem. Żeby jeszcze komunikaty drogowe wygłaszał kojącym głosem Krzysztofa Hołowczyca z nawigacji, który prawie że mnie usypia swoim: za- pięćset-metrów- skręć- w- lewo. O nie, tato ryczy jak zarzynane zwierzę : ZNAK ! ( co oznacza znak drogowy w polu widzenia ),  PIESZY ! ( czyli człowiek kroczący spokojnie po chodniku ). Co kilometr jestem ostrzegana przed policją, która być może, nawet jeśli jej nie ma, lub przed spadającymi w czasie burzy na samochody pniami drzew ( słońce świeci, ale ostrożność nie zawadzi  ). Oczywiście nie tylko ja prowadzę- ojciec, trzymający się kurczowo pałąka nad drzwiami, hamuje nieistniejącym po jego stronie samochodu pedałem,  a nawet posuwa się do trąbienia w moim imieniu...niekoniecznie z sensem . Kwestią czasu jest sięgnięcie przez tatę po hamulec ręczny, oby nie na lodzie i nie przy prędkości 140 km/h.
Jadąc ostatnio przez urokliwe Podkarpacie, gdzie lasów mnogość  w płody obfitych, mijaliśmy co kilkaset metrów osoby różnej płci handlujące darami puszczy. A to babcia ze słoiczkiem pełnym kurek stała, a to wnuczek z jagodami. Tato zapałał chęcią nabycia jagód i wspomożenia groszem sprzedawcy, ale żaden nie wydawał mu się godzien zrobienia u niego zakupów. Wreszcie daleko od Rzeszowa tato ujrzał handlujące na poboczu dwie panie, osłaniające się przed palącym słońcem parasolką, młode aliści znużone i zdecydował : stajemy ! Kierowca posłusznie stanął, a pasażer z portfelem w ręku wysiadł pytając grzecznie : po ile ?
Pani brunetka podeszła ochoczo, oceniła wzrokiem kontrahenta i orzekła :
- Jak z panem to 50 !

poniedziałek, 20 czerwca 2016

DIABEŁ UBIERA SIĘ U PRADY

Mole w mieszkaniu moich dziadków były na  tak zwanym porządku dziennym. Każde rodzinne posiedzenie przerywane było klaskaniem w dłonie..tak jakby usunięcie jednego osobnika z tego świata miało wpływ na cała subkulturę zasiedlającą babcine szafy. Woń naftaliny była zatem, ze zrozumiałych względów, dominująca w tym mieszkaniu. Z szaf tych, co pewien czas, moja babcia, Zofia, wyciągała jakieś cudo, najczęściej ażurowe na skutek molowej działalności i pachnące upojnie naftaliną, którym obdarowywała wybranego losowo członka najbliższej rodziny.
I tak mój tato dostał swego czasu parę z lekka pożółkłych kalesonów nieznanego pochodzenia, zawiązywanych w kroku na troczki ( krok ten, nawiasem mówiąc, był jeszcze bardziej przyżółkły niż reszta bielizny ). Zimową porą babcia konsekwentnie sprawdzała, macając zięcia po nogach i podwijając mu nogawki spodni, czy te cudowne kalesonki są noszone.
Szyty na wymiar w Sopocie biustonosz ( dodajmy, że na wymiar babci ) otrzymała moja mama po mastektomii wraz z niefrasobliwym komentarzem własnej matki, że skoro już nie ma biustu to nieważne, jaki stanik ma rozmiar miseczek.
Ja, będąc w nastoletnim wieku we wczesnych latach 80-tych, zamarzyłam o tureckim, haftowanym kożuchu  i ośmieliłam się to marzenie przy dziadkach wyartykułować. Po niedługim czasie babcia obdarowała mnie jesionką w zielono-różową kratę, ugarnirowaną szarym barankiem ( mole niejeden posiłek z niego sporządziły ). Ponieważ płaszczyk nie tylko sięgał mi do połowy łydek, ale był na dodatek szeroki jak kanał La Manche, do kompletu dostałam góralski pas z brzęczącymi parzenicami, z wyrżniętym z tyłu napisem : Morskie Oko 1963.
W przepasanej jesionce poszłam kilkakrotnie do liceum i wpadłam w czarną rozpacz. Nawet pocieszające słowa własnej matki, ze mam swój styl i jestem oryginalna jakoś mnie nie przekonały, szczególnie, ze to samo mama mi mówiła, kiedy fryzjer ostrzygł mnie praktycznie na łyso
( miało być " po męsku " )
Z pretensjami i żalami zwróciłam się więc do babci Zofii, która nie kryła swojego oburzenia i zdziwienia .
- No wiesz- obruszyła się- jak ja w tej jesionce przyszłam na seminarium na studiach, to wszystkie koleżanki mi zazdrościły i prosiły o adres krawcowej !
To był rok 1934 .

poniedziałek, 13 czerwca 2016

JESTEŚMY NA WCZASACH

Post dla Violetty...a nuż się ujawni ?????

