Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

poniedziałek, 28 listopada 2016

NIE MOGĘ CI WIELE DAĆ

Miłość spadła na mnie w wypiździsty dzień kwietniowy w obecnym stuleciu jak foliowa siatka na szybę samochodu- niby nic, a się człowiek wkurwia i świata nie widzi. Zajrzałam jako przedstawiciel do zapyziałego gabinetu w wiejskiej przychodni i od razu, jak Jagienka w Krzyżakach, stwierdziłam:
- Mój ci on!
On, co prawda, jeszcze długo o tym nie wiedział, ale najważniejsze, że wiedziałam ja, wszystkie moje przyjaciółki, koleżanki i koledzy z pracy i nie tylko, sąsiedzi, inni lekarze i ogólnie et consortes:p
Zdobyć nie było łatwo, ale po kilkunastu odwiedzinach w miesiącu nawet idiota by się zorientował, że o jakieś wyższego rzędu niż miłość do pracy uczucia chodzi i w miesiącu czerwcu udało mi się wyprosić wspólną kolację" na koszt firmy".
Pierwszą wpadkę zaliczyłam, gdy okazało się, że nie mam pieniędzy w portfelu ani na karcie i za kolację musiał zapłacić On( a żarłam, jakbym nigdy w życiu frytek nie widziała). W związku z moim brakiem kasy również On musiał zakupić alkohol na after party, które dziwnym trafem losu odbyć się miało u niego w domu.
Drugą wpadkę zaliczyłam, gdy okazało się, że wzięłam na wspólną kolację zapasowe majty i szczoteczkę do zębów- do tej pory On się zastanawia, skąd wiedziałam, że zostanę do śniadania
( nawet, gdyby nie wygonił, spałabym na wycieraczce)
Trzecią wpadkę zaliczyłam w styczniu następnego roku i mamy córkę.
Wobec powyższych, chociaż nie chciał, zostaliśmy parą. Ale co innego kulturalnego Pegaza zdobyć, a co innego utrzymać, kiedy zamienił się po pierwszych miesiącach uniesienia w zwykle nietrzeźwego konia, a nawet byka...a i takich jak ja, co to do gabinetów pukają, masa i przeważnie ładniejsza.
Odkąd od staruszek siedzących w poczekalni usłyszałam przypadkiem, schowana za winklem, że:
- Nasz doktor każdą mógł se mieć, a wzion taką stara i z dziećmi!( fakt, miałam troje z innych sytuacji, kiedy grom miłosny mnie poraził)
postanowiłam być czujna.
Sprawdzanie smsów w telefonie śpiącego ukochanego to banalny standard, ale już odpisywanie w ordynarnym stylu to tylko moja właściwość. Chłop sie co prawda dziwił, że ulubiona pacjentka patrzy nań nagle spode łba, nie wiedział bowiem, ze na wiadomość z podziękowaniami za miłą wizytę otrzymała odpowiedź:
- Miło to by było, gdyby pani była o sto kilo szczuplejsza!
Również na moje szczęście gabinet, w którym On przyjmował, był dokładnie pod naszym klozetem w mieszkaniu, a wentylacja łączyła oba pokoje. Siedząc spokojnie na sedesie mogłam bez trudu słyszeć każde wypowiadane w gabinecie słowo i nie o diagnozy bynajmniej mi chodziło. Lojalnie uprzedziłam, ze jak tylko usłyszę choćby ślad flirtu natychmiast spuszczam wodę, co oznacza, że za chwilę będę osobiście interweniować. Pewnego dnia jakaś nieznająca mnie i mojej agresji przedstawicielka zaproponowała mojemu chłopu wspólny wypad na grzyby w ramach relaksu, akurat wtedy, kiedy spokojnie sikałam. Uwiesiłam się sznurka od górnopłuka z taką werwą i nienawiścią, że dało to do myślenia osobom poniżej i, wypadając na schody, ujrzałam tylko dziewczynę biegnącą do samochodu sprintem z przeszkodami.
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że i tak, cholera jasna, jakoś mnie umiał zdradzać!
Mimo, że niejedna oberwała rurą od odkurzacza, prawda pani Justyno???

