Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

piątek, 12 maja 2017

KLOZET A SPRAWA POLSKA

- A żesz k..a, cholera jasna, ty ch...pi........ jeden!!!!- wyartykułował z trudem pan Czesław, dozorca śródmiejskiej kamienicy, zsuwając się, z ominięciem siły tarcia dzięki krążącym we krwi procentom dającym konkretne promile w wydechu, po poręczy schodów z trzech pięter na sam zimny, betonem wyłożony parter. Tamże zastał go leżącego dziadek Kazimierz, mieszkaniec owego przedziwnego, przedwojennego budynku, podzielonego przez socjalistyczne władze na trzy odrębne części. Aby wnieść zapadłego w sen pana Czesia z parteru dolnego w części A na parter górny w części B należało wyjść na podwórko, poprzez bramę zawierającą drzwi do części C, mieszczącej Urząd Skarbowy, dojść do wejścia B przy ulicy i poprzez to wejście wnieść pijane zwłoki po kilku schodkach do mieszkania. Proste jak życiowa zasada dozorcy Czesława: zarobić i przepić.
Dziadkowie początkowo, pomimo mieszkania w części B, mieli wejście do swoich komnat w liczbie jednej z wnęką przeszklonymi drzwiami wprost z korytarza Urzędu Skarbowego( mieszczącego się w części C). Nie raz interesant skarbówki pukał do drzwi nr 35 i szarpał klamką trzymaną z drugiej strony przez babcię Zofię z tasakiem w ręku. Na nieszczęście wszystkich dziadek Kazimierz pracował w tymże urzędzie i koledzy z pracy uważali za rzecz normalną wpraszanie się do lokalu nr 35 na reglamentowaną herbatę Madras. Po kilku latach kierownik miał dosyć szukania pracowników w pustym biurze i drzwi nr 35 komisyjnie zamurowano, a dziadkom wybito dziurę, jak Pan Bóg przykazał,w klatce schodowej budynku B.
Drzwi drzwiami , ale pomiędzy Urzędem Skarbowym w Lublinie a mieszkaniem dziadków mieścił się nowocześnie wyposażony klozet służący obu stronom porcelanową muszlą z górnopłukiem. Klozetu nie chciał nikt zamurować od swojej strony- pracownicy biura musowo musieli mieć gdzie załatwiać potrzeby. Dziadek Kazik co prawda mógł defekować w godzinach pracy, gdyby to urząd przejął toaletę, ale co z babcią i dniami świątecznymi?
Status quo pozostawiono, na drzwiach od strony biura umieszczono kartkę:
Pracowniku, zamknij drugie drzwi po wejściu do toalety, po skorzystaniu nie pozostawiaj papieru toaletowego!
Po drugiej stronie babcia Zofia pouczała mnie:
- Broń Boże nie zostawiaj naszego papieru dla tych urzędasów!
i umieszczała wewnątrz tajemniczą kartkę z niewykonalnym poleceniem:
Proszę nie zostawiać smrodu!
Mimo przestróg każda strona czyhała na cudzy papier, dziadek Kazik  miał nawet dyskretną rozmowę z kierownikiem, który kazał mu się określić jakiej rolki będzie używał w ubikacji:  prywatnej czy służbowej.
Człowiek młody to i głupi i przestróg starszych nie bardzo słucha. Cierpiąc na dziedziczną w rodzinie mojego taty biegunkę, będąc w czasie wakacji u dziadków, pomknęłam szybko jak lot plwociny do toalety, szarpnęłam drzwiami  i wpadłam na połowicznego golasa, siedzącego na tronie z prasą i papierosem. Krzyk, jaki wydarł mi się z nastoletniej piersi, zwabił w kierunku klozetu dziadka Kazimierza, który, zanim wypchnął mnie do korytarza, grzecznie sie przywitał:
- Dzień dobry, panie kierowniku, miłego dnia!

 KOCHANI, NA POMAGAM.PL/ZYRAFA JEST HISTORIA CHOROBY BOGUSI I ZBIÓRKA NA JEJ LECZENIE, POMÓŻMY!!!!!!!!!

środa, 26 kwietnia 2017

OPOWIASTKA Z MORAŁEM O UCIEKAJĄCYCH CYCKACH

Krew, pod wpływem uderzenia, trysnęła mu z gardła. Jeszcze pomachał niemrawo nogami, ale już wiedział, że to jego ostatnie chwile. Zmiażdżone płuca przestawały pompować powietrze, mózg przestawał analizować rzeczywistość, a nerki wstrzymały produkcję moczu.
- Trup!- orzekła moja mama po fachowych, lekarskich oględzinach wziętego w dwa palce mola, wcześniej potraktowanego brutalnie klaskiem jak u Rubika.
- Cholery można dostać w tym domu, dlaczego tu nikt nie sprząta i robactwo się plęgnie?!- kontynuowała, zabijając tym razem wzrokiem swojego małżonka.
- U kolegów to żony sprzątają- tatuś strzelił sobie niechcący w stopę, bo natychmiast został przygwożdżony przez mamę palcem z papierosem do niezapastowanego od tygodni parkietu.
- Drogi Zdzisiu!- urażona żona wypuściła z ust smocze kłęby dymu- czy to ja chciałam za ciebie wyjść czy ty za mnie, o ile dobrze pamiętam?????
Tato w tym momencie zwijał się w spiralnych pokłonach i zamykał w pokoju z paczką wiórków i pudełkiem pasty Buwi oraz międlonymi w ustach słowami o plantacji z niewolnikami.
Ze względu na nieustannie wykorzystywanie do prac fizycznych pan domu czuł się ciężko chory, na progu udaru i zawału, nie mógł zatem kompletnie pogodzić się z myślą o chorobie żony. Mama zresztą też uważała, że rak kompletnie jej się nie należy, bo " są w tym domu tacy, co lubią sobie pochorować". Ale, skoro już choróbsko jest, nie ma co się kłócić i poddała się prawostronnej mastektomii.
Na kontrolny rezonans stawiła się karnie pod opieką małżonka, a  pan technik dyskretnie przypomniał o konieczności rozebrania się i grzecznego ułożenia na podajniku do rury. Młody człowiek nacisnął guzik, machina ruszyła, jakaś osoba fachowa weszła do pokoju, a mama ryknęła:
- Mój biust, proszę pana, mój biust!!!!!!
Technik natychmiast wstrzymał wjazd pacjentki  i rzucił się z pomocą, ale mama odepchnęła jego kojące dłonie ze swojej klatki piersiowej i wyciągnęła oskarżycielsko palec w kierunku posadzki.
Kopnięta nielitościwie przez wchodzącą osobę fachową leżała na podłodze, pełna smutku, wypadła z biustonosza silikonowa proteza.