Jakie by nie prymitywne warunki panowały w czasie letniego wypoczynku, moja babcia, Zofia,  i dziadek Kazimierz czuli się zobowiązani do spędzenia części lata poza zasobnym w wygody domem, na dodatek zabierając  ze sobą wnuczkę, czyli mnie.
Co z tego, że w Lublinie mogli się kapać codziennie...w czasie wakacji preferowali Krynicę , gdzie najczęściej dziadek, zaopatrzony w mydelniczkę, korzystał z fal morskich, dzięki którym nie tylko przemywał spocone pachy i łysinę, ale nawet robił szybką przepierkę slipek. W okolicach Gdańska woda ciepła co prawda była, ale tylko w okolicach godziny 17 pod ośrodkowym prysznicem, podzielonym drewnianym przepierzeniem na część męską i żeńską. Okrzyki ponad barierą z desek typu : Stefan, mydło dawaj, mydło! Jadwiga, szampon podaj do cholery jasnej !- do dzisiaj dźwięczą mi w uszach, a stado umytych wczasowiczów, wczesnym popołudniem rozbiegających się w piżamach po ośrodku wypoczynkowym, mam często przed oczami, szczególnie, gdy w radiu leci śpiewany podczas ablucji chóralnie przebój " Parostatkiem w piękny rejs ".
Bogiem, rozdawcą łask i dóbr wszelakich, był oczywiście kierownik ośrodka...na jego skinienie można było zamienić szóstą zmianę posiłkową, czyli lodowatą zupę i zdębiałe ziemniaki, na zmianę pierwszą, charakteryzującą się w miarę świeżym jadłospisem. Nic dziwnego zatem, że większą część wakacyjnego bagażu zajmowały dary w naturze dla pana kierownika, będące najczęściej wcześniejszymi darami od wdzięcznych pacjentów dla mamy.
Jako dziecko dość otyłe, na dodatek w okularach ze szkłami typu denka butelek po oranżadzie, i z miernym owłosieniem na wielkiej głowie, nie byłam nigdy ulubienicą wczasowiczów, w odróżnieniu od pewnej małej Mulatki, która stała się niekwestionowaną gwiazdą turnusu w Krynicy w 77. Dziewczynka przebywała na wczasach z mamą, blondynką o jasnej cerze i z równie jasnoskórymi dziadkami, co moją babcię, Zofię, doprowadzało do szału z ciekawości, kim jest tajemniczy ojciec dziecka. W końcu przełamała wrodzoną nieśmiałość :p i ktoregoś dnia przy obiedzie zapytała kulturalnie mamę małej gwiazdy :
- Przepraszam, czy pani mąż to Murzyn ?
Kobieta zdębiała jak podane właśnie na talerzu kartofle i odparła z wymuszonym uśmiechem :
- Mój mąż jest Polakiem !
Babcia Zofia postanowiła uściślić fakty i drążyła temat dalej :
- Ale z pochodzenia jest Murzynem ?
Cała sala wczasowiczów czekała z napięciem na odpowiedź, która w końcu padła :
- Tak, mój mąż jest polskim Murzynem !
Babcia Zofia nie odpuszczała nigdy i do niej należało ostatnie słowo :
- Ale jest czarny ?
Tu wkroczył dziadek Kazimierz, zniesmaczony uporem żony, i zakończył temat stwierdzając niefrasobliwie:
- Czarny czy biały, najważniejsze, że ma śliczne brązowe dziecko ! :D

wtorek, 7 czerwca 2016

SYPIAJĄC Z WROGIEM part 2

Wyjazd na wczasy był, w okresie realnego socjalizmu, niemałym logistycznym wyzwaniem. Rodzina z reguły upierała się co do pobytu nad polskim morzem, najlepiej w Sopocie, bo dużo turystów z NRD tam przyjeżdża i rzucają do sklepów Coca-Colę i kiełbasę myśliwską. W Sopocie również, w okolicy Monciaka, znajdowała się słynna w latach 70-tych pracownia biustonoszy, w której oczywiście moja babcia, Zofia, obstalowywała kilka cudeniek ze sztucznego jedwabiu z pikowanymi kopułami cerkiewnymi niemałych rozmiarów.
Do Gdańska z Lublina podróżowano oczywiście kuszetką...szczęśliwi posiadacze numerowanych miejsc mogli spać na trójpoziomowych pryczach, reszta koczowała na korytarzu, szczęśliwa, że w ogóle wsiadła i nie siedzi na sedesie.
Babcia była osobą zapobiegliwą i numerowane leżanki posiadaliśmy zawsze, prowiant w siatkach i słoikach i termosach również, a dla wygody podróżowania przez lata jeździł z nami nawet nocnik
( swobodnie opróżniany nocami za okno ).
My zatem, w składzie dziadkowie z ukochanym zięciem i wnuczką, kładziemy się w pachnącą ścierką pościel wagonu sypialnego, gdy tymczasem spragnione morza tłumy drugiego sortu zasypiają na tobołach w korytarzu. Dziadek Kazimierz, jako że zniósł pięcioletni pobyt w obozie jenieckim, umiejscawiany był zawsze na pryczy pod samym sufitem, babcia natomiast sypiała na parterze " bo blisko do ziemi " :). Budziła się też regularnie co godzinę w obawie przed złodziejami i zboczeńcami, toteż zobaczyła stojącego przy drzwiach dziadka i od razu wydała polecenie służbowe :
- Nie stercz tak głupio po nocy, Kazik, tylko kładź się ! - dla zachęty nawet robiąc miejsce obok siebie.
Nauczony karności małżonek natychmiast się położył i rozkosznie chrapał do rana.
Dziadek Kazimierz i mój tato, wstawszy o poranku, z niemałym zdziwieniem zauważyli obcego chłopa, śpiącego ( co prawda w wierzchniej odzieży ) obok ich żony i teściowej. Wygoniony z powrotem na korytarz facet, nawiasem mówiąc o imieniu Kazimierz, zamiast wdzięczności wkopał babcię na całego wykrzykując :
-Ta pani sama mnie zaprosiła, jak zajrzałem do przedziału !





PS. zdjęcie toksycznej Rodziny z 1976 roku: mama w kremplinie po lewej, tato w bistorze po prawej, w środku dziadek Kazimierz i jego żona, Zofia, z nieodłączną siatką w ręku ( a nuż coś rzucą ? )