Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

piątek, 30 grudnia 2016

OSTATNI MOHIKANIN

Józef K. lat 35, zwany potocznie pierdołą męską, okazał się być moim kompanem dojazdowym do nowej pracy. Nie można porównać jazdy moją dziesięcioletnią Hondą, czy też koleżanki trzyletnią Skodą, do komfortowej podróży limuzyną kolegi Józefa. Nabył on swoje wypieszczone cudo sześć lat temu, typ kombi, żeby łatwo można było wstawić wózek dziecięcy i wygodnie podróżować z rodziną nad morze. Niestety, przez sześć kolejnych lat od zakupu żadna kobieta nie związała się z pierdołowatym Józiem, zatem i obszerny bagażnik zamiast wózka mieścił kosmetyki do pielęgnacji karoserii, gumiaki i koszyk na grzyby oraz ogrodnicze pazurki. Zaprawdę powiadam: mężczyzna, którego pasją jest grzybobranie i działka powinien być rozchwytywany przez płeć przeciwną, szczególnie, że kolega jedynie delikatnie łysieje. Ale w dzisiejszych zepsutych czasach nie ma, jak widać, prawdziwych kobiet, i jedynej frywolnej rozrywki dostarczałam Józefowi, podczas wspólnych podróży, ja.
Uwielbiam niebanalne ryzyko toteż codziennością moją jest jazda na rezerwie rezerwy benzynowej, a naukowe badania dotyczące dystansu przejechanego na kompletnym zerze przyniosłyby mi co najmniej habilitację. Nietrudno zrozumieć, że Józef, kiedy nadchodziła moja kolej dowozu do zakładu pracy, robił się lekko nerwowy, a jego pedantyczna natura była skłonna napełnić mi bak za własne pieniądze, byle tylko zniknął dreszczyk niepewności. Nie chciałam jednak zrezygnować z emocji i któregoś dnia, podczas ożywionej dyskusji na tematy osobiste, na środku drogi ekspresowej silnik nam spektakularnie zgasł. Józef smętnie spojrzał na stojącą metr od nas tablicę z napisem: stacja 2 km, ustawił trójkąt ostrzegawczy i, z portfelem własnym w ręku, ruszył poboczem. Szutrowa poboczna nawierzchnia nie była idealnym podłożem do marszu w cichobieżkach a la Bruce Lee, które tegoż dnia kolega wzuł. Przewidując dłuższą drogę przez mękę usiadłam wygodnie na odchylonym siedzeniu i zatopiłam się w myślach przy muzyce. Godzina minęła mi jak z bicza strzelił i Józef ukazał się moim oczom z pełnym benzyny pojemnikiem na płyn do spryskiwaczy( płyn, z bólem serca, wylał), lejkiem i powiewającym na wietrze światkiem papieru, który okazał się trzystuzłotowym mandatem za chodzenie po poboczu drogi ekspresowej. Nie poruszaliśmy tego tematu i po błyskawicznym zatankowaniu
( benzyna obficie spryskała bluzeczkę Józia z nieznanego mi bliżej materiału) oraz wymuszeniu na mnie obietnicy, że nigdy więcej, ruszyliśmy w drogę.
Historię tą, kosztującą go 250 złotych i godzinę spóźnienia, kolega ze śmiechem opowiadał każdemu nadarzającemu się słuchaczowi( śmiech dotyczył mojej głupoty). Opowieścią tą raczył też podwożoną przez nas kilka dni później  własną kierowniczkę, przez co zapomniałam rzucić okiem na licznik rezerwy i w połowie drogi, cztery kilometry od najbliższej stacji, samochód zaczął spokojnie zwalniać.
Na przerażone spojrzenie Józefa, które rzucił najpierw na licznik, a potem na mnie, mogłam tylko odpowiedzieć pocieszająco:
- Ale mamy już lejek!

UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa

czwartek, 22 grudnia 2016

LAST CHRISTMAS I GAVE YOU MY HEART

Spędzić spokojną Wigilię z moją rodziną,  jeszcze w pełnym składzie w latach 70/80 , było rzeczą niemożliwą. Najpierw zjeżdżała poranną porą babcia Teresa, absolutnie nie do pomocy, a do konstruktywnej krytyki pod adresem synowej( gotowaniem w moim domu zajmował się tato czyli ukochany syn). Po niewinnych aluzjach typu:
- Nie nudzi ci się, Zosiu, tak godzinami z gazetą siedzieć?( zamiast pocić się przy bigosie)i
- Jak to dobrze, że byłam przewidująca i chłopców nauczyłam gotować!
babcia przechodziła do ostrzejszej ofensywy podpierając się atutami religijnymi:
- Jezus Maria Józefie Święty, ty synu nawet w święta spokoju nie masz, to po co się żeniłeś?????
Przy powyższym retorycznym pytaniu tato zaczynał się, jak co roku, zastanawiać po co się ożenił, a mama z papierosem w ustach zamykała się w ubikacji celem uspokojenia atmosfery.
Po przyjściu dziadków drugich, czyli babci Zofii z dziadkiem Kazimierzem, następowała swobodna licytacja zalet własnych dzieci z całkowitym pominięciem dobrych cech strony drugiej. Mogłam się wtedy dowiedzieć, że mój tato był idealnym synem, chętnym do nauki i prac domowych i że również moja mama takim samym ideałem była. Jak to się stało, że po ślubie przestali wyrażać chęci i zapał do wszystkiego zrozumiałam dopiero po zamążpójściu nr 1.
Przy barszczu temat rozmowy był licytacją chorób i wymianą porad lekarskich. Babcia Teresa(według własnej opowieści jeszcze przed wojną stojąca nad grobem) przy piątej łyżce zupy standardowo zadawała pytanie:
- A ile pan, panie Kazimierzu, tabletek Bisacodylu bierze na wypróżnienie?
po którym to pytaniu okazywało się, że zaparcia babci to małe piwo przy zaparciach dziadka( tylko w obozie jenieckim wypróżniał się regularnie po regularnych posiłkach). Kiedy wszyscy zapychali się pierogami do akcji mogła wkroczyć babcia Zofia ze swoją wyimaginowaną cukrzycą, której nie potwierdzały żadne badania, ale " dlaczego wobec tego ciągle chce mi się pić i sikam?"
Przy makowcu babcia Teresa żegnała się wylewnie ze wszystkimi, bo były to, jak co roku odkąd pamiętam, jej ostatnie święta. Po wprowadzeniu stanu wojennego funeralna histeria babci jeszcze wzrosła.
- I wspomnijcie mnie tam przy opłatku, jak mnie już nie będzie!
wyrzekła ostatnie życzenie w 1983.
Następnego roku zmarł dziadek Kazimierz i babcia Teresa oznajmiła, że za rok będą już razem w niebiesiech Wigilię spędzać.
Następnego roku zmarła babcia Zofia i babcia Teresa oznajmiła, że teraz jest następna w kolejce.
Po śmierci mojej mamy w kolejnym roku babcia Teresa pogodziła się z faktem, że dożyje setki!
I prawie jej się udało!

niedziela, 11 grudnia 2016

POSTSCRIPTUM( UWAGA NA SŁOWA NIEPARLAMENTARNE)

