Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

wtorek, 24 stycznia 2017

HIENA CMENTARNA

 Post dla podwójnej Meli, z pozdrowieniami od tatusia.

 - Chrystus, Chrystus, to nadzieja cała nasza!- ryknął o świcie mój tato, rozpoczynając w swoim niepowtarzalnym stylu kolejny dzień. Dalej nie było już tak entuzjastycznie, bo na fali spotkań zapoczątkowanych istnieniem Naszej Klasy, tato postanowił urządzić licealne wspominki po latach i zderzył się z brutalną rzeczywistością.
- Cholera jasna, Włodek też umarł???- zapytał retorycznie czytając list od zbolałej wdowy z informacją, że mąż niestety, uczestniczyć nie może.
Na liście z wypisanymi nazwiskami kolegów z męskiego wtedy liceum imienia Staszica pojawił się kolejny krzyżyk i w końcu jedynymi osobami na tym świecie, które mogłyby się spotkać sześćdziesiąt lat po maturze, był organizator i kolega Albin. Pierwotnie zamierzony męski bal zamienić się miał w towarzyskie spotkanie dwóch starszych panów; tato, pełen resztek entuzjazmu, zadzwonił do kolegi Albina, który owszem, okazał się chętny, ale jako mieszkaniec Ostrołęki z porażeniem po udarze i amputowanymi kończynami z powodu cukrzycy, nie bardzo wiedział, jak  na herbatę wspomnień w Lublinie miałby dotrzeć.
Po powrocie z pracy zastałam tatę z wzrokiem wbitym tępo w Pismo Święte. Po podaniu obiadu przeniósł spojrzenie maltretowanego psa na talerz i stwierdził:
- No to czas się zbierać, póki jeszcze zasiłek pogrzebowy jest jako taki!
Postanowiłam na problem spojrzeć realnie i spytałam wprost:
- A niby gdzie zamiarujesz się położyć, skoro obok babci Teresy zaklepał miejsce wujek, a obok mamy jest już pięć przesuniętych trumienek z kośćcem pradziadków i szpilki od wieńca nie wetkniesz?
Tato się zafrasował i wymyślił:
- A może by tak zwłoki na cele naukowe oddać ???
- Jasne!- od razu skontrowałam- i wstydu mi narobisz, że nie chciało mi się ojca, dobrodzieja mojego, pochować.
- To ja jednak bym się spalił- zdecydował się przedmiot dyskusji- ubrania nowego dawać mi nie musisz, może coś ekologicznego ewentualnie???
- Najbardziej ekologiczny to jest papierowy wór- wymyśliłam, ale nurtowała mnie jeszcze inna rzecz:
- A z urną z prochami to co zrobimy?????
- A urna to już żaden problem- ucieszył się tato i nawet jakby zatarł ręce po odłożeniu sztućców.
- Najlepiej to ze sobą do samochodu weź! Jak będzie lód na parkingu to sobie pod koła popiół podsypiesz i na coś się przydam!

PS 1: Oczywiście wiem, że ze śmierci żartować nie wolno, ale o tym mój tato przekona się chyba już na tamtym świecie.

PS 2: Pomagamy Bogusi z bloga " Dr Budwig i ja". Kto już pomógł może mnie nazwać w komentarzach patologią, alkoholikiem i ogólnie wrzodem na zdrowym ciele narodu:p

