Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

poniedziałek, 26 września 2016

I SHOT THE SHERIFF

Jakież trzeba mieć szczęście w życiu, żeby jako pierwszego szefa w pierwszej pracy mieć Stefana, zwanego pieszczotliwie przez małżonkę Stefem. Jako stażysta zajmowałam się przede wszystkim myciem podłóg i klozetów, na szczęście dla pacjentów nie dopuszczano mnie za często do produkcji leków.  Biada temu, kto w tamtych czasach, czyli wczesnych latach 90- tych,  miał okazję wsadzać sobie w siebie wykonany moją ręką czopek lub globulkę- uwielbiałam, celem ułatwienia sobie pracy, toczyć ww. bolce klapkiem na linoleum, dzięki czemu mogły poszczycić się bieżnikiem z podeszwy drewniaka, pełne wdzięku były też globulki oblepione zielonym włosem z syntetycznej wykładziny.
Wyroby sfrustrowanego stażysty to nie jest coś godnego polecenia nawet największemu wrogowi.
Stefan wymagającym właścicielem był, będąc miernego wzrostu i postury pełnił zwykle rolę nadzorcy tandemu ja i pani Kazia, faktyczna konserwatorka powierzchni użytkowych. Zaiste jego: Hop! powodowało, że natychmiast wrzucałyśmy na pawlacz bidet zakupiony do prywatnego domu przełożonego.
Sam Stef miewał ludzkie odruchy, a to rzucił stówką przed pierwszym listopada ze słowami: kupi sobie pani znicze, pani Kasiu, a to puścił na urlop w lipcu, a nie pod koniec października. Jego małżonka, Kryśka, ludzkich odruchów nie miewała nigdy i nie rozumiała, dlaczego upieramy się mieć wolne w Wigilię, kiedy wieczerza jest dopiero wieczorem, a wszytko można sobie wcześniej przygotować już na początku grudnia. Wypoczęta po miesięcznych wczasach Krystyna krytycznym okiem oceniała wygląd pracowników w stylu :
- Jak to jest, że mieszka pani na wsi, pani Kaziu, a zawsze pani blada  jak trup!
Przerwy śniadaniowe Kryśka przerywała wdzięcznym klaskaniem w tłuściutkie łapki:
- No już, wstajemy dziewczęta, bo kolejka rośnie!
Nic dziwnego, że mściłyśmy się na pacjentach udając, że nie rozumiemy potrzeb klientów, proszących o " cóś łod ócz ", " łod katru " i " na sraczkę "- co wymagało dalszych, drobiazgowych uściśleń- czy sraczka już jest czy ma być ?
Nadszedł jednak dzień zemsty i zapłaty, koniec mojej fizycznej pracy u podstaw, albowiem postanowiłam się zwolnić. W obecności Stefa i jego małżonki efektownie rzuciłam papierami, co spowodowało pełen wyrzutu komentarz szefowej :
- Jak pani może odchodzić, pani Kasiu, po tym, co Stef w panią włożył?!!!!!!

wtorek, 20 września 2016

GŁĘBOKIE GARDŁO

- Człowiek nie świnia, wszystkiego nie zeżre- powiedział sentencjonalnie mój tato, oglądając przy oszczędnym świetle żarówki wymemłaną przez psy kromkę chleba, a następnie zajadając ją ze smakiem, i dodał :
- Tylko krowa nie zmienia zdania.
W związku z powyższym i ja pominęłam milczeniem moją zasadę, że do krajów postsocjalistycznych nie jeżdżę  tylko zwiedzam dzicz i luksus, i wyruszyłam z resztą mojej firmy na integracyjny pobyt nad Balatonem. Ośrodek oferował dwa rodzaje pokoi: z łazienką i ubikacją na korytarzu albo z łazienką wewnątrz i taki też przypadł mnie. Poniewczasie bardzo żałowałam, bo łazienka posiadała prysznic jak w łaźniach obozowych, a betonowa podłoga teoretycznie miała ułatwiać wodzie zejście do kratki, zaś w praktyce człowiek stał po kostki we własnych sikach ( bo ubikacja była nadal na zewnątrz );p. Na szczęście wody przeważnie nie było więc i z łazienki korzystać nie było sensu. Popularnością  cieszyło się kąpielisko, gdzie gremialnie obmywało się spocone pachy i nie tylko.
Na tle ogólnego prymitywu, jaki reprezentowaliśmy, jaśniała kultura i obycie kierownika Marka, intelektualisty i sportowca, smakosza i wegetarianina. Podczas gdy my, a mam na myśli 90 % pracowników mojej firmy, bo 10 % nieustannie spało w stanie nietrzeźwym, w Balatonie jedynie myliśmy się i oddawali prymitywnym rozrywkom typu rzucanie dmuchanej piłki, Marek któregoś dnia wynurzył się z hotelu w piance, płetwach i masce z rurką. Omijając nasze stado z godnością i kulturą osobistą zaczął zanurzać się w odmętach węgierskiego akwenu. Szedł, szedł, szedł, a woda nadal sięgałaby mu do slipek, gdyby je posiadał. Zdenerwowany nieco dosiadł się do łódki zajętej przez tubylców, którzy wywieźli go nieco dalej, prawie na środek Balatonu. Marek zgrabnie wskoczył do wody, uzbrojony przede wszystkim w rurkę do oddychania.......
Woda przykryła mu jedynie częściowo korpus, a my nadal widzieliśmy jego pośladki i machające w powietrzu płetwy.