I od czapy- wonsz.



KOCHANI, NA POMAGAM.PL/ZYRAFA JEST HISTORIA CHOROBY BOGUSI I ZBIÓRKA NA JEJ LECZENIE, POMÓŻMY!!!!!!!!!

wtorek, 11 kwietnia 2017

OTWIERAM WINO ZE SWOJĄ DZIEWCZYNĄ

 Z DEDYKACJĄ DLA PIĘKNEJ ROMY W DNIU URODZIN

Babcia Zofia była kobietą z zasadami, a jej główna życiowa sentencja przypominała do złudzenia postępowanie Kalego z powieści Sienkiewicza: co moje to moje, a co cudze też może być moje.
Zasadę tą stosowała szczególnie w stosunku do stosunków damsko- męskich:p Na wczasach bądź w czasie pobytów sanatoryjnych( dla podreperowania końskiego zdrowia) babcia siała popłoch wśród emerytów i, tak jak panna Krysia z piosenki Młynarskiego, przemierzała niestrudzenie parkietu przestrzeń a to z panem Piotrem,  a to z panem Władkiem. Na dociekliwe pytania dziadka Kazimierza, oglądającego później z niewyraźną miną dokumentację fotograficzną babcinych podbojów, miała jedną odpowiedź:
- Ja to ja i wiem, co robię!
Po czym dodawała lekkim tonem:
- No przecież to tylko znajomi z sanatorium!( lub z turnusu).
Biada dziadkowi, który podobne zasady współżycia społecznego wprowadziłby w czasie swoich sanatoryjnych pobytów. Babcia wychodziła z założenia, że dziadek nie wie, co robi i ścisła kontrola jego poczynań jest jak najbardziej wskazana. Gdy tylko wysiadł z opóźnionego o kilka godzin pociągu relacji Muszyna- Lublin został profilaktycznie potraktowany siatką w sposób siłowy, a na pytanie córki, za co ojciec oberwał, babcia Zofia udzieliła enigmatycznej odpowiedzi:
- Już on wie, że na pewno zasłużył!
Ze zbiorowych zdjęć dziadka, robionych na wyjeździe, zostały wycięte wszystkie panie w wieku produkcyjnym i nie tylko, określane zawsze przez babcię mianem wczasowych prostytutek( ona sama przebywała w kurortach jedynie w celach rekreacyjno- naukowych). Protesty dziadka były zbywane szantażem werbalnym:
- Już się nawypoczywałeś całą wojnę w obozie, a zresztą jak umrę, to możesz sie żenić i kilka razy!
( nieświadomy obietnicy babci Pan Bóg zabrał dziadka jako pierwszego).
Podejrzewana o nieczyste zamiary pracownica Urzędu Skarbowego pani Urszula, dzieląca z dziadkiem pokój biurowy, była często zapraszana przez babcię na kawkę w myśl zasady, że wroga trzeba trzymać blisko. Pani Urszula oczywiście wszem i wobec opowiadała, że pani Zofia niegodna jest swojego męża, który jest zaniedbany i niedożywiony..i rozkwitłby dopiero przy prawdziwej kobiecie; mimo tego ze smakiem zjadała ugotowany przez nią obiad z deserem i kompotem. Po kilku latach zaglądała w porze obiadowej do dziadków już bez zaproszenia, a z przyzwyczajenia. Któregoś roku, aby pognębić rywalkę, babcia urządziła dziadkowi wystawne imieniny, przy stole na honorowym miejscu została usadzona wredna księgowa, żeby ponapawała się wspaniałością podanych do konsumpcji wyrobów rąk własnych gospodyni. Po galarecie ze świńskich nóg i wystanych w kolejce wędlinach spożyto porządne schaboszczaki  i tort, wzbogacony półlitrówką wódki, godzien swej nazwy Pijanego Izydora. Pani Urszula dusiła się wprost ze złości i zazdrości i z tejże alteracji zrzuciła na podłogowe gumoleum łyżeczkę deserową. Wszyscy, na czele z gościnną babcią Zofią, rzucili się w kierunku ziemi celem podniesienia tejże łyżeczki z kąskiem tortu.....do której spokojnym krokiem zmierzał dorodny prusak z rodziną.
Księgowa Urszula zniknęła z domu dziadków na zawsze.


