Łączna liczba wyświetleń

ALWAYS LOOK AT THE BRIGHT SIDE OF LIFE

wtorek, 19 września 2017

NON OMNIS MORIAR

- Ale by było jakby w matkę jakaś bomba pierdyknęła!- rozrechotał się mój syn przy niedzielnym obiedzie.
-To akurat nie problem- machnął widelcem mój tato, a musztarda rozkropliła się na odzież wszystkich biesiadników i dodał:
- Ale noga mnie boli !
- A wy jedno miejsce macie w grobie Zdzisiu? - zatroskała się ciocia Małgorzata, dożywiana w co drugą niedzielę, na zmianę z wujem.
- Jedno!- zdenerwował się tato, który koniecznie chciał położyć się obok ukochanych teściów.
- Jak bomba pierdzielnie to nie będzie czego po mnie zbierać do tego grobu- zjadliwie się odezwałam stawiając trzęsący się galaretkowy deserek na stół.
- A to jedź- łaskawie zezwoliła ciocia, chociaż na wieczny spoczynek miała zamiar ułożyć się na Powązkach, o ile skąpy małżonek wrednie nie upchnie jej obok swojej mamusi.
- Jasne, jedźcie wszyscy w cholerę i zostawcie wszystko na mojej głowie!!!- tato trząsł się w pasji razem z galaretą.
- Jak nikogo nie będzie to masz z bani- pocieszył go wnuczek konsumując deserek:
- Najwyżej umrzesz w głodzie i brudzie.
- Won mi cholero jedna podła!!!!!-  dziadek palcem wskazał wnuczkowi drogę odwrotu czyli, ni w pięć ni w dziewięć, drzwi od balkonu.
- Nie kłóćcie się- ciocia próbowała spacyfikować rodzinę
- Kasia sobie odpocznie, zwiedzi, obejrzy kawałek świata.
- Już ja wiem, co ona sobie obejrzy!!!- tato, nadal z widelcem, spojrzał na mnie gadzim wzrokiem.
- MĘSKIE KUTASY!!!!- wysyczał wężowo i oddalił się do toalety( z widelcem) zostawiając nas w kompletnym osłupieniu.

NIEBO BŁĘKITNE NADE MNĄ, PIRAMIDA ZA MNĄ CZYLI TATUŚ


piątek, 1 września 2017

BLISKO, CORAZ BLIŻEJ

Rok to był 1977.

- Hu hu!!!!!- zahukał swym tubalnym głosem dziadek Kazimierz, ale odpowiedziało mu jedynie zabłąkane echo.
- Halo! - dołączyła się drżącym głosikiem babcia Zofia, ale nie tylko nikt nie odebrał, ale nawet sygnału w grocie Łokietka w Ojcowie nie było.
- Zgubiliśmy się jak cholera- zdiagnozował sytuację mój tato i wgryzł się w kanapkę z pasztetową i kiszonym ogórkiem.
- Jakby teściowa co chwilę nie stawała i nie sikała za głazami to byśmy szli z całą wycieczką- dodał wrednie, ale babcia od razu się odcięła.
- Przez ciebie mnie zawiało na tych spacerach!
I zaniepokojona  ryknęła:
-Kazik, nie widzę Cię!!!!!!!
Dziadek, podśpiewując" Luciola, ja wołam cię poprzez wiatr" badał sytuację latarką z breloczka, póki działała, po czym wdepnąwszy w stojący naziemnie termos zadecydował:
- Trzymajmy się za ręce i idziemy ławą!
Wszyscy po ciemku przekąsili resztkę  zapasów i nastąpiła mobilizacja.
Babcia zanuciła" Iść, ciągle iść w stronę słońca" i zaczęliśmy dreptać jak spętany drób w nieznanym kierunku.
Tymczasem na powierzchni....
- Wszyscy są?? To jedziemy!- zdecydował pan przewodnik turystyczny i machnął ręką kierowcy.
- Stop!!!- odezwał się gruby pan, wyłudzacz i konsument babcinych kanapek.
- Tej pani z jedzeniem i rodziną brakuje!!!
- Zawsze się ktoś, cholera, zgubi- zniesmaczył się przewodnik i ruszył popod ziemię z zapaloną gromnicą. Za nim podążał gruby pan, w razie " jakby ranni byli".
Po spotkaniu się obydwu grup, już wesoło konwersując w świetle gromnicy, wyszliśmy na  świat i z rozkoszą umościli w autokarowych fotelach. Jelcz puścił kłęby spalin, wszyscy zrobili się głodni, gdy wtem dziadek Kazimierz, z obłędem w oczach rzucił się ku przewodnikowi krzycząc:
- STOP!!! ŻONA ZOSTAŁA POD ZIEMIĄ!
Babcia Zofia, ujrzawszy ekspedycję ratunkową, z ulgą kucnęła dosłownie na sekundę za głazem przyściennym i po wstaniu z półprzysiadu nie zobaczyła już nikogo.
Pan przewodnik, po powtórnym powrocie, obraził się.

A oto ścieżka dźwiękowa naszej wyprawy.