wtorek, 13 września 2016

FINAL COUNTDOWN

Rodzice moi, Zofia i Zdzisław, uchodzili za wzorowe małżeństwo, może dlatego, że pobrali się z rozsądku ( przynajmniej mama), a w związku z tym scen zazdrości nigdy nie było, bo samotne wyprawy małżonka zwisały i powiewały jego ślubnej. Wychodząc za mąż ze skalkulowanych dokładnie powodów, czyli zaawansowany wiek przyszłej panny młodej i  przyszłościowy zawód narzeczonego, można było stawiać twarde warunki: żadnego, gotowania, prania, sprzątania tudzież dzielenia się dochodami. Jak kocha to się zgodzi. Zgodził się.
Czasami, po sutym obiedzie u znajomych, tato ośmielał się głośno pomarzyć, że może i jego własna żona by coś, kiedyś.....natychmiast natykał się na lodowate spojrzenie małżonki, która z papierosem w ręku pytała retorycznie :
- Zdzisiu, a czy Tobie ktoś kazał się ze mną żenić ?
Po takim dictum tacie pozostawało jedynie nastawianie ogórków małosolnych i noszenie rajstop do repasacji. Jedyną osobą doceniającą jego postawę i kulinarno-czystościowe wyczyny była teściowa, więc z reguły z nią, jak stare, dobre małżeństwo tato spędzał wieczory przy własnoręcznie upieczonym placku ze śliwkami. Teściowa czyli moja babcia, również Zofia, pokochała zięcia tak mocno od pierwszego wejrzenia, że domagała się wspólnego wyjazdu w podróż poślubną do Polanicy Zdroju w myśl zasady : w kupie raźniej, a poza tym " ja z córką przecież nie mam żadnych tajemnic "!
W romantyczno-handlową podróż udało się moim rodzicom wyrwać samotnie do Włoch w pamiętnym roku 1974. Babcia przeżywała, ale wydział paszportowy nie widział sensu w wysyłaniu jej na staż do Instytutu Pszczelarstwa w Bolonii. Tato, jako ten beznadziejnie zakochany, oszczędzał na zakupy i ogólnie miał za zadanie uczynienie wyjazdu lekkim i przyjemnym. Niestety zdarzyła się i taka atrakcja jak trzęsienie ziemi. Rodzice spokojnie leżeli w łóżkach podczas dygotania kubków na stole, wytrzymali nawet spadające torby z pawlacza, ale przy huśtającym się żyrandolu tato nie wytrzymał i złapawszy walizkę w slipach wybiegł przed ich tani hotel. Ukochana żona została w epicentrum niczym słup soli. Po czasie tato tłumaczył się głupawo:
-Przecież wiedziałem, że najbardziej Ci zależało na tych ciuchach z Mediolanu w walizce !
Mama wycedziła w swoim stylu odpowiedź :
- W trumnie to akurat mi jest wszystko jedno !

PS. Ukochana Teściowa i Zięć, ubiory z lat 70-tych ubiegłego wieku.


wtorek, 6 września 2016

LOVE, LOVE ME DO

Miłość mojej babci, Zofii, do dziadka Kazimierza była wielka, ale nie aż taka jak do pobytów w sanatorium. Babcia, zdrowa jak za przeproszeniem byk, nieustannie korzystała z ofert uzdrowiskowych, bo:
bolała ją noga prawa po przejściu 40 km w górach, dostała zadyszki po wejściu schodami na szczyt Pałacu Kultury ( ani chybi gruźlica ), nie mówiąc już o uporczywej bezsenności- babcia zasypiała dopiero o północy, wcześniej chrapiąc przez kilka godzin przed telewizorem. Okresowo dochodziły problemy gastryczne, szczególnie po spożyciu kilograma śliwek zapitych kefirem.
Zrozumiałe jest więc, że babci Zofii sanatorium należało się jak psu kość. Tam  natychmiast nabierała kondycji, niefrasobliwie flirtując (" bo przecież ja wiem, że nie myślę o niczym niemoralnym, nie to co Kazik na wczasach ! " ). W roku 1983 po raz pierwszy trafił się babci Ciechocinek, tymczasem dziadek pozwolił sobie na poważną chorobę miesiąc przed wyjazdem żony, a choroba szpiku okazała się na tyle poważna, że umieszczono go w szpitalu. Wierna i kochająca małżonka odwiedzała męża codziennie, im bliżej turnusu w Ciechocinku tym bardziej nerwowo. Tydzień przed planowanym wyjazdem, kiedy dziadek na sterydach nadal nie wracał do formy, babcia poskarżyła się mojej mamie :
- No niech ten Kazik się decyduje, zdrowieje albo umiera, ale to już, bo sanatorium przepadnie !

PS 1: poniżej zupełnie bez związku z tematem zdjęcie z letniego wypoczynku w czasach studenckich  czyli 1989 rok
PS 2: kompletnie nie rozumiem, dlaczego mam skarpety i sandały, widocznie było zimno...jak to nad jeziorem :p