PRZYPOMINAM O NASZEJ BOGUSI Z BLOGA " DR BUDWIG I JA"!!!!!
BOGUSIA ZBIERA NA NIEREFUNDOWANĄ HIPERTERMIĘ!
POMÓC MOŻNA TU:  https://pomagam.pl/zyrafa

niedziela, 26 marca 2017

NIE MA TAKIEJ RURY, KTÓREJ NIE MOZNA ODETKAĆ

Pan Marian, nasz osobisty hydraulik w czasach PRLu za Gierka i Jaruzelskiego, miał osobowość niefrasobliwą i zadatki na filozofa. Jego mottem w pracy, zarówno tej oficjalnej, jak i na chałturach, była wykuta przez siebie sentencja:
- Jak się człowiek stara, to się wszystko spierdala.
Jego higiena pracy wymagała pół litra co drugi dzień, a jak pan Marian pił, to nie było takiej awarii, która by go zainteresowała. Piecyk gazowy wybuchnął w momencie kąpieli mojej mamy, a blacha przednia z hukiem wpadła do wody zaromatyzowanej szyszką pieniącą, mimo to pan Marian uznał, że nie ma pośpiechu i po tygodniu zajrzał zdiagnozować piecyk, a po miesiącu spektakularnie włączył  rozruchowy płomień. Nasz hydraulik nie cierpiał bałaganu w miejscu, w którym miał pracować, a że obrażał się łatwo i biada temu posiadaczowi kanalizacji, przez którego by Marian się nadął, zatem tato szorował wannę kilka godzin przed przybyciem specjalisty, który nie raz, po solidnej porcji procentów, w niej zasnął. Wiele razy, mimo interwencji naszego fachowca, z rury nadal się lało, bo " w tych czasach uszczelka nie czymie i lać się będzie", i z powodu pierdół nie życzy on sobie być niepokojony.
Nic więc dziwnego, że mój tato, napotkawszy na klatce schodowej wartki strumień wrzącej wody wypływającej spod drzwi naszego mieszkania, zmartwiał ze zgrozy. W tym dniu bowiem, czyli w piątek, był początek wolnej soboty dla pana Mariana i żadna Niagara z rur płynąca nie interesowała go bardziej niż pogoda w Zimbabwe. Tato omiótł mieszkanie wnikliwym spojrzeniem i zlokalizował uszczelkę obok piecyka gazowego, która ewidentnie popuszczała. Dlaczego akurat teraz z rury lał się wrzątek, a w porze prania i kąpieli- nie, tego już tato swym umysłem naukowca ogarnąć nie był w stanie. Zawór w postaci pokrętła mieścił się ergonomicznie pod sufitem, zatem ojciec postawił chybotliwą konstrukcję ze stołu, krzesła i taborecika- popierdółki, na którą bohatersko się wspiął. Strumień wody udało się zatamować, po czym tato runął do wanny żeliwnej po drodze zahaczając stopą o zlew.
Pan Marian, przybyły na luzie po weekendzie z wiązką konopnego sznura zamiast uszczelek, spojrzał pogardliwie na opatrunek zakrywający ojcową stopę nadzianą porcelaną ze zlewu, i szczerze powiedział:
- Widzi pan, panie docencie, pierdoły studentom opowiadać to każden potrafi, ale na hydraulice....o, na hydraulice to się trzeba znać!

PRZYPOMINAM O NASZEJ BOGUSI Z BLOGA " DR BUDWIG I JA", NA KTÓRYM SA INFORMACJE, JAK NAJLEPIEJ JEJ POMÓC. BOGUSIA ROZPOCZĘŁĄ NOWĄ TERAPIĘ I PIENIĄDZE SĄ BARDZO, BARDZO POTRZEBNE!!!!

poniedziałek, 13 marca 2017

WITAJ ZOSIEŃKO, OTWÓRZ OKIENKO

Babcia Zofia, kobieta tak wielkich pasji jak te Pendereckiego, uciechy swego życia po pięćdziesiątce ograniczyła do działki pracowniczej, położonej malowniczo w kompleksie ogrodowym " Nauczyciel", o rzut beretem od  stacji benzynowej, mleczarni i wysypiska odpadów.  Niestety, do przystanku MPK było już znacznie dalej i w okresie stanu wojennego, kiedy problemem było wyrobienie się z gracowaniem i kopaniem do godziny milicyjnej, babcia z rozkoszą przesiadła się razem z siatkami i wiadrami do rodzinnego malucha, kierowanego z fantazją przez moją mamę, również Zofię. Mimo zaangażowania właścicielki działka przekształciła się rychło w plantację cebuli, bo tylko to odporne warzywo na piaskowych gruntach rosło. Truskawki gniły, śliwki zjadały robaki, a jabłka, zanim dojrzały, już z pustym dźwiękiem opadały na cebulowe grządki.
Po latach dziadeusze Kazik przeniósł się do lepszego świata, gdzie nie jest nieustannie nagabywany o przekopywanie gleby, babcia dobiegła osiemdziesiątki i poruszała się o kulach, mimo to cebula była regularnie doglądana, chwasty wykopywane końcem laski, a plony zwożone w wiadrach do mieszkania i użytkowane przez rok cały w celu profilaktyki szkorbutu. Gdyby istniał przepis na tort cebulowy, byłby niechybnie, z okazji wszelakich imprez, wykorzystany.
Maluch, solidarny z dziadkiem Kazimierzem, któregoś letniego dnia również odmówił współpracy i babcia z córką oraz wiadrami zajechała na działkę cudem zdobytą taksówką, jak to w roku 1984 bywało. Po kilku intensywnych godzinach, podczas których babcia pieliła, okopywała i rwała co tylko jej w ręce wpadło, a mama opalała się relaksacyjnie i suszyła długie włosy, nadszedł czas powrotu i tu pojawił się problem: postoju taksówek w pobliżu nie było, do przystanku daleko, a babcia Zofia stała przy krawężniku wsparta na kulach i pilnowała dwóch wiader wypełnionych po brzegi wiadomo czym.
Nolens volens mama, kobieta szczupła i z działkową, swobodną fryzurą, ruszyła brzegiem ulicy w poszukiwaniu transportu i po paru minutach z tyłu usłyszała trąbienie. Wesoły i młody kierowca wartburga, poszukujący w niedzielne popołudnie rozrywek damsko- męskich, postanowił poderwać atrakcyjną brunetkę w długiej spódnicy, idącą swobodnie poboczem z rozwianym włosem.
Otworzył okno, wystawiając nie tylko twarz, ale i łokieć, i uwodzicielsko zawołał:
- Może podwieźć??
Mama natychmiast z radością się odwróciła i zdumionemu chłopinie, który stanął twarzą w twarz z zadbaną, ale jednak prawie pięćdziesięciolatką, poleciła:
- Tylko jeszcze mamusię zabierzemy, o, tam stoi z wiadrami!
Dodawszy wiek obydwu wdzięcznych pasażerek, okupujących tylne siedzenia wartburga, chłopu trafił się podryw stupięćdziesięciolecia!

