Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

poniedziałek, 25 lipca 2016

NA USTACH GRZECHU

Życie w akademiku było tak pełne wrażeń kulturalno- oświatowych, że wspominam je do dzisiaj. Nic to, że mieszkałam i studiowałam w Lublinie- dzięki obietnicy dzielenia się stypendium i dostarczania wyżywienia z domu wkręciłam się na waleta do pokoju rozrywkowych koleżanek z roku.
Akademik w tamtych czasach był strzeżony przez kobietę pełniącą rolę odźwiernej  (po 22 ) i strażnika moralności : żadnych mężczyzn i alkoholu wieczorami, a wiadomo, że studentki wydziałów medycznych bez wyżej wymienionych składników uczyć się nie bardzo mogą.
Mężczyźni zatem wchodzili do pokoju 102 o przyzwoitej godzinie, a transportem kontenera piwa Perła zajmowałam się z reguły ja, jako posiadaczka solidnego plecaka ze stelażem. Bóg czuwał nade mną i umiejscowił moje towarzystwo w lokalu na pierwszym piętrze, ponieważ pewnego pięknego dnia po prostu odpadłam od piorunochronu z plecakiem pełnym butelek i rymnęłam na plecy jak pijana biedronka. Ukochani koledzy i bliskie memu sercu koleżanki natychmiast wychylili się z okna wołając : Stłukło się ????!!!!!!
Mimo rozrywek prymitywnego autoramentu od czasu do czasu ruszało nas sumienie, szczególnie mocno w czasie wizyty Papieża-Polaka. Ja i moje trzy najbliższe koleżanki nabyłyśmy bilety na mszę w Radomiu, przedtem postanawiając oczyścić się z grzechów podczas spowiedzi w najbliższym kościele. Pierwsza poszła Ania, następnie druga Ania, na końcu ja. Ledwie uklęknęłam pokornie i wyrzekłam : Chcę wyznać swoje grzechy........
gdy ksiądz lekko znudzonym tonem mi podpowiedział :
- Cudzołóstwo i pijaństwo ?

poniedziałek, 18 lipca 2016

BĘDĄC MŁODĄ MĘŻATKĄ.....

Dawno, dawno temu myślałam, że wszystkie małżeństwa są szczęśliwe i bezkonfliktowe...z wyjątkiem tych zawieranych w mojej rodzinie. Upodobanie do awantur domowych lub zjadliwego sarkazmu przejawiali nie tylko wszyscy moi dziadkowie ( że o rodzicach nie wspomnę ), ale szerokie grono ciotek i wujów.
Ot, chociażby ciotka Danuta i jej mąż, Lucjan,
 stanowili wybitny przykład udanego połączenia sadyzmu z masochizmem. Kiedykolwiek wuj Lucjan coś bąknął podczas rodzinnych spędów, jego małżonka natychmiast przerywała mówiąc dobitnie głosem wieloletniej nauczycielki w technikum budowlanym:
- Luciu, skoro nie masz nic mądrego do powiedzenia, a nigdy nie miałeś , to po co się odzywasz ?
Rzeczony Lucio milkł natychmiast, a swojej żonie sprzeciwił się tylko raz- kiedy ośmielił się umrzeć pierwszy.
Największym despotyzmem wobec bliskiej rodziny charakteryzowała się jednak moja druga babcia, Teresa, która uległość objawiała wyłącznie ( co stwierdziliśmy na podstawie odkrytych po jej śmierci przekazów pocztowych ) wobec ojca Tadeusza. Aby wprowadzić swoje plany w życie babcia nie lękała się niczego i pewną ręką poprawiła datę w swoim akcie urodzenia, aby bez wstydu poślubić młodszego od siebie o 5 lat Manieczka, mojego dziadka.
Babcia, według własnej opinii słabego zdrowia i rzeczywiście, nie dożyła setki umierając w wieku 98 lat, zażywała co kilka dni sercowe lekarstwo czyli kielich napełniony jarzębiakiem dosłodzonym łyżeczką cukru, która to łyżeczka w cudowny sposób zamieniała wódę w miksturę. W każde święta żegnała się z resztą rodziny przed swoim niechybnym położeniem się do trumny i zaprzestała dopiero, kiedy przy wigilijnym stole ostaliśmy się oprócz niej jedynie ja i mój tato.
Dziadek, przy umierającej babci żelaznego zdrowia, zmarł co prawda zaraz po wojnie na zawał, ale to tylko dlatego, że, według babci, chciał bo nie lubił komunistów . W trakcie wywożenia Polaków z Drohobycza, co odbywało się przeważnie nocą, babcia Teresa nieustannie przemierzała pokój patrząc w okna i robiąc wyrzuty mężowi :
- Jak ty Maniuś możesz spać jak trup, kiedy ruscy mogą po nas przyjść !
na co dziadek, realista, odpowiadał:
-Teresa, jak przyjdą, to Cię na pewno obudzą !