Wola czytelników Rybki jest dla mnie święta zatem wyjaśniam motywy mojego wczorajszego zakazanego czynu: dewastacji samochodu pani Justyny H. polegającej na odkręceniu wentyli w kołach, urwaniu zdezelowanego zderzaka i zrobieniu kluczykami znaku Zorro na karoserii prawych drzwi. Czynu tego dokonałam na parkingu wczesnym rankiem i jedyną osobą, która ewentualnie mogłaby mnie zobaczyć, był pan Fred, lokalny bezrobotny alkoholik i jednocześnie mój wielbiciel. Kiedy przed laty Doda zaszczyciła nasze lokalne dni miejscowości, na pytanie mojego męża, czy sąsiad idzie ją obejrzeć, pan Fred z pogardą odparł:
- A co my tu ładniejszych niż Doda nie mamy? O, na przykład nasza pani doktorowa( czyli ja).
Pani Justyna, młodsza ode mnie o siedem lat, zaraz po moim zainstalowaniu się z lokalnym lekarzem w miejscowości M., upatrzyła mnie sobie na przyjaciółkę i bratnią duszę, wszak obie byłyśmy, według jej określenia, wysoce wykształcone( ona licencjat w Radomiu, ja doktorat w Lublinie :p),
Pani Justyna prowadziła sklep chemiczno- kosmetyczno- wielobranżowy, była śmiertelnie zakochana w swoim mężu, o czym opowiadała mi przy każdym obiedzie na który przypadkowo do mnie wpadła, czyli codziennie. Jako moją jedyną tam koleżankę otaczałam ją troską i opieką, fundowałam wizyty u kosmetyczki na jej różowaty trądzik, woziłam dzieci do specjalistów w wojewódzkim mieście, polecałam lektury odpowiednie dla umysłowości, rozdawałam talony na manicure( gdzie dowiedziała się, że lakier z Sylwestra warto zmyć przed wakacjami). Justyna, szczęśliwa małżonka, bardzo współczuła ciężkiego życia mnie, żonie notorycznego, agresywnego pijaka, nieustannie stwierdzała, że ona to by się dawno rozwiodła na moim miejscu i w ogóle otulała mnie kołderką nieustannego współczucia.  Po jednej, dosyć intensywnej kłótni z moim ukochanym, postawiłam ultimatum: ma iść na leczenie i w ogóle sobie wszystko przemyśleć, a ja chwilowo udaję się w rodzinne pielesze.
I zostałam w tych pieleszach na lata, albowiem moja koleżanka Justyna w szczerej rozmowie powiedziała mojemu facetowi, żeby dał sobie spokój z taką nienormalną dziwką jak ja, co to nie wiadomo w co się ubiera, na pewno go zdradza( a ona wie coś o tym!) i w ogóle.......ona natomiast, czyli Justyna, jest jak najbardziej chętna , bo sie nagle w nim zakochała.
Bilans strat: mąż pani Justyny po próbie samobójczej, ja w stanie permanentnego wkurwienia, pani Justyna w toksycznym związku z agresywnym alkoholikiem i nieustannie dręczona przez mnie fizycznie( rurą od odkurzacza), pan Fred zaś nadal oczekujący, że jednak może kiedyś, my..........:p

sobota, 10 grudnia 2016

FIKI MIKI MYSZKI MIKI

Przejmując się, w wieku młodzieńczym, przekazem czytanej lektury typu Popioły, Trylogia i Quo Vadis, tudzież oglądając rysunki Grottgera, doszłam do wniosku, że idealnym partnerem życiowym dla mnie byłby bohater walczący za ojczyznę, z którym wiodłabym pełne niewygód życie na Syberii. Walczący człowiek idei oczywiście nie przejmowałby się takimi drobiazgami jak moja nadmierna tusza czy wzrok kury o zmierzchu. Lata minęły, jednak mój maksymalizm uczuciowy przy minimalizmie materialnym pozostał, i kiedy zapoznałam odpowiedniego kandydata na miłość mojego życia, czyli trunkowego lekarza, bez wahania porzuciłam luksusy miejskiej metropolii na rzecz cichego bytowania w wiejskim przysiółku na dalekiej prowincji
( także mentalnej). Ambicją moją było dorównanie mojej poprzedniczce w tym lokalu toteż bez słowa skargi, a wręcz z pieśnią na ustach, nosiłam drwa i węgiel do rozpalenia dwóch pieców kaflowych pokojowych i jednego kuchennego. Zdarzały się wpadki....A to ułożyłam misterny stos węgla, na to kilka drewienek i dwie tutki po papierze toaletowym, chlusnęłam obficie denaturatem i o mało nie wyleciałam w powietrze razem z piecem. A to zapchałam przewód kominowy butelkami typu PET i ogólnie niepotrzebnym plastikiem, dzięki czemu nie tylko smród mało nie wydusił sąsiadów, ale i zaczadziłby domowników gdyby nie to, ze pan domu  się obudził, zanim zasnął snem wiecznym.
Szczęścia mojego nie mąciły roje ścierwich much z upodobaniem żerujących w kuchni ani też nieustanna ekspansja zawartości szamba na ogródek pod oknami sypialni. Jak miłość to miłość i nie ma to tamto!
W rzadkich chwilach dobrego humoru i trzeźwości mój ukochany kupował mi prezenty: a to pół kilo kiełbasy żywieckiej, a to majonez kielecki, a to moje ulubione  ciasteczka Pieguski. Ciasteczkami delektowałam się zwykle kilka dni, stały dumnie na blacie kuchennym, w okolicy gazowej butli, i wymownie świadczyły o moim statusie w tym domu. Szlag mnie tylko trafiał, ze po jednym dniu każde ciastko było nadjedzone i nikt do konsumpcji nie chciał się przyznać, a moje epickie wypowiedzi pod tytułem:
- Jak chcesz zeżreć to weź całe!
pozostawały bez odpowiedzi.
Zjadałam zatem ze smakiem resztki ciastek do dnia, w którym mój ukochany, biegnący bladym  świtem do toalety, nie zawołał mnie do kuchni pokazując trójkę szarych myszek ze smakiem chrupiących Pieguski z otwartej paczki. Dwie kolejne ciągnęły wczorajszą kanapkę do skrytki za butlą z propan- butanem.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