KOCHANI, CAŁY CZAS POMAGAMY BOGUSI, KTÓRA ZACZĘŁA NOWA TERAPIĘ WYMAGAJĄCA ZAKUPU DUŻEJ ILOŚCI SUPLEMENTÓW!!!!! JAK POMÓC - ZAJRZYJ NA BLOG" DR BUDWIG I JA ".

A to nowy piesek, stary, ślepy Cynamonek.

 

środa, 1 marca 2017

JEŻELI KOCHAĆ TO NIE INDYWIDUALNIE

Pani Bożena, szefowa działu sanitarno- kanalizacyjnego czyli po prostu kierowniczka szamba, prowadziła spokojne życie wielodzietnej matki, bez erotycznych uniesień czy materialnych żądań.
Wystarczył jej zarówno średniowieczny małżonek, jak i przepierdziane siedzenia w antycznym Seicento. Jedyną pasją i miłością kierowniczki była muzyka, a szczególnie dwaj znienawidzeni przez nią wykonawcy z zamierzchłych czasów: Jacek Skubikowski i Kostek Yoriadis. Niechęć do panów spowodowała u Bożeny niezdrową i nienormalną manię śledzenia życiorysów i dokonań artystycznych powyższych.
Kostek był zdecydowanie na gorszej pozycji....puszczane często w radiu piosenki Kasi Kowalskiej wywoływały wężowy syk:
- O, to ta była Kostka Yoriadisa, co ją zostawił!
Krzysztof Krawczyk teoretycznie nie miał z Kostkiem nic wspólnego, ale urodę ma bałkańską, a z Bałkanów do Grecji, z której pochodzi Yoriadis, rzut beretem- co szefowa błyskawicznie zauważyła.
Omawianie ostatniego odcinka " Świata według Kiepskich" sprowokowało Bożenę do podzielenia się z nami faktem, że aktor grający Waldka utracił małżonkę na rzecz Kostka. I tak codziennie, bo gdy słońce świeci to ludzie nabierają śniadej opalenizny jak Kostek, a jak deszcz pada to ohydny świat jest taki jak wyłysiały na stare lata Kostek również.
Jacek Skubikowski, jako muzyk nieżyjący, denerwował Bożenę jedynie przeszłością i swym w przeszłości wyglądem, rzeczywiście nieciekawym i mało erotycznym( jeśli czyta to wielbicielka Jacka to jest to moje osobiste zdanie, do którego mam prawo jak pies do beretu).
Tak właśnie agresywnie nastawiona do świata( rano w radiu puszczali zespół Papa Dance, w którym za młodych lat grał...Kostek Yoriadis)  kanalizacyjna szefowa wkroczyła letnim wieczorem do apteki. Ominęła z pogardą stanowiska z kobiecą załogą i wybrała zakupy przy okienku męskim z młodym blondynem za ladą, który, choćby chciała, w żaden sposób nie kojarzył jej się z Kostkiem.
- Poproszę czterdzieści prezerwatyw- zażądała Bożena wyjmując na tenże zakup siatkę z Lidla.
Pan magister nabrał wiatru w żagle.
- Jaki rodzaj pani podać?- zapytał grzecznie.
Bożena łypnęła okiem zza szkieł +25 dioptrii domagając się wyjaśnień.
- Mamy w asortymencie lubrifikowane, pudrowane, typu skin, wzmagające doznania, opóźniające wytrysk- chłopina się wysilał.
- No nie wiem- wyznała szczerze klientka- może te skiny jakieś.......a może pan mi coś doradzi?
Zdziwiony farmaceuta ogarnął się i próbował uściślić detale.
- A jakie pani ma potrzeby?- zapytał.
- Mam potrzebę- wyjaśniła konspiracyjnie kierowniczka Bożenka- butelki tą gumą zassać, żeby mi soki malinowe nie spleśniały.

PS 1. poniżej ulubieńcy pani Bożeny w swych najlepszych utworach:p
PS 2. Józef, kocham Cię!!!!!

https://youtu.be/49-M_5qtvuc 
https://youtu.be/Qo6iDNf_ifc

 PAMIĘTAJMY O BOGUSI Z BLOGA "DR BUDWIG I JA ", KTÓRA CAŁY CZAS POTRZEBUJE NASZEJ POMOCY, SZCZEGÓŁY NA BLOGU ALBO U MNIE- NAPISZ MAILA, ADRES DO MNIE NA PASKU BOCZNYM, DO BOGUSI: BOGUMILA@AUTOGRAF.PL

