Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

wtorek, 30 sierpnia 2016

SMASH MOUTH

Zaczynając pracę w firmie farmaceutycznej zapragnęłam być kobietą luksusową. Wszystkie znane mi przedstawicielki, nierzadko spotykane w placówkach opieki zdrowotnej, były zgrabne  i zadbane
( kilkucentymetrowe tipsy, którymi elegancko stukało się w ulotkę, były standardem ). Większość była młoda, a nieliczne stare nosiły dyskretne ślady profesjonalnej konserwacji. Kiedy wchodziły do przychodni na wysokich obcasach, brzęcząc breloczkami przy kluczykach od fury i rozmawiając przez wypasione komórki ( żeby nie wdawać się w prymitywne kłótnie z pacjentami ), wnosiły ze sobą powiew wielkiego świata. Moja była firma nie miała co prawda bardzo wysokich standardów dotyczących wyglądu pracowników, inaczej ani ja z wyglądem spaniela, ani moja towarzyszka Jadwiga z wyglądem pieczarki nie przeszłybyśmy przez sito rekrutacji, ale jakieś normy estetyczne jednak trzeba było spełniać. Obie z Jadźką zainwestowałyśmy więc w szpilki, które rewelacyjnie uwypuklały nasze halluksy, i kostiumy z obcisłymi spódnicami, która to kreacja rozdarła mi się przy rozporku przy pierwszym , zamaszystym wysiadaniu ze służbowego auta. Po dodaniu subtelnego makijażu ( brwi Breżniewa, usta glonojada ) poczułam się kobietą atrakcyjną, a przede wszystkim- w wieku prawie że nastoletnim. Swój nowo nabyty urok postanowiłam wypróbować na pierwszym, spotkanym pod gabinetem, męskim przedstawicielu. Nic tak nie rozluźnia atmosfery jak dowcip, toteż pozwoliłam sobie na opowiedzenie kilku przednich bon motów, przy których obydwoje roześmialiśmy się szeroko. Po tak udanym flirtowym początku nadmieniłam, że dopiero zaczęłam pracę w firmie
 ( czytaj : ledwo skończyłam studia, a nie dawno pożegnałam trzydziestkę ), na co kolega elegancko odpowiedział :
- No to późno zaczęłaś robić w tym biznesie, bo chyba masz koło czterdziestki.
Widząc moje spojrzenie zranionej łani i agresywnego myśliwego w jednym uściślił :
- Tak sobie wyliczyłem, bo jak się śmiałaś widziałem amalgamaty, a takie plomby robiono w latach 70-tych !

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

KTO SIĘ BOI DOROTY B. ?

Co by nie mówić to jestem osobą przywiązaną do tradycji. Żaden smartfon ( srajfon ) nie przebije w moich oczach aparatu z bakelitu ze sznurem z ebonitu. Prasując nienawistnie modne, pogniecione jak po wyjęciu psu z gardła, lny wspominam z rozrzewnieniem sukienki non iron, spodnie z bistoru z wzorem jodełkowym czy spódnice z krempliny, nie mnące się nawet po wielokrotnym klękaniu w kościele. Wyjmując z kozaczków oziębione roztopionym śniegiem nóżki łza mi sie w oku kręci na myśl o Relaksach w kolorze starego srebra, na które żadnego faceta poderwać się nie dało, za to przynajmniej było ciepło.
Natomiast moja mlodsza o lat 17 koleżanka Dorota jest osobą na wskroś nowoczesną, a jej przyjaciele to osoby piękne, młode i ze smakiem odziane...za wyjatkiem mnie i Arka. Arek z Zamościa, przeflancowany na krakowski grunt, odżywia sie wyłącznie produktami typu vintage, wyżebranymi od znajomych ekspedientek po upływie wszelakich dat ważności. Nie gardzi spożyciem własnoręcznie badanego w pracy, w kierunku włośnicy, mięsa. Odzienia Arkadiusza mają nie mniej niż ćwierć wieku, są też często zamieniane z kilku sztuk na jedną patchworkową  za pomocą maszyny do szycia marki Singer z odzysku. Niejeden raz Dorota była podstępnie upijana przez kolegę do nieprzytomności spirytusem wyniesionym przez Arka z pracy po to, by podczas jej pijackiego snu mógł bezkarnie opróżnić lodówkę ( bywało, że i lód zabierał ), a jako sąsiad miał blisko i wygodnie. Zarabiane przez siebie duże pieniądze kolega odkładał na nieznane, nawet jemu, bliżej cele.
Oczywistą więc rzeczą było, że gdy przyjechalam do Doroty w odwiedziny w dżinsach nabytych przed wojną w Jugosławii, zakupy nie będą mi oszczędzone. Po kilku godzinach i trzech stówkach posiadłam najnowsze spodnie marki Levis, które natychmiast po powrocie kazano mi założyć. Poprzednie, przywiezione z RFNu, Dorota osobiście wyrzuciła do śmietnika przed blokiem. Taki zakup wymaga oblania, toteż większość sąsiadów zasiadła do spożycia, kiedy do lokalu wkroczył dumny Arek :
- Zobaczcie dziewczyny, jakie zajebiste spodnie sobie zorganizowałem !
Moje dżinsy z epoki socjalizmu trzymały się świetnie ugarnirowane obierkami z ziemniaków i ogórków.