poniedziałek, 11 lipca 2016

WILK Z WALL STREET

Z moją przyjaciółką Violettą różni mnie praktycznie wszystko - ona jeden mąż, ja niby też jeden były mąż, ale niby- męże mi się rozmnożyli. Ona mówi prawdę zawsze, ja zawsze nieprawdę. Ona jest chuda
( chociaż widzi gdzieś wirtualne wałki-zwałki tłuszczu ), a ja chuda inaczej. A przede wszystkim jest młodsza i to nie klimakterium  zmienia jej nastrój dziesięć  razy dziennie ( jak mnie ), tylko wrodzona kłótliwość  :p i wrażliwość.
Połączyła nas  miłość do medycyny estetycznej i ciężka praca przedstawiciela firmy farmaceutycznej.
Połączyli nas także lekarze, których wspólnie odwiedzałyśmy i którzy obdarzali nas sympatią. Wśród nich wyjątkowo serdeczny był emigrant z Pakistanu, lekarz rodzinny pracujący jednocześnie w kilku wioskach, roztaczający wokół siebie energetyzująca woń olejków eterycznych. Początkowo współczułyśmy mu serdecznie z powodu śmierci matki, dopóki nie ustaliłyśmy, że nasz doktor jeździł na jej pogrzeb dwukrotnie w kilkuletnich odstępach czasu. Kilkakrotnie oblane przez naszego sympatyka egzaminy, z powodu nie nadążania z tłumaczeniem tekstu z polskiego na hindi i z powrotem, też wzbudziły w nas ciepłe uczucia. Nic dziwnego, że kiedy pan doktor przywiózł mi z podróży w rodzinne strony haftowany portfelik, moja przyjaciółka zżółkła z zazdrości, szczególnie, że się wszem i wobec pakistańskim, oryginalnym rękodziełem chwaliłam.
Nie minęło kilka miesięcy i nasz adorator znowu na jakiś rodzinny pogrzeb pojechał, być może matki po raz trzeci, ale tym razem prezent gustowny mojej przyjaciółce był przywiózł.
Violetta ze wzruszeniem zaprezentowała mi kunsztownie wykonane, być może z jakowegoś egzotycznego drzewa, drewniane puzdereczko z delikatnie wyrżniętym wzorem, jak to określił nasz pan doktor ; " prosto z rodzinnych stron ".
We wnętrzu  pudełeczka ujrzałyśmy przyklejoną skromną etykietkę z napisem : wszystko za 4,50 zł.

poniedziałek, 4 lipca 2016

SLIPY A SPRAWA POLSKA

W moim rodzinnym domu tradycja rzeczą świętą jest, dlatego pewnych nawyków i przyzwyczajeń nie zmieniamy nigdy. Niezależnie od mody, wygody i pory roku, moja babcia, Zofia, zawsze nosiła nylonową halkę, zwykle ukrytą pod odzieniem wierzchnim, a na działce, podczas plewienia grządek, prezentowaną postronnym obserwatorom w całej krasie. Dziadek Kazimierz, nie powiem, że od urodzenia, bo nie pamiętam,  ale na pewno w czasie, kiedy byliśmy razem na tym świecie, nieodmiennie zasłaniał łysinę w zimie kaszkietem z nutrii, typowym dla emerytów drugiej połowy XX wieku. Kaszkiecik był kompletem z jesionką obszytą również nutriowym futerkiem; w lecie królował tzw. pierożek czyli coś a la wojskowa furażerka generała Pattona na pustyni, natomiast plażę dziadek zdobywał w chusteczce do nosa na głowie, zapętlonej w supełki na czterech różkach. Nawyki przeszły na kolejne pokolenia i tak wespół z moją mamą nosiłyśmy w okresie wrzesień-maj dwie pary majtek, jedne zwykłe, a drugie pancerne, do kolan, przeważnie z flaneli- z powodów nieznanych.
Dlaczego jednak zięć moich dziadków, czyli mój tato, człowiek obcy rodem, odziedziczył tego typu fanaberie-  nie wiadomo.
Faktem jest natomiast, że krój i fason gaci mojego taty nie uległ zmianom od czasów Gomułki, a nawet Bieruta. Przede wszystkim żadne bokserki, a tylko i wyłącznie slipy z rozciągliwej bawełny, ulegające workowatym odkształceniom w miarę upływu lat. Preferowany kolor śnieżna biel ( przy zakupie ), dopuszczalny ewentualnie dyskretny wzór, na przykład mewy na tle morza. Toteż byłam wielce zdziwiona przy wywieszaniu prania , gdy w ręce moje wpadły, owszem, slipy, z rozciągnięta gumką, natomiast w kolorze wściekłej czerwieni z diabełkiem z tak zwanego przodu. Syn stanowczo odrzucił propozycję schowania tychże majt do swojej szafki, ponieważ nosi tylko i wyłącznie luźne bokserki. Córka , z powodu męskiego charakteru również podejrzewana o noszenie męskich niewymownych, również stwierdziła, że to nie jej. Pozostał tato, któremu to figlarne gatki podrzuciłam na półkę ..i był to mój życiowy błąd.
- Proszę mi nie dawać do noszenia cudzych majtek ! - zagrzmiał ojciec, machając nimi przed nosem całej rodzinie przy obiedzie. Próbowałam się bronić za pomocą faktów : żadne z dzieci takiej wielkiej bleizny , na dodatek w tym fasonie, nie nosi.
- No to wobec tego to twoje !- tato przypisał mi noszenie diabełka z różkami na łonie.
-A jak nie twoje- dokończył- to widocznie z pracy przyniosłaś ! Wiadomo, jak się w tych firmach pracuje ! ;p