wtorek, 21 lutego 2017

MORDERSTWO W ORIENT EXPRESIE

- Kiełbasę weź koniecznie! - babcia Zofia upychała kolejne zawiniątka papierowe w podróżnej walizce jedynego zięcia- gdzie Ty w tym Rzymie znajdziesz wiejską kiełbasę????
- Może bym i nie szukał- melancholijnie zauważył tato- gdybym miał pieniądze.......a nie trzy dolary dziennie ze stypendium.
- Masła tam nie mają, tylko te oliwy wszędzie- myślała intensywnie nad jadłospisem teściowa- masło musowo weź!
- W czym? - zapytał tato upychając kiszkę kaszaną w skarpety frote.
- W słoiczku przecież, wodą się masło zalewa i nie jełczeje- wyjaśniła babcia i zagumkowała kolejnego weka.
- I tak ogórki bierzesz, powidła, schab smażony i kompot z truskawek, to jeden słoik w te czy we wte różnicy nie robi!
Walizka na miesięczne stypendium we Włoszech została wypełniona produktami spożywczymi, slipy zatem tato musiał umieścić w tekturowej teczce z planszami do wykładów. Teczka rozmiarów metr na  półtora metra natychmiast wzbudziła zainteresowanie służb celnych na Okęciu, które nie mogły zrozumieć zastosowania białych męskich majtek, w liczbie sześciu sztuk, podczas prezentacji na temat chorób zakaźnych bydła.
Przed powrotem małżonka i zięcia, moja mama z dziadkami wyruszyła na zwiedzanie Wawelu w ramach wycieczki pracowniczej, zostawiając pod moją opieką mieszkanie, które natychmiast zostało wykorzystane w celach rozrywkowych. Po upojnych kilku nocach, które zlały nam się w jedną, i pracowitym dniu, wypełnionym sprzątaniem mieszkania i wywożeniem butelek do skupu, zapadłyśmy z koleżanką Joanną w kamienny sen w oddzielnych pokojach, żeby nie zakłócać sobie nawzajem odpoczynku chrapaniem i oddechem przesyconym wonią alkoholu z mięsną zagrychą. Bladym świtem postanowiłam przemknąć do ubikacji, kiedy usłyszałam grzebanie niewprawną ręką w zamku od drzwi wejściowych. Rozważając kilka propozycji: czyhanie z nożem w ręku, blokada drzwi, telefon na milicję( wtedy), wybrałam galop do łóżka i nakrycie się kołdrą- a nuż włamywacz mnie nie zauważy albo, co najwyżej, zgwałci, co wtedy nie było dla mnie żadnym problemem. Koleżanka Joanna zbudziła się również i, pełna wdzięczności dla gospodyni lokalu czyli mnie, wybrała wersję bohaterską, łatwiejszą szczególnie wtedy, gdy promile jeszcze krążą we krwi. Podczas gdy ja wstrzymywałam oddech w pościelowym bunkrze, drzwi się otwarły i Aśka runęła w ich kierunku z kołdrą w rękach rycząc jednocześnie:
- Spierdalaj zboku!!!!!!!!! i
- Kaśka, uciekaj!!!!!
Wyprysnęłam z pokoju i dopiero po leżącej na parkiecie otwartej teczce z wysypującymi się z niej zużytymi slipkami poznałam w zakołdrowanym mordercy mojego tatę.

PAMIĘTAJMY O BOGUSI Z BLOGA "DR BUDWIG I JA ", KTÓRA CAŁY CZAS POTRZEBUJE NASZEJ POMOCY, SZCZEGÓŁY NA BLOGU ALBO U MNIE- NAPISZ MAILA, ADRES DO MNIE NA PASKU BOCZNYM, DO BOGUSI: BOGUMILA@AUTOGRAF.PL

PS.  Skąd ta myjnia mi się wzięła????
PS1. Teraz jest Herbapol:p 

niedziela, 12 lutego 2017

LEOPOLDYNA CZYLI TRIUMF CNOTY

Leopoldynie zwanej Lodzią, księgowej w aptece, wiatr zawsze wiał w oczy i przyginał jej postać, wysuszoną jak  mumijka lub mysie truchełko, do gleby. Lodzia była od zawsze posiadaczką dziwnych chorób, najpierw zapaliła jej się ślinianka tworząc efektowną gulę na zwiędłej szyjce i zmuszając  do nieustannego ssania Hallsów cytrynowych na pobudzenie wydzielania. To znów męczyło księgową zapalenie trąbek, w związku z którym waciki nasączone kamforą tkwiące w uszach sygnalizowały potwornym smrodem nadejście Lodzi. Uroda też była dla niej wiecznie powodem trosk, hirsutyzm pokrył jej twarz czarnym włosem, trądzik różowaty czerwonymi krostami, a wiek zmarszczkami.
Leopoldyna wychowana była w tradycji głęboko lewicowej, podobno jej dziadek był kolegą samego Dzierżyńskiego( czym chwaliła się tylko w starannie dobranym gronie słuchaczy), sama jednak regularnie uczęszczała do kościoła w celach towarzysko- wokalnych- nikt jej z ławki nie wyganiał, a przeraźliwe wokalizy zyskały uznanie samego proboszcza. Łamiąc standardy księgowa była nie panną lecz wdową...a już złośliwości losu wobec Lodzi należy przypisać fakt, że małżonek zaczadział zaledwie kilka lat po ślubie,dogrzewając się niewprawnie w działkowej chatce.
W czasie wspólnych aptecznych śniadań każdy nowy pracownik słyszał kilkakrotnie wymawiane przez panią Lodzię imię Tytus, któregoż posiadacz odznaczał się, zależnie od opowiadanej historii, męstwem, urodą, sprytem godnym szpiega i gustem kulinarnym. Po pierwszym dniu pracy nie śmiałam nawet pomyśleć, że ktoś taki jak nasza księgowa był panną, a nie małżonką herosa na miarę Hektora czyli pana świętej pamięci Tytusa właśnie. Może też dzięki z nim pożyciu Lodzię niełatwo było zdenerwować albo czymś zainteresować.
Jednakże pewnego wiosennego dnia nasza księgowa wpadła do apteki zaaferowana i, nie czekając aż klienci zostaną obsłużeni przez pracowników, wydyszała:
- Zboczeniec znowu działa przy akademikach!!!
Akademiki stały od naszej apteki o rzut beretem, tamtejsi mieszkańcy, stojący akurat w kolejce, nie wykazali żadnych emocji w związku z nowiną, bo wszak gdzie domy studenckie żeńskie, tam i zboczeniec być musi. Lodzia jednak pracowała w tej okolicy pierwszą wiosnę i rozemocjonowała się strasznie.
-Pani Lodziu, ale widziała pani coś czy tak ze słyszenia?-zaciekawił się Stef, właściciel lokalu i nas wszystkich.
- Na własne oczy widziałam, bo na mój widok obnażył się!- pękała z dumy księgowa.
- To ja dzwonię na policję!- zdeklarowała się kierowniczka, wróg wszelakich seksualnych ekscesów.
- Pani Jolu kochana- Lodzia złożyła suche łapki w modlitewnym geście- to za jakiś kwadransik może, bo ja jeszcze z fakturami w tamtą stronę zaraz lecę!