CUD NIEPAMIĘCI

Małgosia przyszła była do mojej firmy byłej w celu jasnym i klarownym znalezienia męża. Nieuroda Małgosi rzucała się w oczy, podkreślana umiejętnie całą gamą nietwarzowych kolorów, a ulubione rajstopki opinające łydki w kształcie tralek były w kolorze czerwonym. Miała ona i ma natomiast ogromną zaletę umysłową czyli pozytywną sklerozę. Małgosia nie pamięta negatywnych opinii na jej temat, nie łączy tych opinii z żadną ze znanych jej osób i w związku z tym się nie obraża, a optymistycznie patrzy na świat i swoje szanse w branży ślubnej. A że zapotrzebowanie na skromne i pogodne dziewice jeszcze jest na tym podłym łez padole to i pracujący razem z Małgorzatą Kłos Jarosław Bąk zawziął się, wziął się i się ożenił z wyżej wymienioną. Po ślubie on został na stanowisku wysoce menedżerskim, ona, jak to w Polsce zwykle bywa, została przeniesiona do działu zaopatrzenia gdzie, bez słowa skargi, oblepiała pudełka taśmą klejącą, sortowała kalendarze i pryskała złotym sprayem szyszki ozdabiające stoły podczas integracyjnej, firmowej wigilii. Oczywiste jest przecież, że dwa Bąki szefami czegokolwiek być nie mogą!
Zły los sprawił, że tuż przed wycieczką firmową do Barcelony, z przesiadką w Madrycie, Jarosław złamał nogę i Małgosia, nolens volens, poleciała tylko z koleżankami i kolegami z pracy, czyli właściwie sama. Nie dla niej intensywne pijaństwo i inne wycieczkowe atrakcje czyli ruja i poróbstwo. Małgorzata nie podziwiała nawet zabytków bez reszty zajęta pisaniem smsów do męża z pytaniami, czy zjadł śniadanie/brunch/lunch/obiad/kolację i czy posiłek odpowiednio popił tudzież przyjął w pokarmie odpowiednią ilość wapnia niezbędnego przy zrastaniu kośćca. W żadnej galerii i  w żadnym sklepie Małgosia nie wypatrzyła podczas turnusu prezentu godnego jej małżonka i dopiero w drodze powrotnej, na lotnisku, podczas przesiadki w Madrycie, ujrzała niezwykłej urody talerze do pizzy, ozdobione brzegowo fikuśnymi papryczkami. Weszła do wolnocłowego butiku i oniemiała na widok jeszcze inszych pizzowych talerzy, również kuszących wzorkami zaczerpniętymi z kulinariów.
Reszta wycieczki, ze mną na czele, po spożyciu godziwej ilości trankwilizujących procentów siedziała wygodnie w samolotowych fotelach i przysypiała w oczekiwaniu na odlot. Minuty, a potem dziesiątki minut mijały, a samolot jak stał, tak stał. Stewardesa wyjaśniła niektórym trzeźwym, a zatem ciekawym, że brakuje pasażera. Po kolejnej półgodzinie przez drzwi wpadła zadyszana Małgosia, przyciskająca do łona pokaźne pudło z pseudoporcelaną i dopiero wtedy zauważyliśmy jej dotychczasowy brak.
- Małgośka, do jasnej cholery- ryknął jeden z obecnych na wycieczce kierowników- przecież wywoływano kilkanaście razy twoje nazwisko przez  megafon!
- No tak, słyszałam- tłumaczyła się sklerotyczna koleżanka- ale szukano Małgorzaty Bąk, a ja zapomniałam, że już się Kłos nie nazywam!