piątek, 20 stycznia 2017

LONG WAY TO TIPPERARY

Znaleźć Jima Morrisona w Lublinie lat osiemdziesiątych to jak wygrać wielką kumulację. Alkoholików i narkomanów owszem, znałam w szerokim asortymencie, niektórzy nawet przystojni byli, za to ich umiejętności wokalne nie wykraczały poza poziom Białego Misia, o tworzeniu poezji, innej niż napisy w publicznych szaletach, nawet nie ma co wspominać. Kiedy wreszcie, w zaawansowanym wieku czyli po trzydziestce, spotkałam zupełnym, służbowym przypadkiem Tomasza L.- nie tylko alkoholika grającego na gitarze i śpiewającego z zapałem Wysockiego i Kaczmarskiego, ale na dodatek lekarza bez żadnych oznak łysiny- poczułam się, jakbym nie tylko Pana Boga, ale i samego Jima za nogi złapała. Poezji co prawda nie tworzył, za to nosił się z zamiarem napisania powieści.....i chociaż przez kilka lat stworzył jedynie jedno zdanie, to pamiętam je do dziś:
" Podobno pies jest przyjacielem człowieka- gówno prawda!"
Widząc jego szalone powodzenie u płci przeciwnej i brak atutów z mojej strony( szczególnie urodę mam na myśli), postanowiłam złapać go starą jak świat metodą, czyli na dziecko, które w pijanym widzie udało nam się stworzyć.
Zrobić łatwo- urodzić trudniej. Szczególnie, że w noc przed porodem przyszły ojciec wylewnie żegnał emigrującego do mglistego Albionu szwagra i bladym świtem, kiedy postanowiłam wyruszyć pilnie do szpitala, ilość promili w wydychanym powietrzu przekraczała u niego z  pewnością 5. Kiedy kierowcy udało się ruszyć zygzakiem, po pierwszych kilkuset metrach na trasie krajowej nr 19 samochód odmówił współpracy pierdząc czarnym dymem. Wezwany telefonicznie na pomoc kolega okazał się również nietrzeźwy, szwagra nawet nie było sensu budzić, pomysł Tomka, żebym pojechała sama pekaesem do Lublina zdecydowanie odrzuciłam, pozostał nam zorganizowany transport medyczny czyli Lanos spółki pielęgniarskiej, którym w ostatnim momencie dojechaliśmy. Personel przypatrywał się dziwnie kobiecie w zwiewnej nocnej koszuli pod dresem i mężczyźnie zasłaniającym golfem jamę ustną emitującą nadal opary Gorzkiej Żołądkowej, a na podstawie pierwszego wrażenia zakwalifikował nas  bez wahania do klasy patologii społecznej z niepełnym podstawowym wykształceniem. Wrażenie to wzmocniło wsparcie mnie przez mojego partnera podczas porodu wyrażone słowami:
- Czy ty, do ch...pana nie potrafisz, k...urodzić?
Propozycję podania narkotycznego leku przeciwbólowego zdecydowanie odrzuciłam, natomiast szczęśliwy ojciec podsunął wysupłane z golfa przedramię ze słowami:
- To ja poproszę!
Nic zatem dziwnego, że wpisując w ankietę po urodzeniu naszej córki zawody rodziców pani położna usłyszawszy: farmaceutka i lekarz, wyraziła swoje zdanie słowami:
- No coś podobnego, byłam pewna, że państwo są niepracujący!!!

PRZYPOMINAM WSZYSTKIM CZYTELNIKOM O NASZEJ BOGUSI!!!!! JAK JEJ POMÓC- POD POPRZEDNIMI POSTAMI .

czwartek, 12 stycznia 2017

PIESKI ŚWIAT

- To już jest szczyt chamstwa, hańba i obraza boska!!!- zdenerwował się mój tato, stojąc na środku kuchni w ulubionych slipach ecru i dźgając wskazującym palcem powietrze w okolicach psiego nosa
- żeby owczarek niemiecki był homoseksualistą!!!!
Nasz pies poruszył znacząco uszami, co miało oznaczać brak zgody na homofobię i nietolerancję w tym domu, po czym ostentacyjnie zamknął się z kawałkiem krowiego kopyta w ubikacji. Dobra, kolejna suczka sprowadzona celem rozrodu została pogryziona, a kolejny jamnik męski na spacerze napadnięty i obrażony na honorze, ale to jeszcze nie powód, żeby nerwowo krzyczeć.
Upodobanie do mężczyzn nasz zwierzak wykazywał od wczesnej młodości, a najlepszym tego dowodem było napadnięcie studenta w akademickim parku i długotrwałe obwąchiwanie mu rozporka. Z uwagi na brak kagańca u psa biedny chłopak stał nieruchomo przez kilka dobrych minut, dając nam jedynie rozpaczliwe znaki oczami, że martwi się o ewentualna utratę męskich atrybutów, gdyby to owczarek chciał kłapnąć.
Po dramatycznym skarceniu przez mojego tatę, a jego ukochanego pana, Bari postanowił odegrać się na mężczyznach ludzkich za brak akceptacji jego preferencji seksualnych. Wybór padł na moich licealnych adoratorów, którzy albo zostali nie wpuszczeni do mieszkania, albo wpuszczeni i niewypuszczeni, albo zaatakowani bez ostrzeżenia od razu na klatce schodowej, jeśli nieopatrznie uchyliłam drzwi. Twardą postawą wyróżniał się, a jakżeby inaczej, Jarosław, który pewnego roku postanowił doprowadzić do konsumpcji naszej niewinnej znajomości. Rodzice wyszli na zakupy, pies za zamkniętymi drzwiami naszego pokoju słodko spał, zatem ruszyliśmy do akcji pozostawiając ubrania starannie rozłożone na dywanie- gdyby trzeba było odziewać się nagle i w pośpiechu.
W sklepach, jak to w latach osiemdziesiątych bywało, nic ciekawego kupić się nie dało, w związku z czym moi rodzice, zniechęceni i zniesmaczeni zaopatrzeniem odzieżowym w PRLu, postanowili wrócić do domu na rozgrzewającą herbatę. Szczęk klucza w zamku zmobilizował naszego owczarka do natychmiastowej akcji informacyjnej, toteż z impetem runął na drzwi od mojego pokoju, a otwarłszy je rzucił się na kupkę ubrań o męskim zapachu na dywanie( nie perfumy w tamtych czasach dominowały, ale konkretna woń skarpet i aktywności fizycznej)  radośnie je przekopując z pomlaskiwaniem i nie zwracając uwagi na męskiego golasa, który zabrał to, co pozostało nietknięte z odzieży.
Rodzice byli jeszcze w stanie zaakceptować mnie w samym T-shircie i rajstopach, natomiast stanu Jarka, kulącego się z gołym torsem w spódnicy, nijak nie dało się racjonalnie wyjaśnić.
Pies zatryumfował!

 UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa

środa, 4 stycznia 2017

PRZEZ TWE OCZY ZIELONE, ZIELONE

Wczasy.....czyli dwanaście godzin kuszetką z Lublina do jakiejkolwiek miejscowości nad polskim morzem. Moja babcia, Zofia, nie raz, nie dwa miała pretensje do przepowiedni Wernyhory o Polsce od morza do morza, że nadal się nie sprawdziła. Skoro inne akweny pozostawały poza zasięgiem pchaliśmy się co roku do Gdańska z kilkoma parcianymi walizami i siatkami z prowiantem oraz termosami z herbatą. Żadne tam obcokrajowe kebaby czy pizze nie dodawały nam sił do przetrwania kilkunastu godzin w upale na pokrytych dermą siedzeniach, ale swojskie jaja na twardo, pomidory i połówka mortadeli. Wybrańcy, do których nie należałam z racji wieku, mogli sobie, pod pętko wawelskiej podsuszanej prosto z gazety, golnąć Jarzębiaku w zakrętce od termosu.
Prosto z pociągu, który dziwnym trafem do każdej nadmorskiej miejscowości przyjeżdżał bladym świtem, biegliśmy zwykle kilka kilometrów do ośrodka wczasowego i jedynie dziadek Kazimierz, który swoje kilometry zaliczył podczas kampanii wrześniowej, był w stanie obciążyć się bagażem i jeszcze przewodzić wycieczce.
Po ofiarowaniu tradycyjnej łapówki czekoladowo- alkoholowej kierownikowi( któreż to dary w postaci równie tradycyjnej łapówki otrzymywała w szpitalu moja mama) byliśmy zwykle nie tylko posiadaczami domku tuż obok zbiorczej toalety, ale też talonów na posiłki na pierwszą zmianę
( czyli była szansa na ciepłą zupę, którą zmiana trzecia otrzymywała w postaci lodowatej brei, a zmiana szósta nawet nie tykała jej łyżką). Sąsiedzi w jadalni już od pierwszego dnia wysuwali macki w poszukiwaniu potrzebnych ich interesom zawodów innych wczasowiczów; bezbłędnie wyczuwając w mojej mamie lekarza już po kilku dniach nasz stolik zamieniał się w punkt wypisywania recept. Nie ma nic sympatyczniejszego o poranku przy zupie mlecznej jak słuchanie opowieści skulonego pana z Iławy na temat operacji woreczka żółciowego, a analiza stolca pani Wiesi z Kąclowej czyniła spożycie mielonych niezapomnianym doznaniem. Z panem Józefem, hydraulikiem ze stolicy, wszyscy chcieli się kumplować, natomiast babcia Zofia, bibliotekarka z powołania, kompletnie nie miała wzięcia. Brak rozgłosu nie przeszkadzał mojemu dziadkowi Kazimierzowi, pracownikowi Urzędu Skarbowego, który na wczasy jeździł w celu wypoczynkowym, niezrozumiałym dla większości.
Na turnusie w Krynicy Morskiej w 76 rozkoszne panie wczasowiczki postanowiły skruszyć mur nieprzystępności dziadka Kazika, wtedy jeszcze całkiem, całkiem pana pod siedemdziesiątkę i na wieczorku zapoznawczym zaczęły licytację swoich niemałych dokonań zawodowych. Po zwierzeniach pani repasatorki pończoch i sekserki w PGR- ze pani intendentka internatu w Sobieszynie przygwoździła dziadka  pytaniem:
- A pan to kim właściwie jest panie Kazimierzu????
W nabrzmiałej oddechami wczasowiczek ciszy dziadek Kazik oznajmił:
- Katem!
Do końca turnusu nawet kierownik omijał nas szerokim łukiem:D

 UWAGA!! UWAGA!!!!! 
Nasza blogowa Koleżanka, Bogusia z bloga " Dr Budwig i ja", twórczyni książek dla dzieci, biżuterii i obrazów potrzebuje bardzo pomocy- tej realnej, jak i życzliwego słowa. Do Bogusi można napisać: bogumila@autograf.pl i zapytać, jak Jej pomóc. Rozpocznijmy jako pierwsi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy!!!!!!!
Kasia Żyrafa