KOCHANI CZYTELNICY! BOGUSIA CAŁY CZAS POTRZEBUJE NASZEJ POMOCY, NR KONTA I SZCZEGÓŁY NA BLOGU" DR BUDWIG I JA". A TO MÓJ OSOBISTY APEL:
Prześlij dychę dla Bogusi,
Ona leki kupić musi,
 zanim Cię żyrafa zmusi
i swoją szyją poddusi . 
Włóż grosiki swe w obrusik
wyślij pocztą dla Bogusi.
Wyjmij z piasku łebek strusi
i daj kasę dla Bogusi.
Będziesz mieć w zaświatach plusik
a ja Ci zatańczę bluesik:)

środa, 1 lutego 2017

50 TWARZY DZIADKA KAZIMIERZA

Dziadek Kazimierz, zwany przez małżonkę Kazikiem, a przez rodziców Kazkiem, absolutnie nie był pantoflarzem. Wrodzone umiłowanie spokoju i brak predylekcji do awantur spowodowały jego częściowe wyłączanie się z życia rodziny i automatyczne wypełnianie poleceń krewkiej żony, Zofii.
Babcia już tak miała, że zawsze dziadka porcja obiadowa w stołówce wydawała jej się elegantsza , zatem co chwilę dłubała widelcem w jego kotletach. Działka, wielka namiętność babci Zofii, zupełnie nie działała swym urokiem na jej męża( i resztę rodziny), ale cierpliwie jeździł, czas, który babcia poświęcała na przekopywaniu pazurkami ziemnego ugoru, spędzając  na opalaniu się w panamie na leżaku i wywołując pretensje:
- Położyłbyś się gdzieś dyskretnie w kącie, albo coś przekopał, a nie na widoku leżysz- grzmiała babcia.
- I sąsiadki się ze mnie śmieją, że mam męża nieroba!!!
- Powiedz im, że po zawale jestem i wylewie!- niefrasobliwie znad gazety odkrzykiwał dziadek, nakładając frywolnie listek na nos.
W ludowe święto robotnicze babcia, w garsonce i z papierowym słonecznikiem w dłoni, biegła rano na pochód, podczas gdy Kazimierz zostawał oddelegowany do poszukiwań kabanosów, pomarańcz i Coca- coli w przyjeżdżających specjalnie pierwszego, ku ukontentowaniu klasy robotniczej, busikach. Któregoś dnia w latach kryzysu dziadek, przechodząc  koło największej lubelskiej apteki, zauważył kolejkę, w której natychmiast się ustawił- ludzie stoją, czyli rzucili coś. Po dłuższej chwili okazało się, że oprócz niego stoją same kobiety, a sprawa wkrótce się wyjaśniła: jest wata!!!!( produkt ten, w tamtych czasach, zastępował gazę opatrunkową,  samą watę, ongiś bawełnianą, i przede wszystkim podpaski). Dziadek już był przy okienku, gdy rozległy się okrzyki:
- Nie sprzedawać temu panu!!! Kobity nie maja czego do majtek włożyć, a ten wykupuje!!!!
Dziadek Kazimierz, który hitlerowców przeżył, nie dał się.
- Przepraszam bardzo, ja też krwawię regularnie. Z odbytu!

Dziewczynki i chłopcy!!! Pamiętajmy nadal o naszej Bogusi z bloga" Dr Budwig i ja ", Bogusia też odpisze na maila bogumila@autograf.pl i udzieli informacji, jak najlepiej Jej pomóc. Oprócz leków chory ma zawsze gigantyczne wydatki, a i choremu należy się odrobina radości w szarym życiu. Można też przekazać Bogusi 1 % podatku. POMÓŻMY!!!!!


Dla Izy zdjęcie choinki z poduszeczek:) 

 

wtorek, 24 stycznia 2017

HIENA CMENTARNA

 Post dla podwójnej Meli, z pozdrowieniami od tatusia.

 - Chrystus, Chrystus, to nadzieja cała nasza!- ryknął o świcie mój tato, rozpoczynając w swoim niepowtarzalnym stylu kolejny dzień. Dalej nie było już tak entuzjastycznie, bo na fali spotkań zapoczątkowanych istnieniem Naszej Klasy, tato postanowił urządzić licealne wspominki po latach i zderzył się z brutalną rzeczywistością.
- Cholera jasna, Włodek też umarł???- zapytał retorycznie czytając list od zbolałej wdowy z informacją, że mąż niestety, uczestniczyć nie może.
Na liście z wypisanymi nazwiskami kolegów z męskiego wtedy liceum imienia Staszica pojawił się kolejny krzyżyk i w końcu jedynymi osobami na tym świecie, które mogłyby się spotkać sześćdziesiąt lat po maturze, był organizator i kolega Albin. Pierwotnie zamierzony męski bal zamienić się miał w towarzyskie spotkanie dwóch starszych panów; tato, pełen resztek entuzjazmu, zadzwonił do kolegi Albina, który owszem, okazał się chętny, ale jako mieszkaniec Ostrołęki z porażeniem po udarze i amputowanymi kończynami z powodu cukrzycy, nie bardzo wiedział, jak  na herbatę wspomnień w Lublinie miałby dotrzeć.
Po powrocie z pracy zastałam tatę z wzrokiem wbitym tępo w Pismo Święte. Po podaniu obiadu przeniósł spojrzenie maltretowanego psa na talerz i stwierdził:
- No to czas się zbierać, póki jeszcze zasiłek pogrzebowy jest jako taki!
Postanowiłam na problem spojrzeć realnie i spytałam wprost:
- A niby gdzie zamiarujesz się położyć, skoro obok babci Teresy zaklepał miejsce wujek, a obok mamy jest już pięć przesuniętych trumienek z kośćcem pradziadków i szpilki od wieńca nie wetkniesz?
Tato się zafrasował i wymyślił:
- A może by tak zwłoki na cele naukowe oddać ???
- Jasne!- od razu skontrowałam- i wstydu mi narobisz, że nie chciało mi się ojca, dobrodzieja mojego, pochować.
- To ja jednak bym się spalił- zdecydował się przedmiot dyskusji- ubrania nowego dawać mi nie musisz, może coś ekologicznego ewentualnie???
- Najbardziej ekologiczny to jest papierowy wór- wymyśliłam, ale nurtowała mnie jeszcze inna rzecz:
- A z urną z prochami to co zrobimy?????
- A urna to już żaden problem- ucieszył się tato i nawet jakby zatarł ręce po odłożeniu sztućców.
- Najlepiej to ze sobą do samochodu weź! Jak będzie lód na parkingu to sobie pod koła popiół podsypiesz i na coś się przydam!