piątek, 18 listopada 2016

MATRIX- REINKARNACJA

Moja babcia, Zofia, aczkolwiek rozrzutna jak jej zięć, Zdzisław, miewała momenty dramatycznego skąpstwa, nazywanego w rodzinie niemarnowaniem- również jak jej zięć, Zdzisław. Choćby jeden ziemniaczek pozostał z wczasowego obiadu babcia konsekwentnie zawijała go w serwetkę" na wynos" ze słowami:
- Zapłacone, to się należy!
Pamiętam górskie podróże z dzieciństwa czyli zwiedzanie najkrótszych tatrzańskich dolinek, zawsze z prowiantem( zaoszczędzonym z posiłków) w pergaminowych torebkach i zawsze z termosem pełnym wyniesionego z jadalni kompotu.
Grzechem dla babci było wyrzucanie czegokolwiek stąd w szafach egzystowały najedzone mole, w zapasach, na wypadek wojny, mąki tuczyły się wołki zbożowe, a bytujące w cukrze mrówki faraona nie raz były zapieczone w cieście( spożycia nie można było odmówić, bo mrówki przecież były martwe!)
W pracy, wspólnej dla babci i zięcia, tradycją były tak zwane prezenty przechodnie czyli na przykład kryształowy wazon, który moja mama dostała od wdzięcznego pacjenta i który przez tatę został natychmiast puszczony w imieninowy obieg w jego zakładzie pracy. Po półtora roku wazon powrócił do rodziny- babcia otrzymała go od koleżanek.
Kiedy zaczęłam pracę w aptece w zamierzchłych czasach obchodzenie imienin było huczne i nawet alkoholowe. Ze szczególnym wypierdem świętowaliśmy dzień świętej Joanny, patronki naszej kierowniczki, która co prawda zawsze wtedy brała dzień urlopu, żeby nie piec orzechowego tortu, o którego smaku i zaletach nie raz nam opowiadała i na teorii się skończyło, za to dzień po chętnie przyjmowała prezenty. Jako wielbicielce malarstwa postanowiłam jej kupić album, a do tego zgłosił sie ochoczo mój tato, bo i tak miał zamiar iść do księgarni. Nastepnego dnia z dumą wręczyłam kierowniczce zapakowną w gustowną torebkę ksiązkę o tytule( do dziś pamiętam)
" Od Maneta do Pollocka". Przy wtórze zachwytów innych współpracowników pani Joasia nabożnie zaczęła przewracać kartki, wśród których ukryta była ozdobna pocztówka z dedykacją:
" Przyjacielowi Zdzichowi z okazji imienin książkę tą ofiarowuje - Janusz"

wtorek, 8 listopada 2016

CRIME STORY

Jako że dzień zaduszny był dopiero co, pozwolę sobie wspomnieć wydarzenie, które o mały włos nie spowodowało mojego przeniesienia się na drugą stronę płyty nagrobnej. Jak dziś pamiętam: był to lipiec 1998 roku i miałam zaledwie trzydzieści lat!
Rozpoczęta właśnie w firmie farmaceutycznej praca zmusiła mnie do podróżowania służbowym samochodem, chociaż prawo jazdy robiłam w zamierzchłej przeszłości na Maluchu z rozrusznikiem. Wsiadłam zatem żwawo do służbowego Opla, z socjalistycznego nawyku wypełnionego dwoma kocykami( jakby auto stanęło w środku lasu w zimie) i papierem toaletowym w kilku rolkach, który jest moją ulubioną formą chustek do nosa( chustek z materiału, po traumie z dzieciństwa, kiedy to ja byłam odpowiedzialna za ich pranie w sezonie kataralnym, bo mama brzydziła się ciągnących się, jak śluz ślimaczy, smarków, nie używam). Prowincjonalne miasteczko, w którym  miałam odwiedzić szpital, było dla mnie tak topograficznie skomplikowane, że postanowiłam "nabyć języka" u tubylca, którym okazał się czyściutki staruszek w garniturku, jak się potem okazało: pan Zenon J. Staruszek również uznał, że wytlumaczenie mi tak skomplikowanej trasy, jaką jest droga do szpitala w osadzie z czterema ulicami na krzyż, przerasta nasze obopólne możliwości i zaproponował:
- To ja se siędę z panią, bo i tak do poradni kardiologicznej w szpitalu zmierzam na kontrolę po zawale.
Pan Zenon wygodnie się rozsiadł, ja nałożyłam plastikowe okulary przeciwsłoneczne, w żaden sposób nie korygujące mojego astygmatyzmu i wady wzroku powyżej pięciu dioptrii, i ruszyliśmy z kopyta z trasy pobocznej szutrowej na drogę główną asfaltową. Mój zrelaksowany towarzysz kierował moimi poczynaniami jak kapitan na Titanicu, zatem nic dziwnego, że po jego donośnym rozkazie:
-Tera w lewo!
zatopieni w rozkosznej konwersacji wjechaliśmy radośnie prosto pod serbskiego TIRa
( kierowcą był, jak się później okazało, pan Slobodan T.)
Pan Zenon beztrosko nie zapiął pasów, toteż ostatnią rzeczą, jaką pamiętałam po jego okrzyku:
-Jezus, Maria!!
był zwis jego przerażonych ramion na mojej szyi.
Służby ratownicze, mimo przejściowych trudności czyli konieczności wycinania mnie z Garbusa  w jakiego przeistoczył się Opel, stojącego w kałuży paliwa, sprawiły się dobrze i odzyskałam przytomność w ramionach lokalnego lekarskiego Brada Pitta, który, wskazując na nieruchomą postać pana Zenona zwisającą poprzez drążek zmiany biegów, spytał:
-A ten pan to kto?
Wzrokiem omiotłam bezwładne ciało staruszka- przewodnika i, radosnie się śmiejąc( oczywiście z powodu szoku) odpowiedziałam:
- A ten pan to chyba trup!
PS. Pan Slobodan, poza zwichnięciem nogi, z którego to powodu domagał się przejażdżki karetką na sygnale, nie doznał innych uszczerbków. Pan Zenon nie dotarł do kardiologa w mieście powiatowym za to przewieziono go na bezpłatną konsultację do największej lubelskiej kliniki, gdzie w bonusie otrzymał trepanację czaszki.
A tak poza tym: wszyscy zdrowi:)