sobota, 13 sierpnia 2016

BIELSZY ODCIEŃ BIELI

Jako żem typową kobietą to i śluby interesujące dla mnie są i pouczające. Najbardziej oczywiście mój własny ślub ćwierć wieku temu, który był uroczym wstępem do rychłego ( bo po niecałym roku ) rozwodu. Wyszłam jednak z założenia, że będzie, jak będzie, a ślub i wesele raz w życiu mieć warto i być potem rozwódką, a nie panną z domyślnym przymiotnikiem stara. Wszystkie znaki na niebie i ziemi uświadamiały mnie, że błędną decyzję podjęłam, bo pomijając oczywisty fakt, że pan młody był idiotą i jedyną książką, jaką przeczytał, była " Technologia obróbki skrawaniem ", to i natura tak zwana martwa robiła wszystko, żeby się nie udało. Materiał na sukienkę, przybyły z ZSRR, był o metr za skromny rozmiarem i zamiast fantazyjnej, marszczonej bluzeczki krawcowa zdołała jedynie wykroić obcisły gorsecik zapinany na rzepy. Rzepy kupione były do kurtki męża pani krawcowej, który w  białym, schludnym ubraniu jako członek SB uczestniczył we mszy papieskiej celem inwigilacji w 1987 roku. Tenże element klejący efektownie się podczas klękania przed ołtarzem rozkleił i tylko silny cios pięści mojej druhny w moje plecy, celem zaklejenia dziury, uratował uroczystość. W suknię zresztą zaplątałam się zarówno przy wejściu, jak i przy wyjściu z kościoła, co poskutkowało obszarpanymi ubytkami w tkaninie.  Przy tych wszystkich wpadkach bukiet z białych lilii, symbolu niewinności panny młodej z półrocznym dzieckiem, które zgniły podczas wesela i kunsztownie śmierdziały,  był oczywistą oczywistością.
Nie dziwić więc powinien fakt, że na śluby przyjaciół, znajomych i rodziny uczęszczam chętnie z mściwą satysfakcją, a kilka lat temu miałam prawdziwy urodzaj. Wręczanie kwiatów od paru lat zostało uznane za bezsensownie kosztowne i niemodne, przeróżni państwo młodzi zażyczyli sobie wina, kuponów totolotka i, kilku zwierzolubów, karmy dla psów ze schroniska.
Zakupiliśmy zatem z moim atrakcyjnym weselnym towarzyszem wór kilkukilogramowy ekskluzywnej karmy znanej firmy ( nie płacą, to nie reklamuję ) i pojechaliśmy na wesele wspólnych znajomych. W kolejce do składania życzeń przed kościołem byliśmy z siebie dumni, bo inni goście z niewielkimi siateczkami stali, a mój ślubny partner uginał się pod ciężarem wora, którego w nic opakować nie daliśmy rady. Nie straciliśmy kontenansu nawet wtedy, kiedy ujrzałam stojącą obok Młodych Starszą oglądającą kolejną butelkę ofiarowanego wina. Dopiero przerażona mina nowożeńców i komentarz :
- Ale my nie mamy żadnych zwierząt !
uzmysłowił nam, że to nie TEN ślub :)

A dla koneserów : ja i radziecki welur poniżej ( pan młody brutalnie wycięty ze zdjęcia )



poniedziałek, 8 sierpnia 2016

KOMEDIA POMYŁEK

Nigdy nie zwracałam uwagi na zawartość mózgową mężczyzn w których się zakochiwałam, nic więc dziwnego, ze głupki lgnęły do mnie jak muchy do lepu. Prawdę mówiąc nie zwracałam i zbytniej uwagi na ich walory fizyczne, toteż wielu mam w portfolio kurdupli, niedomytych pseudo-hipisów, bezzębnych trolli itepe itede. Jeden detal nie podlegał dyskusji: brak włosów dyskryminował gościa na starcie i nigdy w swym bogatym życiu zewnętrznym nie zhańbiłam się nawet pocałunkiem z łysym.
Natomiast każden jeden włochaty, jeśli na dodatek był alkoholikiem, gwarantował mi bogactwo pożądanych przeżyć.
Nic dziwnego , że przeoczyłam subtelne uczucie, jakim obdarzył mnie kolega z pracy Paweł, albowiem mył się, nie nadużywał, zarabiał na własne potrzeby i nie prosił mnie o tradycyjne 10 złotych na 200 mililitrową flaszkę, włosy miał marne i nawet nie był żonaty. Nigdy żaden człowiek pozbawiony konstruktywnych wad w życiu się we mnie nie zakochał, toteż byłam podejrzliwa i czujna jak gajowy w puszczy. Czas mijał, kolega się nie skompromitował, a nawet zaprosił za własne pieniądze na wycieczkę krajoznawczą w okolice Kazimierza, akurat w weekend uroczystości rodzinnych. Nie mogłam zaprzepaścić okazji pogłębienia znajomości z inteligentnym kolegą, pasjonatem literatury ( co oznajmił mi po kilku dniach wspólnej pracy ), toteż wobec rodziny stanęłam okoniem. Nękana wyrzutami taty, że " nie wypada sobie jechać ", bo " co rodzina i ludzie powiedzą " napisałam do Pawła rozpaczliwego smsa:
- Boże, sami Dulscy wokół mnie !!!!!
Miłośnik prozy prawie natychmiast mi odpisał :
- Nie wiem, kim oni są, ale na pewno ci zazdroszczą !

PS. dla Miśki mój Morten :)

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

LET THE SUN SHINE

 W okolicach 80-tki mój tato postanowił zostać hipisem. Polityka bardzo go rozczarowała postanowił więc krzewić wokół siebie  miłość i spokój. W zasadzie ten spokój niekoniecznie osiągnąć mógł człowiek z jego charakterem, ale tato przynajmniej próbował  śpiewając w złości nie hard-rocka a przeboje Sacrosongu. Rodzina też postanowiła mu ułatwić przemianę z wilka w barana nie reagując na nieskorelowane z kalendarzem religijnym wściekłe wykony- zimową porą najczęściej pieśni o zmartwychwstaniu, w okresie kolęd zaś hit " Pan Jezus już się zbliża ". Wiadomo, że kiedy tato nuci " Czego chcesz od nas Panie, za Twe hojne dary ", to lepiej zejść mu z drogi i się nie wychylać, a o pieniądze najlepiej prosić, gdy spod prysznica rozlega się  " Maryjo, królowo Polski ".
Aby do trendu duchowego dostosować wygląd tato zakupił nawet rzemienne sandały, ale ponieważ nie był w stanie zrezygnować ze skarpet, pomysł wystawienia stóp w kierunku natury z żalem zarzucił.
Jako pełen pozytywnych uczuć hipis tato wbił się w kolejkę do ortopedy bez kolejki, na zarzuty oczekujących karnie w ogonku staruszków odpowiedział zaś z uśmiechem biblijnego proroka:
- Proszę mnie pocałować w dupę !
Miłością  do świata i ludzi, rozbudzoną w sobie na stare lata, tato postanowił podzielić się z innymi klientami salonu fryzjerskiego, który regularnie odwiedza celem podcięcia loków i przydatków.
Pochwalił kierowniczkę salonu, że zamiata włosy z terakoty, bo " można się wypierdzielić ", klienci posłuchali też wywodu taty na temat wyższości salcesonu nad pasztetową ( pasztetowa przypomina bowiem tacie jelito wypełnione treścią ), jednak podczas przekonywania siedzącego obok pana, że warto podcinać włosy w nosie, bo kozy się nie przyklejają, pani z dzieckiem wstała i dobitnie rzekła :
- Jak się pana słucha, to rzygać się chce !
Hipis z radością skomentował: naturalia non sunt turpia, i rozsiadł się na fotelu pokazując fryzjerce dziury w nosie do depilacji.