PS 1: Oczywiście wiem, że ze śmierci żartować nie wolno, ale o tym mój tato przekona się chyba już na tamtym świecie.

PS 2: Pomagamy Bogusi z bloga " Dr Budwig i ja". Kto już pomógł może mnie nazwać w komentarzach patologią, alkoholikiem i ogólnie wrzodem na zdrowym ciele narodu:p

piątek, 20 stycznia 2017

LONG WAY TO TIPPERARY

Znaleźć Jima Morrisona w Lublinie lat osiemdziesiątych to jak wygrać wielką kumulację. Alkoholików i narkomanów owszem, znałam w szerokim asortymencie, niektórzy nawet przystojni byli, za to ich umiejętności wokalne nie wykraczały poza poziom Białego Misia, o tworzeniu poezji, innej niż napisy w publicznych szaletach, nawet nie ma co wspominać. Kiedy wreszcie, w zaawansowanym wieku czyli po trzydziestce, spotkałam zupełnym, służbowym przypadkiem Tomasza L.- nie tylko alkoholika grającego na gitarze i śpiewającego z zapałem Wysockiego i Kaczmarskiego, ale na dodatek lekarza bez żadnych oznak łysiny- poczułam się, jakbym nie tylko Pana Boga, ale i samego Jima za nogi złapała. Poezji co prawda nie tworzył, za to nosił się z zamiarem napisania powieści.....i chociaż przez kilka lat stworzył jedynie jedno zdanie, to pamiętam je do dziś:
" Podobno pies jest przyjacielem człowieka- gówno prawda!"
Widząc jego szalone powodzenie u płci przeciwnej i brak atutów z mojej strony( szczególnie urodę mam na myśli), postanowiłam złapać go starą jak świat metodą, czyli na dziecko, które w pijanym widzie udało nam się stworzyć.
Zrobić łatwo- urodzić trudniej. Szczególnie, że w noc przed porodem przyszły ojciec wylewnie żegnał emigrującego do mglistego Albionu szwagra i bladym świtem, kiedy postanowiłam wyruszyć pilnie do szpitala, ilość promili w wydychanym powietrzu przekraczała u niego z  pewnością 5. Kiedy kierowcy udało się ruszyć zygzakiem, po pierwszych kilkuset metrach na trasie krajowej nr 19 samochód odmówił współpracy pierdząc czarnym dymem. Wezwany telefonicznie na pomoc kolega okazał się również nietrzeźwy, szwagra nawet nie było sensu budzić, pomysł Tomka, żebym pojechała sama pekaesem do Lublina zdecydowanie odrzuciłam, pozostał nam zorganizowany transport medyczny czyli Lanos spółki pielęgniarskiej, którym w ostatnim momencie dojechaliśmy. Personel przypatrywał się dziwnie kobiecie w zwiewnej nocnej koszuli pod dresem i mężczyźnie zasłaniającym golfem jamę ustną emitującą nadal opary Gorzkiej Żołądkowej, a na podstawie pierwszego wrażenia zakwalifikował nas  bez wahania do klasy patologii społecznej z niepełnym podstawowym wykształceniem. Wrażenie to wzmocniło wsparcie mnie przez mojego partnera podczas porodu wyrażone słowami:
- Czy ty, do ch...pana nie potrafisz, k...urodzić?
Propozycję podania narkotycznego leku przeciwbólowego zdecydowanie odrzuciłam, natomiast szczęśliwy ojciec podsunął wysupłane z golfa przedramię ze słowami:
- To ja poproszę!
Nic zatem dziwnego, że wpisując w ankietę po urodzeniu naszej córki zawody rodziców pani położna usłyszawszy: farmaceutka i lekarz, wyraziła swoje zdanie słowami:
- No coś podobnego, byłam pewna, że państwo są niepracujący!!!

PRZYPOMINAM WSZYSTKIM CZYTELNIKOM O NASZEJ BOGUSI!!!!! JAK JEJ POMÓC- POD POPRZEDNIMI POSTAMI .