czwartek, 3 listopada 2016

MIŁOŚĆ CI WSZYSTKO WYBACZY

Wszelakie moje związki damsko- męskie były,  zapewne przez przedurodzeniowe fatum przyrody, skazane na niepowodzenie. Na pewno przyczyną nie był mój dziecięco- nastoletni visual uprawniający mnie do grania roli pana Zagłoby we wszelakich sienkiewiczowskich inscenizacjach. Na kolonie pracownicze, będące kuźnią nastoletnich związków, pojechałam po raz pierwszy po wizycie u fryzjera, który zbyt dosłownie potraktował słowa mojej mamy:
- Proszę krótko, tak raczej po męsku.
Efektem było odsłonięcie moich gigantycznych uszu i strzelistego czółka przez fryzurkę
" dwumilimetrowy jeżyk wykonany tępą maszynką". Moja nieśmiała próba doklejenia się do najpopularniejszych i najładniejszych dziewczyn w ósmej klasie, chociażby przez udział w dyskusji na temat " Przeminęło z wiatrem" i książek Siesickiej, skończyła się po potraktowaniu mnie przez ich liderkę słowami:
- A co ty Kasia możesz wiedzieć o miłości?:p
Zresztą właśnie w ósmej klasie moja miłość do  superprzystojnego( o ile dobrze pamiętam) Igora skończyła się wpadnięciem przeze mnie w erotycznym widzie na ścianę, co tenże Igor skomentował:
- Ale ty durna jesteś !
i pozostało mi tylko robienie mu fotek przez dziurę w drzwiach do męskiej toalety.
Pozostając w klimacie szkoły podstawowej najbardziej gorącym uczuciem było  to, które wybuchło  w moim sercu i umyśle po poznaniu  Pawła na zimowisku w Kamionce Wielkiej. Zima stulecia, szkolna sala służąca kilkunastu osobom na leżakach za sypialnię, pracujące całe noce farelki o śmierdzących spiralach i ON, zawsze otoczony tłumem wielbicielek, palący kupowane w Peweksie Marlboro, król dyskotek z przebojami Boney M( lata siedemdziesiąte to były, przypominam subtelnie). Trzymając się blisko gwiazd zimowisk, czyli Ewy i Agnieszki, licząc na to, że coś mi skapnie z nieskonsumowanych przez nie dóbr uczuciowych wysyłanych im przez kolegów w nadmiarze, trafiłam na pożegnalny bal  w szkole podstawowej w naszych polskich górach. Odziana gustownie w bistor i dzianinę ujrzałam zmierzającego w naszą stronę Pawła, a litościwe i przekupione dezodorantem Bac koleżanki zaproponowały mu do tańca moją osobę. Mój idol omiótł spojrzeniem moja solidną posturę i równie solidne szkła w okularach i zadał mi cios prosto w serce mówiąc:
- Z tym prosiakiem nie tańczę!
PS. los chciał, że po latach znaleźliśmy się w jednej grupie na roku- Paweł, na skutek nadmiernego spożycia wszelakich substancji, miał lekkie opóźnienie edukacyjne, i z powodu jego amnezji( nazwa Kamionka Wielka niewiele mu mówiła) zostaliśmy parą na dwa długie lata. Prosiak zwyciężył!