czwartek, 12 stycznia 2017

PIESKI ŚWIAT

- To już jest szczyt chamstwa, hańba i obraza boska!!!- zdenerwował się mój tato, stojąc na środku kuchni w ulubionych slipach ecru i dźgając wskazującym palcem powietrze w okolicach psiego nosa
- żeby owczarek niemiecki był homoseksualistą!!!!
Nasz pies poruszył znacząco uszami, co miało oznaczać brak zgody na homofobię i nietolerancję w tym domu, po czym ostentacyjnie zamknął się z kawałkiem krowiego kopyta w ubikacji. Dobra, kolejna suczka sprowadzona celem rozrodu została pogryziona, a kolejny jamnik męski na spacerze napadnięty i obrażony na honorze, ale to jeszcze nie powód, żeby nerwowo krzyczeć.
Upodobanie do mężczyzn nasz zwierzak wykazywał od wczesnej młodości, a najlepszym tego dowodem było napadnięcie studenta w akademickim parku i długotrwałe obwąchiwanie mu rozporka. Z uwagi na brak kagańca u psa biedny chłopak stał nieruchomo przez kilka dobrych minut, dając nam jedynie rozpaczliwe znaki oczami, że martwi się o ewentualna utratę męskich atrybutów, gdyby to owczarek chciał kłapnąć.
Po dramatycznym skarceniu przez mojego tatę, a jego ukochanego pana, Bari postanowił odegrać się na mężczyznach ludzkich za brak akceptacji jego preferencji seksualnych. Wybór padł na moich licealnych adoratorów, którzy albo zostali nie wpuszczeni do mieszkania, albo wpuszczeni i niewypuszczeni, albo zaatakowani bez ostrzeżenia od razu na klatce schodowej, jeśli nieopatrznie uchyliłam drzwi. Twardą postawą wyróżniał się, a jakżeby inaczej, Jarosław, który pewnego roku postanowił doprowadzić do konsumpcji naszej niewinnej znajomości. Rodzice wyszli na zakupy, pies za zamkniętymi drzwiami naszego pokoju słodko spał, zatem ruszyliśmy do akcji pozostawiając ubrania starannie rozłożone na dywanie- gdyby trzeba było odziewać się nagle i w pośpiechu.
W sklepach, jak to w latach osiemdziesiątych bywało, nic ciekawego kupić się nie dało, w związku z czym moi rodzice, zniechęceni i zniesmaczeni zaopatrzeniem odzieżowym w PRLu, postanowili wrócić do domu na rozgrzewającą herbatę. Szczęk klucza w zamku zmobilizował naszego owczarka do natychmiastowej akcji informacyjnej, toteż z impetem runął na drzwi od mojego pokoju, a otwarłszy je rzucił się na kupkę ubrań o męskim zapachu na dywanie( nie perfumy w tamtych czasach dominowały, ale konkretna woń skarpet i aktywności fizycznej)  radośnie je przekopując z pomlaskiwaniem i nie zwracając uwagi na męskiego golasa, który zabrał to, co pozostało nietknięte z odzieży.
Rodzice byli jeszcze w stanie zaakceptować mnie w samym T-shircie i rajstopach, natomiast stanu Jarka, kulącego się z gołym torsem w spódnicy, nijak nie dało się racjonalnie wyjaśnić.
Pies zatryumfował!

 UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa

środa, 4 stycznia 2017

PRZEZ TWE OCZY ZIELONE, ZIELONE

Wczasy.....czyli dwanaście godzin kuszetką z Lublina do jakiejkolwiek miejscowości nad polskim morzem. Moja babcia, Zofia, nie raz, nie dwa miała pretensje do przepowiedni Wernyhory o Polsce od morza do morza, że nadal się nie sprawdziła. Skoro inne akweny pozostawały poza zasięgiem pchaliśmy się co roku do Gdańska z kilkoma parcianymi walizami i siatkami z prowiantem oraz termosami z herbatą. Żadne tam obcokrajowe kebaby czy pizze nie dodawały nam sił do przetrwania kilkunastu godzin w upale na pokrytych dermą siedzeniach, ale swojskie jaja na twardo, pomidory i połówka mortadeli. Wybrańcy, do których nie należałam z racji wieku, mogli sobie, pod pętko wawelskiej podsuszanej prosto z gazety, golnąć Jarzębiaku w zakrętce od termosu.
Prosto z pociągu, który dziwnym trafem do każdej nadmorskiej miejscowości przyjeżdżał bladym świtem, biegliśmy zwykle kilka kilometrów do ośrodka wczasowego i jedynie dziadek Kazimierz, który swoje kilometry zaliczył podczas kampanii wrześniowej, był w stanie obciążyć się bagażem i jeszcze przewodzić wycieczce.
Po ofiarowaniu tradycyjnej łapówki czekoladowo- alkoholowej kierownikowi( któreż to dary w postaci równie tradycyjnej łapówki otrzymywała w szpitalu moja mama) byliśmy zwykle nie tylko posiadaczami domku tuż obok zbiorczej toalety, ale też talonów na posiłki na pierwszą zmianę
( czyli była szansa na ciepłą zupę, którą zmiana trzecia otrzymywała w postaci lodowatej brei, a zmiana szósta nawet nie tykała jej łyżką). Sąsiedzi w jadalni już od pierwszego dnia wysuwali macki w poszukiwaniu potrzebnych ich interesom zawodów innych wczasowiczów; bezbłędnie wyczuwając w mojej mamie lekarza już po kilku dniach nasz stolik zamieniał się w punkt wypisywania recept. Nie ma nic sympatyczniejszego o poranku przy zupie mlecznej jak słuchanie opowieści skulonego pana z Iławy na temat operacji woreczka żółciowego, a analiza stolca pani Wiesi z Kąclowej czyniła spożycie mielonych niezapomnianym doznaniem. Z panem Józefem, hydraulikiem ze stolicy, wszyscy chcieli się kumplować, natomiast babcia Zofia, bibliotekarka z powołania, kompletnie nie miała wzięcia. Brak rozgłosu nie przeszkadzał mojemu dziadkowi Kazimierzowi, pracownikowi Urzędu Skarbowego, który na wczasy jeździł w celu wypoczynkowym, niezrozumiałym dla większości.
Na turnusie w Krynicy Morskiej w 76 rozkoszne panie wczasowiczki postanowiły skruszyć mur nieprzystępności dziadka Kazika, wtedy jeszcze całkiem, całkiem pana pod siedemdziesiątkę i na wieczorku zapoznawczym zaczęły licytację swoich niemałych dokonań zawodowych. Po zwierzeniach pani repasatorki pończoch i sekserki w PGR- ze pani intendentka internatu w Sobieszynie przygwoździła dziadka  pytaniem:
- A pan to kim właściwie jest panie Kazimierzu????
W nabrzmiałej oddechami wczasowiczek ciszy dziadek Kazik oznajmił:
- Katem!
Do końca turnusu nawet kierownik omijał nas szerokim łukiem:D

 UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa